W kinach dawno nie było tak odważnego filmu. Kobiety wychodzą z seansu z wypiekami na twarzy
Płomienny romans, który od pierwszych minut rozpala wyobraźnię króluje na ekranach polskich kin - ale czy taka miłość w ogóle ma szansę się udać? Ten film balansuje na granicy namiętności i obsesji, a emocje, które zostają po seansie, długo nie chcą opaść. Wypieki na twarzy to dopiero początek.

W ostatnich latach kino coraz odważniej zagląda w sferę kobiecych pragnień. Już nie z męskiego punktu widzenia, już nie jako fantazję, ale jako doświadczenie - intensywne, niepokojące, czasem niewygodne. Ten film idealnie wpisuje się w ten trend. Jest sensualny, momentami erotyczny, ale przede wszystkim emocjonalnie bezlitosny. To historia, która nie daje prostych odpowiedzi i nie próbuje nikogo uspokajać. Wręcz przeciwnie - wytrąca z równowagi.
O czym właściwie jest film „Dreams”?

„Dreams” Michela Franco to historia romansu między dwojgiem ludzi, których dzieli wszystko: wiek, pozycja społeczna, pieniądze i władza. Jennifer - w którą wciela się Jessica Chastain (laureatka Oscara) - zamożna amerykańska filantropka, angażuje się w relację z młodym, utalentowanym meksykańskim tancerzem baletowym Fernando.
Kiedy mężczyzna, ryzykując życie, nielegalnie przekracza granicę, by znaleźć się u jej boku i zawalczyć o swoją przyszłość, ich uczucie zostaje wystawione na brutalną próbę. To, co zaczęło się jak namiętny romans, stopniowo odsłania drugie dno: zależność, manipulację i nierówność, które w tej relacji okazują się silniejsze niż miłość.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby YouTube i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
„Dreams” - romans, który od początku pachnie ryzykiem

To nie jest miłość „jak z bajki” - chociaż wszystko zaczyna się dokładnie tak, jakby miała nią być. Spojrzenia, napięcie, magnetyczne przyciąganie. Bohaterowie wchodzą w relację, która szybko przestaje być bezpieczna. Każdy gest ma znaczenie, każde słowo waży więcej, niż powinno.
W tym filmie zamiast romantycznej ucieczki dostajemy opowieść o władzy, zależności i granicach, które zacierają się szybciej, niż chcielibyśmy przyznać.
Zmysłowość, która działa na ciało, nie tylko na wyobraźnię

Ten film jest zmysłowy w sposób rzadko spotykany w kinie głównego nurtu. Kamera długo zatrzymuje się na skórze, dotyku, spojrzeniach. Nie chodzi o dosłowność - raczej o napięcie, które narasta między bohaterami i udziela się widzom. To jedna z tych historii, które ogląda się całym ciałem. Czuć przyspieszone bicie serca, niepokój, lekkie zawstydzenie. I właśnie dlatego tak trudno oderwać wzrok od ekranu.
Jednak najmocniejszą stroną filmu jest jego emocjonalna szczerość. Bohaterka nie jest ani ofiarą, ani femme fatale. Jest kobietą, która pragnie, popełnia błędy i ponosi ich konsekwencje. Film nie ocenia - raczej pozwala nam obserwować, jak cienka bywa granica między pożądaniem a destrukcją. To kino, które zostawia przestrzeń na własne emocje i własne wnioski. I właśnie dlatego tak mocno rezonuje z kobiecą widownią.
Dlaczego wychodzimy z seansu z wypiekami na twarzy?

Bo ten film dotyka tematów, o których wciąż za rzadko mówi się głośno. O pragnieniach, które bywają niewygodne. O relacjach, które zaczynają się jak fantazja, a kończą jak emocjonalny rollercoaster. O tym, że czasem to, co najbardziej nas pociąga, bywa też tym, co najbardziej nas rani.
To nie jest łatwy seans - ale zdecydowanie jeden z tych, które zostają w głowie na długo po napisach końcowych. Od 9 stycznia film jest możliwy do zobaczenia na ekranach kin w całej Polsce - zarówno tych studyjnych jak i multuplexów.

