Reklama

Mazurska wieś, upalne lato i narastające napięcie, którego nie da się już ignorować. W „Linczu” spokojna codzienność mieszkańców zostaje rozbita przez jednego człowieka - 60-letniego recydywistę, który terroryzuje okolicę, żąda pieniędzy i stosuje przemoc wobec sąsiadów.

Policja jest bezradna albo spóźniona. Sygnały ostrzegawcze pojawiają się wielokrotnie, ale nie przynoszą realnej reakcji. W tej ciszy narasta coś znacznie groźniejszego niż strach - poczucie, że system przestał działać.

Elle newsletter
elle.pl

O czym naprawdę jest „Lincz”?

Lincz
mat. prasowe

„Lincz” to rekonstrukcja wydarzeń inspirowanych głośnym samosądem we Włodowie z 2005 roku. Film nie koncentruje się wyłącznie na samym akcie przemocy, ale na całym łańcuchu zdarzeń, który do niego prowadzi.

W centrum historii są mieszkańcy, którzy przez lata żyją w napięciu i lęku. Gdy kolejne interwencje zawodzą, dochodzi do punktu krytycznego. Decyzja o „wymierzeniu sprawiedliwości” staje się momentem nieodwracalnym - a późniejsze śledztwo i proces stawiają pytanie, które nie ma jednej odpowiedzi: gdzie kończy się obrona konieczna, a zaczyna zbrodnia?

Leszek Lichota i aktorstwo, które niesie emocje

Lincz
mat. prasowe

W rolę Adama Grada wciela się Leszek Lichota - i to jedna z tych kreacji, które nie opierają się na efekcie, ale na narastającym napięciu. Jego bohater nie jest ani jednoznacznie winny, ani niewinny. To człowiek wciągnięty w sytuację, która wymyka się spod kontroli.

Na ekranie towarzyszą mu m.in. znany z genialnych ról Łukasz Simlat, niezastąpiona Izabela Kuna oraz reżyser, aktor, a prywatnie ojciec reż. Jana Komasy - Wiesław Komasa w roli, która budzi szczególny niepokój. Cała obsada buduje świat pozbawiony komfortu - surowy, gęsty i emocjonalnie niewygodny.

Film inspirowany prawdziwą historią

Lincz
mat. prasowe

Punktem wyjścia dla scenariusza była sprawa z 1 lipca 2005 roku we Włodowie, gdzie grupa mieszkańców zabiła mężczyznę terroryzującego wieś. Sprawa odbiła się szerokim echem w Polsce, bo szybko przestała być tylko kryminalną kroniką.

Stała się debatą o granicach prawa, odpowiedzialności państwa i o tym, czy w sytuacji skrajnej bezradności można jeszcze mówić o jednoznacznej winie.

Debiut, który nie zostawia obojętnym

Lincz
mat. prasowe

Film w reżyserii Krzysztofa Łukaszewicza („Belfer”, „Raport Pileckiego”, „Karbala”) był jego pełnometrażowym debiutem i zdobył Grand Prix (Wielki Jantar) na Koszalińskim Festiwalu Debiutów Filmowych „Młodzi i Film”. Od początku budził dyskusje. Z jednej strony jest - surową, niemal dokumentalną obserwacją. Z drugiej serwuje widzom emocjonalne napięcie i moralny ciężar, który nie znika po seansie.

„Lincz” pokazuje nie tylko sam moment przemocy, ale też wszystko to, co do niego prowadzi: milczenie instytucji, narastającą frustrację i poczucie, że nikt nie reaguje na czas.

Gdzie obejrzeć polski film „Lincz”

Lincz
mat. prasowe

To nie jest film, który pozwala zająć jednoznaczne stanowisko. Każda postać ma swoją rację, ale żadna nie wychodzi z tej historii bez skazy. I właśnie w tym tkwi siła „Linczu” - w ciągłym balansowaniu między zrozumieniem a potępieniem. To kino trudne, surowe i świadomie niewygodne. Takie, które nie kończy się wraz z napisami końcowymi - tylko zostaje w głowie jeszcze długo po seansie.

Bo najważniejsze pytanie pojawia się dopiero wtedy, gdy ekran gaśnie: co zrobilibyśmy na miejscu bohaterów? I gdzie naprawdę przebiega granica między obroną a zemstą, między strachem a decyzją, której nie da się już odwrócić?

„Lincz” dostępny jest na VOD TVP, a swego czasu był nawet pokazywany w Sejmie RP - jako film, który prowokował do dyskusji o tym, gdzie kończy się bezsilność państwa, a zaczyna samosąd.

Reklama
Reklama
Reklama