Reklama

Są filmy, na które idziemy z pewnym rodzajem naiwnej wiary. Że skoro na ekranie pojawią się Margot Robbie i Jacob Elordi, a reżyserka ma na koncie „Saltburn” i „Obiecującą. Młodą. Kobietę.”, to dostaniemy coś więcej niż kolejną kostiumową historię o zakazanej miłości. Że dostaniemy nowe „Wichrowe wzgórza” - historię dziką, mroczną i brutalną w swojej emocjonalnej prawdzie. Tyle że jeśli ktoś wchodzi do kina z myślą, iż zobaczy świeżą ekranizację kultowej powieści Emily Brontë, może przeżyć bolesne rozczarowanie.

Film Emerald Fennell, choć jest wizualnym arcydziełem, jest jedynie opowieścią inspirowaną „Wichrowymi wzgórzami”. To interpretacja luźna, momentami wręcz fantazyjna - bardziej impresja niż ekranizacja. I nawet jeśli w tej impresji są momenty olśniewające, trudno oprzeć się wrażeniu, że reżyserka zostawiła z oryginału jedynie romantyczne rozedrganie… a wyrzuciła to, co w tej historii najokrutniejsze i najważniejsze: zemstę, nienawiść i przeklęte dziedzictwo emocji, które zatruwają kolejne pokolenie.

A mimo to udało jej się stworzyć coś tak pięknego i poruszającego, że niejednokrotnie uroniłam łzę.

„Wichrowe wzgórza” - adaptacja z 1992 roku była jak rana

Wichrowe wzgórza
mat. prasowe

Jestem wielką fanką ekranizacji z 1992 roku - tej z Juliette Binoche i Ralphem Fiennesem (Voldemortem z „Harrego Pottera”), która dostępna jest teraz w streamingu na platformie SkyShowtime. To film, który nie był tylko melodramatem. Był czymś gęstym, brutalnym, niemal nieprzyjemnym w odbiorze. Tam miłość nie miała nic wspólnego z romantycznym uniesieniem. Była jak choroba, obsesja, uzależnienie, które niszczy nie tylko kochanków, ale wszystkich dookoła. To była ekranizacja, która rozumiała, że „Wichrowe wzgórza” nie są historią o dwojgu pięknych ludzi, którzy się kochają, ale nie mogą być razem.

To historia o tym, jak jedna krzywda potrafi rozlać się jak trucizna na całe życie. Jak upokorzenie potrafi zamienić człowieka w potwora. Jak miłość może być jednocześnie zbawieniem i wyrokiem. I przede wszystkim - „Wichrowe wzgórza” to historia o tym, że emocje nigdy nie kończą się na jednym pokoleniu.

„Wichrowe wzgórza” to nie tylko miłość. To przekleństwo

Wichrowe wzgórza
mat. prasowe

Warto przypomnieć to jasno, bo bez tego trudno zrozumieć, dlaczego Heathcliff jest jedną z najbardziej złożonych postaci w literaturze. W powieści Emily Brontë wszystko zaczyna się od gestu, który wydaje się szlachetny: ojciec Catherine przygarnia chłopca - Heathcliffa - i wprowadza go do domu Earnshawów. Daje mu schronienie, dach nad głową, szansę i co najważniejsze traktuje na równi z resztą dzieci. A jednocześnie sprowadza do rodziny kogoś, kto od początku jest „obcy”, inny, podejrzany.

Heathcliff i Catherine szybko tworzą więź niemal nierozłączną - dziką, obsesyjną, toksyczną. Ich relacja nie jest zwykłą przyjaźnią ani zwykłą miłością. To rodzaj emocjonalnej zależności, która wymyka się językowi. Ale kiedy ojciec umiera, wszystko się zmienia. Wkracza Hindley - brat Cathy. W powieści to postać kluczowa, bo to on zamienia dzieciństwo Heathcliffa w piekło. Upokarza go, degraduje, sprowadza do roli służącego. Latami się nad nim znęca. Odbiera mu resztki godności. I to właśnie tam powstaje blizna, od której zaczyna się lawina.

To nie jest detal. To jest fundament. Bo Heathcliff nie rodzi się jako potwór. Heathcliff zostaje nim stworzony. A kiedy Catherine - kierowana klasą społeczną, ambicją, lękiem i marzeniem o lepszym życiu - wybiera Edgara Lintona, Heathcliff nie przeżywa tylko złamanego serca. On przeżywa ostateczne odrzucenie. Odrzucenie, które dla kogoś tak straumatyzowanego nie jest smutkiem. Jest detonacją.

I w powieści od tego momentu zaczyna się prawdziwa tragedia. Zemsta. Nienawiść. Manipulacja. Przemoc emocjonalna. I toksyna, która przechodzi na kolejne pokolenie. Dlatego „Wichrowe wzgórza” są tak przejmujące. Bo to historia o miłości, która nie prowadzi do katharsis, tylko do zniszczenia. I właśnie tego w filmie Fennell w dużej mierze w mojej opinii brakuje.

Wizualnie: arcydzieło. Takich kadrów nie zobaczycie w żadnym filmie

Wichrowe wzgórza
mat. prasowe

Na tle tej literackiej złożoności ekranizacja Emerald Fennell wypada jak piękny, dopracowany sen, w którym mimo dużej dawki emocji brakuje ciężaru. Ale trzeba oddać jej jedno: wizualnie ten film jest absolutnym arcydziełem. To jedna z tych produkcji, gdzie każdy kadr wygląda jak obraz. Wnętrza, faktury, kolory, światło - wszystko jest dopieszczone z obsesyjną wręcz precyzją. Są momenty, w których film przypomina mroczne ilustracje z kart z gry Dixita - jakby ktoś wrzucił „Wichrowe wzgórza” do szkatułki z gotyckimi snami.

Oglądając tę historię, miałam nieodparte wrażenie, że zanurzam się w świecie, który jest gdzieś pomiędzy Timem Burtonem a Yórgosem Lánthimosem - zwłaszcza tym z „Biednych istot”. Jest w tym coś groteskowego, pięknego i niepokojącego jednocześnie.

I same tytułowe wichrowe wzgórza… są pokazane obłędnie. Dziko. Zimno. Jak miejsce, gdzie człowiek nie powinien mieszkać, jeśli chce być szczęśliwy. Jak koniec świata - gdzieś na granicy Szkocji i Irlandii, gdzie wiatr nie jest tylko pogodą, ale osobnym bohaterem.

Wiatr jako znak. Najlepszy zabieg w filmie

Wichrowe wzgórza
mat. prasowe

Jednym z najbardziej genialnych zabiegów jest dźwięk - a konkretnie wiatr, który słychać niemal cały czas. To nie jest tylko klimat. To jest symbol. Widz ma wrażenie, że wichrowe wzgórza nie są miejscem, tylko raną. Że są jak piętno, które ciągnie się za Cathy i Heathcliffem, gdziekolwiek pójdą. Ten wiatr jest jak przekleństwo. Jak głos ich historii, który nigdy nie milknie. Jak echo dzieciństwa, obietnic i upokorzeń.

I właśnie dlatego uważam, że ten film trzeba zobaczyć w kinie. Na telewizorze nie poczuje się tej atmosfery. Nie poczuje się tej przestrzeni. Nie usłyszy się tego wiatru, który robi coś niezwykłego: sprawia, że czujemy się, jakbyśmy byli w środku ich emocji.

Kostiumy: „Bridgertonowie” pięć poziomów wyżej

Wichrowe wzgórza
mat. prasowe

Kostiumy są kolejnym triumfem. Jeśli ktoś idzie do kina po czystą estetyczną ucztę, to będzie zachwycony. Tu wszystko jest dopasowane: suknie, ściany, pościel, tkaniny, kolory wnętrz. Sceny mają swoje barwy, które przenikają się jak emocje. To wizualna kompozycja, która wygląda jakby ktoś malował ją pędzlem, nie kamerą.

To „Bridgertonowie” - ale pięć pułapów wyżej, bardziej gotycko, bardziej filmowo, bardziej artystycznie.

Fennell z „Wichrowych wzgórz” wybrała miłość. Zrezygnowała z zemsty

Oczywiście Emerald Fennell w wywiadach i zapowiedziach filmu nigdy nie obiecywała wiernej ekranizacji „Wichrowych wzgórz”. Skupiła się na emocjach i cielesności. Na tym, co w tej relacji najbardziej hipnotyzujące: toksycznej miłości, obsesji, przyciąganiu, które nie daje się przerwać. I w tej warstwie film działa. Bo jeśli spojrzeć na to jako opowieść o tym, co niespełnione uczucie robi z człowiekiem, reżyserka trafia w punkt. Pokazuje szaleństwo, rozpacz, głód drugiej osoby. Pokazuje miłość jako uzależnienie.

Tyle że kosztem tego wyrzuca prawie całkowicie motyw zemsty i nienawiści, które u Brontë są kręgosłupem całej historii. A bez tego „Wichrowe wzgórza” stają się po prostu dramatem o kochankach. Pięknym, gorącym, rozdzierającym - ale jednak kolejnym ekranowym romansem - choć jeszcze raz powtórzę - wartym zobaczenia.

Brakuje Hindleya. A bez niego brakuje źródła traumy

Wichrowe wzgórza
mat. prasowe

Bardzo ucieszyło mnie, że Fennell poświęciła dużo czasu dzieciństwu Cathy i Heathcliffa. To ważne, bo ich więź jest ukształtowana zanim zacznie się tragedia. Ale jednocześnie filmowi brakuje kilku postaci - w tym szczególnie jednej, która w powieści jest absolutnie kluczowa: Hindleya. Bez Hindleya (brata Cathy) Heathcliff traci swój fundament. Traci swoją historię przemocy i degradacji. Traci źródło tego gniewu, który później wybucha jak pożar.

Zamiast tego film idzie inną drogą: ojciec Cathy jest tu uzależniony od alkoholu, a Heathcliff chroni ją przed jego agresją. To zabieg sprytny i uproszczony - bo łatwiej jest zbudować relację „obrońca-dziewczyna”, niż wchodzić w zawiłą psychologię upokorzeń i klasowego odrzucenia. I w pewnym sensie to działa. Ale w innym sensie - sprawia, że Heathcliff staje się mniej tragiczny. Mniej zrozumiały. Mniej przerażający. A przecież Heathcliff powinien być jak burza. Jak człowiek, którego kochasz i boisz się jednocześnie.

Margot Robbie dźwiga ten film. Jest olśniewająca

Wichrowe wzgórza
mat. prasowe

Jeśli coś jest w tej ekranizacji absolutnie bezdyskusyjne, to fakt, że Margot Robbie dźwiga ten film na swoich barkach. Jej Catherine jest piękna, hipnotyzująca i momentami wręcz bezduszna. W przeciwieństwie do wielu wcześniejszych interpretacji - nie jest tylko romantyczną bohaterką, która „nie mogła inaczej”. Jest egoistyczna. Okrutna. Pełna sprzeczności.

Jest dziewczynką, która nigdy nie nauczyła się szacunku do świata. Jest kobietą, która nie potrafi kochać w sposób zdrowy. Jest kimś, kogo momentami rozumiemy i komu współczujemy… ale chwilę później mamy ochotę odwrócić wzrok, bo jej decyzje ranią wszystkich. Robbie gra ją tak, że emocje dosłownie widać na jej twarzy. Jest w niej coś dziecinnego i jednocześnie wyniszczającego. Coś, co sprawia, że nie można jej jednoznacznie nienawidzić - ale też trudno ją lubić. I to jest ogromna siła tej roli.

Jacob Elordi jako Heathcliff: piękny, romantyczny… i zbyt łagodny

Wichrowe wzgórza
mat. prasowe

Jacob Elordi wygląda w tym filmie jak gotycki sen. W tych frakach, w tym mroku, z tym spojrzeniem - kamera go kocha. Widz go kocha. Jest tajemniczy, małomówny, romantyczny. Jest mężczyzną, który nosi w sobie ból. Jest człowiekiem uzależnionym od uczucia, którego nie potrafi mieć. Jest kimś, kto potrafi płakać - i to jest piękne, bo nie dostajemy kolejnego „macho”.

Ale jednocześnie… brakuje mi w nim tej przemiany. Brakuje mi momentu, w którym Heathcliff staje się kimś niebezpiecznym. Brakuje tej porywczości, tej ciemności, tego mrozu, który w powieści sprawia, że czujemy lęk. Bo Heathcliff u Brontë nie jest tylko złamanym sercem. On jest zemstą w ludzkiej postaci.

A tu - przez rezygnację z motywu nienawiści - Elordi gra raczej tragicznego kochanka, nie demona. I choć jest w tym coś pięknego, to jeśli ktoś zna historię, to pozostawia niedosyt.

Metamorfoza Cathy: luksus, który staje się klatką

Wichrowe wzgórza
mat. prasowe

Jedna z najpiękniejszych scen w filmie o której warto wspomnieć dotyczy przemiany Cathy. Kiedy pojawia się Edgar i wprowadza ją w świat luksusu, kamera pokazuje, jak ona rozkwita. Jak nagle czuje się piękna. Jak zaczyna wierzyć, że zasługuje na wszystko. Jak zamienia się w kobietę, którą mogłaby być… gdyby nie to, że jej serce od dzieciństwa jest gdzie indziej. To jest pokazane fenomenalnie. Subtelnie. Elegancko. Zmysłowo.

Tylko że ten luksus staje się klatką. I Fennell bardzo dobrze to rozumie.

Edgar - jak zawsze - najbardziej niewinny w tej tragedii

Wichrowe wzgórza
mat. prasowe

W tej historii zawsze najbardziej jest mi żal jest Edgara. To dobry mężczyzna. Cichy. Stabilny. Taki, który dałby Cathy wszystko. A mimo to zakochał się w kobiecie, która nigdy nie należała do niego - choć udawała, że jest inaczej. Film świetnie pokazuje jego cierpliwość i jego powolne przebudzenie. Ten moment, kiedy zaczyna rozumieć, że pod jego dachem rozgrywa się tragedia, której nie da się zatrzymać.

To klasyka, ale działa. I w tej ekranizacji Edgar nie jest tylko „przeszkodą” w romansie. Jest człowiekiem, którego ta historia niszczy równie mocno jak głównych kochanków.

Miłość cielesna i toksyczna - celowa, ale nie zaskakuje

Wichrowe wzgórza
mat. prasowe

W nowych „Wichrowych wzgórzach” jest dużo erotyki - intensywnej, zmysłowej, wręcz wyuzdanej. Kamera celebruje ich fizyczność. Ich bliskość wygląda jak obsesja. I jest w tym coś hipnotyzującego. To trochę „50 twarzy Greya”, tylko piękniejsze, bardziej filmowe i bardziej eleganckie. Ale jednocześnie trudno nie zadać sobie pytania: czy dzisiejszy widz nie jest już na to uodporniony?

Netflix i współczesne seriale przyzwyczaiły nas do tego, że cielesność w opowieściach o miłości stała się normą. Tutaj jednak to nie jest przypadkowe. Sceny seksu to narzędzie. Z każdą kolejnym zbliżeniem zaczynamy czuć coś nowego: nie podniecenie, ale frustrację. Złość. I narastającą niechęć do Cathy, która jest żoną człowieka gotowego oddać jej świat… a mimo to igra z ogniem. I choć wiele osób po wyjściu z sensu zarzuciło, że to taka bajka, że te sceny już nikogo nie ruszają, to rozumiem, dlaczego reżyserka się na nie zdecydowała w tak mocnej formie - bo prowadzą widza do emocjonalnego zmęczenia, które jest częścią tej historii.

Służąca i intryga - mroczny detal, który nadaje sens

Wichrowe wzgórza
mat. prasowe

W historiach o miłości zawsze musi być ktoś, kto „dopomaga” tragedii. Kto dolewa oliwy do ognia. Tu mamy służącą Lili - dziewczynę, która była kiedyś blisko Cathy, a potem została odrzucona. Dorasta w poczuciu krzywdy. W zazdrości. W moralnym przekonaniu, że Cathy powinna być wdzięczna Edgarowi, zamiast niszczyć wszystko dla namiętności.

To postać, która nie jest czysto zła - ona jest po prostu człowiekiem, który chce kontrolować świat, bo czuje, że nikt nigdy nie kontrolował jej życia. I to jest świetny, gorzki element tej historii.

Brakuje wyjaśnienia powrotu Heathcliffa. Brakuje jego intrygi

W powieści powrót Heathcliffa jako bogatego mężczyzny jest początkiem piekła. To nie jest „romantyczny powrót”. To powrót człowieka, który przyszedł po swoje. Tu natomiast brakuje logicznego wyjaśnienia, skąd nagle ma pieniądze. Brakuje też tego, co w książce jest genialne: faktu, że Heathcliff niszczy Hindleya, przejmuje majątek, manipuluje, celowo zadłuża ludzi i metodycznie realizuje swoją zemstę.

W nowych „Wichrowych Wzgórzach” on po prostu wraca. Jakby był bohaterem romansu, nie tragedii.

Końcówka jest rozdzierająca. I nagle film staje się prawdziwy

Wichrowe wzgórza
mat. prasowe

A jednak… finał. Końcówka filmu jest tym momentem, w którym uwierzyłam w tę historię najmocniej. Nagle wszystko staje się przejmujące. Nagle czujemy, że to nie jest tylko piękna baśń. Kathy gaśnie. Przestaje jeść. Przestaje żyć. Miłość ją wyniszcza. Heathcliff - desperacki, samotny, rozbity - przychodzi do niej, gdy ona już jest na granicy świata. Wiatr huczy w tle jak przekleństwo.

I wtedy pada zdanie, które jest sercem całej tej opowieści. Zdanie, które streszcza „Wichrowe wzgórza” lepiej niż tysiąc analiz: „Tylko nie zostawiaj mnie na tej otchłani, na której nie mogą cię znaleźć.” To zdanie boli. Bo w tej historii Heathcliff bez Cathy nie istnieje. I film Fennell, choć uprościł fabułę, choć wyrzucił część literackiego mroku, właśnie to pokazuje spójnie od pierwszych minut do końca.

To klamra. Obietnica. Przekleństwo miłości „na zawsze”. A płaczący Elordi w roli Heathcliffa, błagający Cathy, by nie umierała, by nie zostawiała go samego… naprawdę rozwala.

Czy warto? Tak. Ale trzeba wiedzieć, na co się idzie

Wichrowe wzgórza
mat. prasowe

To nie jest ekranizacja dla fanów powieści. To nie jest film dla tych, którzy chcą zobaczyć pełną zawiłość Brontë: psychologiczną brutalność, dziedziczoną nienawiść, zemstę zatruwającą kolejne pokolenia. To film dla tych, którzy chcą zobaczyć piękno. Klimat. Obsesję. Cielesność. Emocje, które są jak burza. To film jak sen - cudownie nakręcony, hipnotyzujący, chwilami naprawdę wzruszający. Ale też film, który bardziej przypomina romantyczną fantazję reżyserki niż opowieść o tym, czym „Wichrowe wzgórza” naprawdę są.

Bo prawdziwe „Wichrowe wzgórza” nie są historią miłości. Są historią o tym, że miłość czasem nie zbawia. Czasem niszczy. I zostawia po sobie tylko wiatr...

Idźcie do kina nacieszyć oczy i uszy. Naprawdę warto. Tylko weźcie chusteczki - bo choć nowe „Wichrowe wzgórza” to osobna opowieść, to nie da się na nich nie wzruszyć.

Reklama
Reklama
Reklama