Reklama

seriale kryminalne, które budują napięcie brutalnością. Są też takie, które stawiają na inteligencję bohaterów, dopracowane dialogi i klimat minionej epoki. „W kręgu zbrodni: San Francisco” należy właśnie do tej drugiej kategorii. To kryminał, który udowadnia, że największą bronią detektywa nie zawsze jest pistolet – czasem wystarczy błyskotliwy umysł i umiejętność dostrzegania wzorów tam, gdzie inni widzą jedynie chaos.

San Francisco lat 50. nie wybacza, ale one nie zamierzają milczeć

W kręgu zbrodni
mat. prasowe

To miasto ma w sobie filmowy błysk: słońce odbija się od fasad, a elegancja połowy XX wieku wygląda jak kadr z klasycznego kina. Jednak pod tą dopracowaną powierzchnią serial szybko odsłania świat, w którym kobietom wciąż zbyt często wyznacza się miejsce „na widowni”, a nie w centrum wydarzeń. Millie i Jean przyjeżdżają z Wielkiej Brytanii z konkretnym celem: domknąć sprawę morderstwa sprzed lat, która uderzyła w kogoś im bliskiego. I od pierwszych minut widać, że to nie będzie śledztwo prowadzone grzecznie, po linii najmniejszego oporu.

W połowie lat 50. policja nie zawsze potrafi lub chce zobaczyć to, co niewygodne. Dlatego bohaterki sięgają po narzędzia, które przyniosły im skuteczność w czasie wojny: uważne słuchanie, chłodną analizę i gotowość do podważania „oczywistych” wersji wydarzeń. W tej historii najbardziej elektryzuje właśnie kontrast między epoką a ich sposobem działania. Zamiast siłowych rozwiązań jest praca na szczegółach, na nastrojach, na lukach w opowieściach. To kryminał, który ma rytm, ale i fakturę.

Cztery kobiety, jeden nieformalny zespół i metody, których policja nie używa

W kręgu zbrodni
mat. prasowe

Na miejscu Millie i Jean spotykają dwie Amerykanki: Iris Bearden i Hailey Yarner. Każda z nich ma własne powody, by wejść w śledztwo, i własne kompetencje, które w realiach San Francisco okazują się bezcenne. To nie jest klasyczny duet „geniusz i jego cień”. Serial stawia na energię kwartetu: na to, jak różne temperamenty i doświadczenia potrafią stworzyć układ niemal idealny, gdy stawką jest prawda.

Warto pamiętać o konstrukcji, którą produkcja świadomie utrzymuje: jedna sprawa rozpisana jest na dwa odcinki. Dzięki temu historia oddycha, a widz dostaje czas na niuanse, które w kryminałach bywają spychane na margines. Każdy epizod trwa około 45 minut, a cały sezon ma osiem odcinków, więc rytuał oglądania można zamknąć w kilku wieczorach, bez poczucia przeciągania.

Za tą opowieścią stoi Guy Burt, a serial powstał w ramach produkcji ITV Studios, Global i BritBox. Gatunkowo to kryminał i dramat, czyli dokładnie ta mieszanka, która pozwala jednocześnie śledzić intrygę i przyglądać się ludziom: ich motywacjom, lękom i temu, jak bardzo epoka potrafi naciskać na jednostkę.

Obsada wraca z klasą, a nowe bohaterki dodają historii świeżego nerwu

W kręgu zbrodni
mat. prasowe

W rolach głównych pojawiają się Rachael Stirling jako Millie Harcourt oraz Julie Graham jako Jean McBrian. To powrót, który działa na emocjach widza: w ich ekranowej relacji czuć wspólną przeszłość, napięcie i zaufanie wypracowane przez lata. Obok nich Crystal Balint gra Iris Bearden, a Jennifer Spence wciela się w Hailey Yarner. W obsadzie pojawia się także Chanelle Harquail-Ivsak.

Ten zestaw postaci ma w sobie coś, co przypomina dobrze skomponowaną garderobę kapsułową: każda z nich jest inna, każda „robi swoje”, a razem tworzą spójną całość. I nawet jeśli kryminał prowadzi widza przez kolejne tropy, to właśnie bohaterki są tu głównym powodem, by zostać na dłużej.

To nie tylko zagadka, ale też opowieść o epoce i jej pęknięciach

W kręgu zbrodni
mat. prasowe

San Francisco w tej wersji nie jest wyłącznie pocztówką. W tle spraw wybrzmiewają tematy, które dla lat 50. były codziennością, choć dziś brzmią jak ostrzeżenie: rasizm, status kobiet, korupcja w policji. Serial nie udaje, że te zjawiska są jedynie dekoracją, bo wpływają na to, kto jest słyszany, komu się wierzy i jak łatwo można zamknąć sprawę, byle szybciej.

Jednocześnie produkcja zachowuje klimat znany z „W kręgu zbrodni”, ale dodaje do niego kalifornijski, bardziej słoneczny oddech. To subtelna zmiana tonacji, jak przejście z londyńskiej szarości do światła, które bezlitośnie wydobywa szczegóły. I właśnie w tych szczegółach kryje się napięcie.

Nie znasz oryginału? Ten sezon i tak potrafi wciągnąć

W kręgu zbrodni
mat. prasowe

Choć „W kręgu zbrodni: San Francisco” jest spin-offem brytyjskiego „W kręgu zbrodni” (serial z lat 2012–2014), znajomość pierwowzoru nie jest konieczna. Historia tłumaczy, kim są Millie i Jean oraz skąd wyniosły swoje analityczne podejście, a nowe miejsce akcji i nowe bohaterki sprawiają, że to wejście w świat serii bywa zaskakująco płynne.

Jeśli liczy się atmosfera i inteligentnie poprowadzona intryga, ten tytuł ma jeszcze jeden atut: opinie bywają umiarkowane, ale na Filmwebie serial ma ocenę 6,8/10, a widzowie zwracali uwagę na chemię między aktorkami i klimat San Francisco lat 50. Jednocześnie pojawiały się głosy, że spin-off jest mniej dopracowany niż brytyjski pierwowzór i że niektóre wątki poboczne nie domykają się w pełni. To jednak nie odbiera mu uroku: w końcu są seriale, które ogląda się nie tylko dla perfekcji, ale dla energii, stylu i bohaterek, które nie proszą o pozwolenie, by działać.

W kręgu zbrodni: San Francisco jest dostępne na Netflix, więc jeśli w najbliższych dniach masz ochotę na kryminał z epoki, który łączy elegancję lat 50. z analitycznym pazurem, to może być ten wieczorny wybór, który zostaje w głowie dłużej niż jeden seans.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...