Czy koniec ery złego chłopca jest bliżej, niż myślimy? Serial „Off Campus” odwraca reguły romansu
Gdzieś pomiędzy Chuckiem Bassem z „Plotkary”, Hardinem z „After” i Damonem Salvatorem z „Pamiętników wampirów” popkultura ulepiła archetyp chłopaka, który miał rozpalać wyobraźnię młodych dziewczyn. Czy takiego mężczyzny naprawdę pragniemy?

Przez lata popkultura przyzwyczaiła nas, że najbardziej pociągający mężczyzna to ten, który jest chłodny, egoistyczny i emocjonalnie niedostępny. Najlepiej z mroczną przeszłością, spojrzeniem pełnym traumy i charakterem, który można usprawiedliwić, jeśli tylko wystarczająco długo patrzy się na niego z miłością. Nie oszukujmy się. Nie od dziś romantyzujemy gaslighting pod przykrywką intensywności. Od lat kolejne pokolenia kobiet, nasze babcie, mamy, a dziś także my, wzdychają do ekranowych amantów. Na nasze szczęście są w tym fantazyjnym świecie wyjątki od reguły.
Serial „Off Campus” działa jak popkulturowy reset
Na pierwszy rzut oka dostajemy wszystko to, co już znamy. Kampus. Hokejowa drużyna. Chłopak, którego wszyscy znają i dziewczyna z innego świata. Następnie układ, który stopniowo przeradza się w coś prawdziwego. Fanki young adult i college romance mogłyby odhaczać kolejne punkty z listy z zamkniętymi oczami. Tyle że serial „Off Campus”, oparty na kultowej serii powieści kanadyjskiej autorki Elle Kennedy, robi z tym schematem coś znacznie ciekawszego. Wchodzi w bardzo dobrze znaną konwencję tylko po to, żeby wywrócić ją do góry nogami.
Garrett Graham ma cały ekwipunek ekranowego „bad boya”: status gwiazdy, pewność siebie, opinię kobieciarza i uśmiech kogoś, kto zazwyczaj dostaje to, czego chce. To dokładnie ten typ bohatera, do którego przez lata wzdychałyśmy, mimo że często dostawałyśmy w pakiecie emocjonalną niedostępność i kompletną nieumiejętność rozmowy. W czasach ghostingu, situationshipów i emocjonalnej niedostępności, serial proponuje zupełnie inną fantazję. Nie tę o mężczyźnie, którego trzeba zdobywać kosztem własnego komfortu psychicznego. I na pewno nie o chłopaku, który rani, bo „boi się uczuć”. „Off Campus” pyta przewrotnie: a gdyby najbardziej sexy było to, że ktoś cię naprawdę widzi?
Przykład? Choćby sposób opowiadania o intymności. Hannah, po doświadczeniu przemocy seksualnej, mierzy się z lękiem przed bliskością, z utratą poczucia bezpieczeństwa i z trudnością w odzyskaniu przyjemności. To temat, który bardzo łatwo można spłycić. Wystarczyłby klasyczny schemat: zainteresowanie najgorętszego chłopaka na kampusie przeradza się w wielką miłość, która leczy traumę, a namiętność kasuje przeszłość. Na szczęście serial nie idzie tą drogą. Garrett nie „naprawia” Hannah. Nie odbiera jej sprawczości, nie przyspiesza procesu, który sama musi przejść. Uważnie towarzyszy i robi wszystko na jej warunkach. Dlatego jedna z najważniejszych scen intymnych w „Off Campus” wcale nie jest o seksie, tylko o zaufaniu. Hannah nie ma przypiętej łatki ofiary. Jest kobietą, która odzyskuje coś, co zostało jej odebrane. I co najważniejsze, serial nie sugeruje, że odzyskuje to dzięki mężczyźnie.
Miły facet nie musi być nudziarzem
W jednym z odcinków mamy scenę, w której Garrett odmawia bliskości, kiedy orientuje się, że Hannah jest pod wpływem alkoholu. To jedna z tych sytuacji, które są skandalicznie proste. Mężczyzna po prostu zachowuje się przyzwoicie. Tylko tyle. A jednak oglądamy to niemal jak objawienie, bo popkultura przez lata tak rzadko pokazywała tę prostotę jako atrakcyjną. Przyzwoitość nie była dotąd sexy. Dobry chłopak był nudziarzem, do którego bohaterki uciekały w momencie całkowicie złamanego serca… „Off Campus” odwraca ten porządek.
Na tym polega największa siła tego serialu. Poza tym, że jest naprawdę ciekawym obrazem i ma wspaniałą obsadę. Przede wszystkim buduje świat, w którym mężczyźni potrafią rozmawiać o emocjach, szanować granice i nie zamieniać odrzucenia w zemstę. Koledzy z drużyny nie są wyłącznie komediowym tłem do żartów o seksie i imprezach. „Off Campus” pokazuje więc coś, czego bardzo brakowało w mainstreamowych romansach: mężczyzn, którzy czują i nie wstydzą się tego. Bohaterowie mają swoje lęki, są momentami smutni i bezradni, ale te z tych emocji automatycznie nie wynika odtrącenie i chłód. Nie chodzi wyłącznie o to, że bohaterowie są atrakcyjni. Oczywiście, że są. To nadal romans, ale ich atrakcyjność wynika z uważności.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby TikTok i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
Mit złego chłopca
Czy to oznacza, że zły chłopiec zniknie z popkultury na zawsze? Oczywiście, że nie. Bad boy wróci, pewnie szybciej, niż zdążymy skasować go z pamięci (i feedu). Nadal będziemy fascynować się mężczyznami, którzy nie odpisują na wiadomości, a ich emocjonalną niedostępność nazywać tajemnicą. W tej historii urzeka jednak coś innego. „Off Campus” nie próbuje przekonać widza, że toksyczność jest zła. Bo to już wiemy. Serial robi coś znacznie ważniejszego: pokazuje, że zdrowa relacja może być równie magnetyczna. Bo czy Garrett Graham jest idealny? Nie. A mimo to jest pociągający. On wybiera Hannah, widzi ją i jej problemy. To jedna z najstarszych fantazji: być wybraną. Tyle że tym razem bez ceny w postaci zaburzenia własnych granic, spokoju i zdrowia psychicznego.
Jeśli więc „Off Campus” jest odpowiedzią na współczesny archetyp młodego mężczyzny, którego naprawdę można uwielbiać, to brzmi ona zaskakująco prosto: chcemy bohaterów, przy których nie trzeba wybierać między uczuciem a bezpieczeństwem. A bad boy? Niech odpocznie. Naprawdę długo pracował na swój mit.

