Wojna, która boli bardziej niż huk armat. Polski thriller „Pojedynek” z międzynarodową obsadą zostaje pod skórą na długo [RECENZJA]
„Pojedynek” zagląda wojnie prosto w oczy. W murach Kozielska polscy oficerowie stają do nierównej walki z NKWD. Ten psychologiczny dramat zostaje w pamięci na długo.

„Pojedynek” nie krzyczy. Nie epatuje ogniem, nie oślepia wybuchami. On patrzy prosto w oczy – i nie pozwala odwrócić wzroku. To wojna bez huku armat, za to z ciszą tak gęstą, że boli. Wojna, która toczy się w spojrzeniach, w niedopowiedzianych groźbach, w drżeniu dłoni nad klawiaturą pianina.
Już od pierwszych minut wiedziałam, że to nie będzie kolejny film o II wojnie światowej. Otwierająca scena walk jest tylko bramą – krótkim, brutalnym wstępem do świata, w którym prawdziwa bitwa dopiero się zaczyna. Potem trafiamy do klasztoru w Kozielsku. Miejsca, które kiedyś było przestrzenią modlitwy i ciszy, a staje się sceną psychologicznego spektaklu. Polscy oficerowie, naukowcy, artyści – elita narodu – zamknięci przez NKWD, poddani grze, w której stawką nie jest życie, lecz coś znacznie trudniejszego do obrony: godność.
Film Łukasza Palkowskiego, który trafił do kin 27 lutego, ukazuje wojnę podstępną, zimną, niemal laboratoryjną, gdzie stawką jest ludzkie sumienie i godność.
Gierszał o „Pojedynku”: „Wystarczy jeden gest, by napięcie było nie do zniesienia”
Historia młodego pianisty Karola Grabowskiego (Jakub Gierszał) staje się lustrem dla moralnych wyborów człowieka w ekstremalnych warunkach. Gierszał mistrzowsko pokazał jego siłę i opór w starciu z sowieckim agentem NKWD, Wasilijem Zarubinem (Aidan Gillen). Sam aktor przyznaje, że praca nad rolą była wymagająca: „Starałem się pokazać subtelne działanie zła. Nie zawsze trzeba pokazywać katowanie czy śmierć – czasem wystarczy jeden gest, jedno spojrzenie, żeby napięcie było nie do zniesienia.” I rzeczywiście, te drobne niuanse między nim a Gillenem tworzą niesamowity dramat psychologiczny – każdy ruch i każda cisza mają tu znaczenie.
To, co uderza w „Pojedynku”, to też umiejętne balansowanie dramatu i chwili oddechu, a nawet żartu. Gierszał zauważa: „Humor widoczny w filmie daje trochę wytchnienia. Jeden uśmiech potrafi uratować sytuację.” Te momenty humoru są dla widza prawdziwym wybawieniem – pozwalały złapać oddech, a jednocześnie potęgowały kontrast między cierpieniem a codziennością więźniów.
Poczucie humoru nie oznacza jednak utraty powagi i przekazu historycznego. Tomasz Kot wspominał scenę, w której niemieccy i radzieccy żołnierze świętują upadek Polski, jako „element bardzo potrzebny, bo uświadamia dramat dziesiątek tysięcy ludzi”. I rzeczywiście, ta scena wywarła na mnie ogromne wrażenie – czułam smutek i przerażenie, które pozostały we mnie długo po seansie.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby YouTube i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
Siła kobiet w „Pojedynku” – Julia Pietrucha o jedynej kobiecie w Kozielsku
Nie mniej poruszająca jest postać grana przez Julię Pietruchę, oparta na prawdziwej historii Janiny Lewandowskiej – jedynej kobiety w obozie w Kozielsku. Jak mówi mi aktorka: „(Janina) była silna i przetrwała w obozie dzięki charakterowi i pochodzeniu – była córką wojskowego, i to ją definiowało.”
Ta siła wybrzmiewa w wielu scenach. Jej bohaterka nie potrzebuje wielkich słów, by pokazać odwagę. Wystarczy spojrzenie, spokojny ton głosu, gest wsparcia wobec współwięźniów. Zachowuje godność w świecie zaprojektowanym tak, by ją odebrać. Jest symbolem cichej, wręcz matczynej opiekuńczości i determinacji – tej, która nie gaśnie nawet w obliczu terroru.

Pianino i „Anioły” – muzyczny wymiar filmu „Pojedynek”
Muzyka w „Pojedynku” nie jest tłem – jest sercem tej historii. Karol Grabowski jako pianista nie tylko gra; on walczy. Każdy dźwięk staje się próbą charakteru, testem lojalności, subtelną formą nacisku ze strony NKWD. Pianino zamienia się w narzędzie psychologicznej presji, a melodia potrafi być równie okrutna jak przesłuchanie.
Równie ważny jest muzyczny wymiar roli Julii Pietruchy. Jej wrażliwość wnosi do filmu delikatność, która kontrastuje z brutalnością systemu. Pietrucha nagrała z Mrozem wzruszającą balladę „Anioły (Pojedynek)”, promującą film. Utwór przygotowany z udziałem 15-osobowej orkiestry i aranżacją Daniela Nosewicza, a teledysk wyreżyserowany przez Krystiana Dłubałę, staje się emocjonalnym dopełnieniem tej opowieści – jak cichy lament nad losem bohaterów.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby YouTube i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
„Pojedynek” to kino, o którym nie wolno zapomnieć
Thriller Łukasza Palkowskiego pokazuje wojnę w sposób nieszablonowy, ale równie dramatyczny. Na ekranie widzimy spektakularnych bitew – jest napięcie psychiczne, subtelne manipulacje, presja i dramat jednostki. Tomasz Kot podkreśla: „Historia w soczewce pokazuje dramat ludzi, którzy musieli się odnaleźć w świecie, który ich chciał złamać.” I rzeczywiście, ta perspektywa działa – widz czuje niemal fizycznie, że każde spojrzenie, każdy gest bohaterów waży na ich losie i na odbiorze filmu.
Końcowa scena, w której bohaterowie pozornie odzyskują wolność, to moment absolutnie poruszający. Julia Pietrucha mówi: „To, co widzimy w pociągu, to ta przewrotna ulga i wolność – ale też gorzka świadomość tego, co stanie się lada moment.” Niestety, wszyscy wiemy, jak tragicznie zakończył się ich los.
„Pojedynek” to historia, która zostaje w sercu długo po seansie. Aktorska gra, subtelna narracja i emocjonalna głębia sprawiają, że miałam ciarki od pierwszej sceny. Momentami uroniłam łzę, ale czułam przede wszystkim dumę i wdzięczność, że ta część historii Polski nadal jest ważna i się o niej mówi. To kino, które nie tylko pokazuje przeszłość, ale każe spojrzeć w przyszłość – na to, czym jest człowieczeństwo, godność i odwaga, o których nie wolno nam nigdy zapomnieć.


