Reklama

Polska lat 90. pachniała benzyną, tanimi papierosami i nową wolnością, która przyszła szybciej, niż ktokolwiek zdążył ją zrozumieć. Wszystko było wtedy na serio: ambicje, pieniądze, strach i marzenia o „lepszym życiu”, które obiecywały reklamy puszczane między „Teleexpressem” a brazylijską telenowelą. Dorastaliśmy w świecie bez instrukcji obsługi - gdzie prawo dopiero się pisało, a granica między sprytem a przestępstwem była cienka jak taśma w kasecie magnetofonowej.

„Wielka Warszawska” wrzuca widza dokładnie tam: do kraju w permanentnym stanie przejścia, gdzie każdy chciał wygrać, ale nikt nie wiedział jeszcze, jaka będzie tego cena.

Jaka jest cena hazardu?

"Wielka Warszawska"
mat. prasowe

Czy zastanawialiście się kiedyś, stojąc w kolejce po kupon totolotka, śledząc gonitwę koni albo wynik meczu, że liczby, które za chwilę wypadną, wcale nie muszą być dziełem przypadku? Że ktoś mógł je ułożyć wcześniej. Że ktoś mógł je znać - i komuś je podać. Albo wręcz przeciwnie: podsunąć fałszywe, żeby ktoś inny przegrał dokładnie tak, jak zaplanowano. Że piłkarze bywają „ustawieni”, a my kibicujemy na trybunach w przekonaniu, że oglądamy sport, choć wynik dawno już został zapisany gdzieś indziej. Myślimy, że gramy fair, że szczęście się uśmiechnie, że tym razem się uda. A przecież w hazardzie nie ma sprawiedliwości. Nie ma uczciwości. Jest tylko iluzja kontroli - i ktoś, kto zawsze wie więcej.

Straszne? Właśnie o tym opowiada „Wielka Warszawska”. O Polsce lat 90., w której prawo dopiero się rodziło, granice były płynne, a wszystkie chwyty wydawały się dozwolone. O świecie, w którym pieniądz miał większą wartość niż zasady, a zwycięstwo - bez względu na cenę - było jedyną obowiązującą walutą.

O czym jest „Wielka Warszawska”?

"Wielka Warszawska"
mat. prasowe

Film Bartłomieja Ignaciuka - twórcy „Wielkiej wody”, która podbiła Netflixa - przenosi nas do pierwszych lat transformacji ustrojowej - czasu, gdy rodziły się nowe fortuny, a wyścigi konne stawały się areną rywalizacji, ambicji i bezwzględnych układów. Głównym bohaterem jest Krzysiek, młody dżokej marzący o wielkiej karierze i starcie w najważniejszej gonitwie w Polsce. Wchodzi w ten świat z naiwnością nowicjusza i wiarą, że uczciwość wciąż ma znaczenie.

Szybko okazuje się jednak, że gonitwy to nie tylko sport - to sieć zależności, manipulowanie wynikami, wielkie pieniądze i ludzie, którzy wiedzą, jak nimi zarządzać. Upadek komuny daje nadzieję na nowe, lepsze jutro, ale w świecie korupcji i nieczystych zagrywek bardzo trudno pozostać bez skazy. Film stawia pytanie, które w latach 90. padało wyjątkowo często: ile jesteś w stanie poświęcić, żeby wygrać?

Lata 90. w polskim kinie jako styl, nie dekoracja

„Wielka Warszawska” to także film o detalach. O strojach: szerokich spodniach, koszulach noszonych z nonszalancją, skórzanych kurtkach i kreszowych dresach. O samochodach, które wtedy były marzeniem - kultowe Audi 80, obowiązkowy pojazd warszawskich gangsterów. O budkach telefonicznych, winylach, klubach go-go, Ikarusach sunących przez miasto i Warszawie, w której na horyzoncie dominowały jedynie Pałac Kultury i hotel Marriott.

"Wielka Warszawska"
mat. prasowe

Fenomenalnie pokazany jest Bazar Różyckiego w Warszawie - ze swoim folklorem, chaosem i aurą miejsca, w którym „dało się załatwić wszystko”. To właśnie tam w latach 90. i nie tylko - krzyżowały się drogi drobnych cwaniaków i największych graczy. Tu ogromne brawa należą się aktorowi Mirosławowi Kropielnickiemu jako Panu Rysiowi - gangsterowi, który uwielbia pierogi i twierdzi, że na wyścigi przychodzi „dla przyjemności”, ale bez wahania usuwa niewygodnych konkurentów - zapodając im przysłowiową „kulkę w łeb” lub cios bejsbolem - oczywiście rękami swoich gangusów.

Dialogi w „Wielkiej Warszawskiej” to prawdziwe złoto. W filmie padają takie zwroty, które kiedyś w latach 90. były normalnością, a dziś są nie do pomyślenia. Starsi panowie rzucają wulgarnymi epitetami do każdej kobiety - coś co w tamtych czasach mężczyźni uważali za komplement a było… no właśnie. I te teksty naprawdę działają - pokazują świat, w którym pieniądze, hazard i układy były na porządku dziennym, a każdy gest, każde słowo coś znaczyło. Świetnie uzupełniają klimat filmu i sprawiają, że całość czuć warszawską ulicą i prawdziwymi ludźmi tamtych czasów.

Aktorskie perełki w filmie „Wielka Warszawska

"Wielka Warszawska"
mat. prasowe

Tomasz Ziętek jako Krzysiek jest wiarygodny, naturalny i bardzo ludzki. To bohater, któremu się kibicuje - nawet wtedy, gdy wiadomo, że system nie lubi takich jak on. Aktor mocno przygotowywał się do swojej roli. Oglądał stare nagrania z Toru Służewiec, ćwiczył jazdę konną. Co było dla niego największym wyzwaniem? - Niewątpliwie największym wyzwaniem dla mnie była sama jazda konna i wszystkie sekwencje wyścigów, które wymagały od nas tego tzw. dosiadu sportowego - czyli tego specyficznego sposobu ujeżdżania koni - mówił podczas wczorajszej uroczystej premiery w rozmowie z nami Tomasz Ziętek.

W filmie możecie zobaczyć także, Tomasza Kota, który kradnie każdą scenę jako bezwzględny „inwestor”, dla którego liczy się tylko kasa i wpływy. Zadziwiające, jak konsekwentnie w ostatnich produkcjach stał się twarzą filmowych lat 90. - wystarczy przypomnieć serial „Niebo” na HBO. - Mam takie szczęście, że ostatnio chyba w ramach takiego dużego re-sentymentu te lata 90. królują na ekranach filmowych i pamiętam, że jak patrzyłem na statystów przebranych w te rzeczy z lat 90. to od razu byłem myślami w "Niebie" - w serialu, który też mniej więcej wtedy kręciłem i pomyślałem 'wow' to jest wszystko tak zmumifikowane przez te kostiumy i przez ten styl, że w zasadzie niektórzy ludzie z „Wielkiej Warszawskiej” mogli by spokojnie pojechać na plan „Nieba” - opisywał klimat kostiumów w „Wielkiej Warszawskiej” Tomasz Kot

- Jak przypominam sobie lata 90. to wtedy było takie absolutne szaleństwo tego co zachodnie. W końcu ta komuna padła i pamiętam, że ludzie nawet komunie organizowali w McDonald'ach - zawitała do nas "Ameryka". Liczyło się, że jak masz coś zachodniego to jest super, ale ludzie nie do końca byli zadowoleni z tego, co nosili. Ale to co jest ciekawe to to, że dzisiejsi nastolatkowie jak patrzą na te zdjęcia, to mówią 'ale wszyscy wyglądaliście genialnie' - podzielił się wspomnieniami w wywiadzie z nami Tomasz Kot.

"Wielka Warszawska"
mat. prasowe

Kolejną postacią, która zasługuje na parę słów jest Omar, grany przez Marcina Bosaka, który jest tu niemal nie do poznania. To taki warszawski cwaniak, który doskonale wie, gdzie są pieniądze i jak zmusić ludzi, by dla niego pracowali. Brudna rola - i dokładnie taka, w jakich Bosak jest najlepszy. - Przygotowanie roli to praca zbiorowa i tutaj była świetna współpraca zarówno z działem kostiumów - co państwo będziecie mogli zobaczyć - i z działem charakteryzacji. Jak mnie ubrali, przedłużyli włosy, ogolili - z tym ohydnym dwudniowym zarostem - to już wiedziałem jak to zagrać - opowiadał nam wczoraj Marcin Bosak.

Nie można nie wspomnieć także o Ireneuszu Czopie, który zachwyca jako surowy ojciec, próbujący ochronić syna przed światem, który sam poznał aż za dobrze. Szczególnie porusza moment, w którym pozwala sobie uwierzyć, że może jednak warto zawalczyć o marzenia, które jemu odebrano.

Debiut Mary Pawłowskiej na dużym ekranie

"Wielka Warszawska"
mat. prasowe

To prawdziwe crème de la crème tego filmu - Mary Pawłowska w debiutanckiej roli Ewy. Jest w niej szczerość, młodość i uśmiech tak prawdziwy, że nie da się jej nie lubić. To postać, która motywuje, wierzy i przypomina, czym jest miłość bez kalkulacji. - To może być śmieszne i banalne dosyć. Nie spodziewałam się, że można mieć transport o 3:30 nad ranem, żeby jechać na zdjęcia. Wiedziałam, że sceny są kręcone o różnych porach dnia, ale rzeczywiście 3:30, żeby wstać na wschód słońca i złapać te 40 minut kiedy słońce wschodzi i zagrać scenę galopowania na plaży było... sporym zaskoczeniem - opowiadała nam z uśmiechem o swoim debiucie w dużej produkcji Mary Pawłowska.

Praca z końmi nie była jednak dla młodej, debiutującej aktorki dużym wyzwaniem - Od dziecka jeździłam konno, była to moja wieka pasja. Jako mała dziewczynka myślałam, że w przyszłości będę zajmować się jakimś zawodem, który mnie zwiąże z tymi końmi, co w sumie po części się udało, bo poszłam w tę aktorską stronę, ale jak widać jedno nie wyklucza drugiego i wylądowałam na planie razem z końmi - mówiła Mary Pawłowska. A ja słuchając jej i oglądając w „Wielkiej Warszawskiej” jestem przekonana, że to nazwisko jeszcze nieraz zobaczymy na dużym ekranie.

Film, na który bardzo czekałam. Czym jest Tor Wyścigów Konnych Służewiec?

"Wielka Warszawska"
mat. prasowe

Muszę przyznać, że myśląc o premierach w 2026 roku bardzo czekałam na ten film. Nie tylko dlatego, że opowiada o latach 90., które w polskim kinie wciąż są niewyczerpanym źródłem opowieści, ale przede wszystkim dlatego, że Tor Służewiec jest dla mnie miejscem osobistym. Kiedy piętnaście lat temu przyjechałam do Warszawy, znajomi zabrali mnie właśnie tam. I zakochałam się od pierwszego dnia - w przestrzeni, w rytmie gonitw, w tej dziwnej mieszance elegancji, chaosu i emocji, której nie da się podrobić ani pomylić z niczym innym.

Gonitwy koni to coś, co bardzo trudno opisać słowami - to trzeba poczuć. To nie jest tylko sport ani zwykła rozrywka. Oczywiście Tor Służewiec nie jest już tym samym miejscem, którym był w latach 90., ale w każdy weekend sezonu wciąż można tam spotkać graczy, którzy pamiętają, jak „bywało dawniej”. Pan Stefan, Waldek, Zbigniew - zwykle znani pod swoimi ksywami - dokładnie tak jak filmowy Ponton (grany przez wspaniałego Mariusza Saniternika) prowadzą w kajecikach skrupulatne zapiski. Wiedzą, do kogo należy dany koń, u kogo trenuje, jakie gonitwy wygrał za granicą, na jakim dystansie czuje się najlepiej. Znają nazwiska dżokejów, ich wagę, historię zwycięstw i porażek. To nie jest przypadek - to wiedza budowana latami.

Nie ma znaczenia, czy obstawiają fortuny, czy groszowe sprawy. Każdy zakład się liczy. Ja zwykle wybieram po prostu wygranego konia w gonitwie. Oni ryzykują znacznie bardziej - potrafią typować pierwsze trzy miejsca w każdej gonitwie, godząc się z tym, że życie i konie lubią zaskakiwać. Kiedy po trybunach niesie się głośny pomruk, wiązanka słów i ten charakterystyczny dźwięk zawodu, wszyscy wiedzą, że wydarzyło się coś, czego nikt nie przewidział.

Na Służewcu życie toczy się swoim własnym tempem. Przed każdą gonitwą konie wyprowadzane są na padok i prezentowane publiczności. Są absolutnie piękne, hipnotyczne, każdy inny, każdy wyjątkowy. Przypadkowi gracze często obstawiają „oczami” - po wyglądzie zwierzęcia, albo idą za tłumem, wybierając konia z największymi szansami według kursów.

"Wielka Warszawska"
mat. prasowe

Ale to, co ja najbardziej kocham na Służewcu, dzieje się później. Cisza przed startem. Wejście koni do boksów. Ten ułamek sekundy, gdy zapada napięcie, „BOMBA W GÓRĘ!” i następuje zwolnienie blokady. Po chwili słychać - a przede wszystkim czuć - tętent końskich kopyt. Ziemia naprawdę drży. Tak samo jak serca graczy, którzy właśnie zaryzykowali więcej, niż planowali. Te emocje udzielają się nawet takim zwykłym śmiertelnikom jak ja, którzy przychodzą po piękno koni, ich siłę, energię - i oczywiście po modę. Bo tor wyścigów konnych to także galeria stylu: od obowiązującego dress code’u podczas Wielkiej Warszawskiej po barwy dżokejów i ich koni.

I właśnie dlatego „Wielka Warszawska” tak mocno działa. Ten film doskonale oddaje atmosferę miejsca, którego nie da się wymyślić ani sfałszować. To nie jest tylko opowieść o hazardzie, pieniądzach i latach 90. To historia o świecie, który żyje własnymi zasadami - i o emocjach, które zostają z widzem jeszcze długo po wyjściu z kina.

Czy warto obejrzeć „Wielką Warszawską”?

"Wielka Warszawska"
mat. prasowe

„Wielka Warszawska” to kino dopracowane, emocjonalne i bardzo uczciwe wobec widza. Nie jest tylko filmem o koniach czy hazardzie. To opowieść o marzeniach, wyborach i cenie, jaką czasem trzeba za nie zapłacić. Zakończenie nie jest spektakularne - i bardzo dobrze. Film zostawia z refleksją i satysfakcją, a nie z tanim efektem.

A krytycy filmowi, którzy wystawili temu dziełu ocenę 5,6 na filmweb mam wrażenie nie widzieli, albo nie zrozumieli tego filmu. Ode mnie ma mocną 8. I to również dlatego, że sięga po historię, której (choć były próby) nikomu wcześniej nie udało się opowiedzieć i zrealizować na taką skalę. Więc jeśli macie ochotę poczuć klimat lat 90. albo tak samo jak ja uwielbiacie wyścigi konne - idźcie do kina - bo to jedyna możliwość, aby z 2026 roku przenieść się na chwilę do niepowtarzalnych lat 90. Premiera: 23 stycznia.

Reklama
Reklama
Reklama