„Love is Blind: Polska” ruszyło. I postawiło widzom pytanie: czy naprawdę da się zakochać przez ścianę?
Nie oglądam reality show - a jednak ten jeden tytuł mnie złamał. „Love is Blind: Polska” zaczyna się jak eksperyment, a kończy jak bardzo osobista opowieść o miłości w czasach randkowania przez ekran. I zostawia z pytaniem, którego trudno się pozbyć.

Reality show zalały ramówki niemal wszystkich programów - nie tylko w Polsce, ale i na świecie. I choć wiele osób je ogląda - ja nigdy nie lubiłam tego formatu. Totalnie omijam wszelkie programy w stylu „Zdrajcy”, „Farma”, „Skok na głęboką wodę” czy „Królowe przetrwania”. Jedyne, co widziałam - i to tylko kilka odcinków pierwszego sezonu - to „Ślub od pierwszego wejrzenia” - który nie zrobił na mnie dobrego wrażenia.
Do „Love is Blind: Polska” podeszłam więc bardzo sceptycznie. Trochę jak do jeża, z góry zakładając, że dostanę kolejny ustawiony program, który z realnym życiem nie ma nic wspólnego. Dzięki uprzejmości Netflix otrzymałam pełny dostęp, ale spokojnie - w tej recenzji nie zdradzę żadnych szczegółów dotyczących uczestników, ich wyborów czy relacji. I przepadłam... jak śliwka w kompot.

Na czym polega „Love is Blind”?

Format jest prosty - przynajmniej w teorii. Samotni uczestnicy poznają się, rozmawiając w specjalnych „kapsułach”, oddzieleni ścianą. Nie widzą się. Słyszą tylko swoje głosy. Budują więź wyłącznie na rozmowie - i dopiero kiedy zdecydują się na zaręczyny, mogą zobaczyć się po raz pierwszy. Potem przychodzi rzeczywistość: wspólne życie, konfrontacja z codziennością i odpowiedź na pytanie, czy uczucie zbudowane „w ciemno” ma szansę przetrwać poza eksperymentem.
Polską edycję prowadzą Zofia Zborowska-Wrona i Andrzej Wrona - duet prywatnie będący parą, co dodaje temu wszystkiemu jeszcze jedną, ciekawą warstwę.
Światowy fenomen, który trafił do Polski

„Love is Blind” to nie jest lokalna ciekawostka. Format narodził się w Stanach i bardzo szybko stał się globalnym hitem. Widzowie pokochali go w wersjach z różnych krajów - od Love Is Blind, przez edycje brazylijskie, japońskie czy szwedzkie. Każda z nich pokazuje trochę inne podejście do relacji, emocji i bliskości.
Polska wersja wpisuje się w ten trend, ale jednocześnie ma w sobie coś bardzo „naszego”.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby YouTube i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
Sceptycyzm, który znika po pierwszym odcinku

Już przy pierwszym odcinku w mojej głowie pojawiło się mnóstwo pytań. Czy można zakochać się, nie widząc drugiej osoby? Czy taki format w ogóle ma sens? I kto właściwie zgłasza się do tego typu programu? Obawiałam się, że znów dostanę grupę żądnych sławy „celebrytów”, którzy prześcigają się w byciu najbardziej „kultową inaczej” postacią sezonu.
Tymczasem dostajemy coś zupełnie innego. Zwykłych ludzi. Bardzo różnych ludzi. Takich, którzy przeszli w życiu sporo, którzy sparzyli się na miłości, mają swoje lęki, obawy i bagaż doświadczeń. Szukają jednego - kogoś, kto ich pokocha, ale przede wszystkim zaakceptuje takimi, jakimi są naprawdę.
Kiedy nagle jesteś po drugiej stronie ściany

Najbardziej uderzył mnie moment, w którym na chwilę mogłam poczuć się jak uczestnik. Kamera pokazała tylko jedną osobę - nie widzieliśmy, z kim rozmawia. Słyszeliśmy jedynie głos po drugiej stronie. I nagle dotarło do mnie, jak dziwne, inne, a jednocześnie sensualne może być to doświadczenie.
Świetnie ogląda się też sam sposób prowadzenia rozmów. Jedni siedzą sztywno, inni rozkładają się na kanapie, jeszcze inni siadają na podłodze. Wszystko zależy od tego, z kim akurat rozmawiają. I bardzo szybko następuje weryfikacja - coś „klika” albo nie. Lubisz czyjś śmiech albo cię on odrzuca. To działa jak dobrze zaprogramowana maszyna: zero-jedynkowo.
„Love is Blind” to jak randkowanie w ciemno… ale bardziej intensywne

W pewnym momencie zaczęłam myśleć o tym formacie jak o randkowaniu online - tylko intensywniejszym. Bo oprócz słów dostajemy coś więcej: niekontrolowane reakcje, zawahania, śmiech, ciszę.
Ale nie zawsze jest kolorowo. To nie jest cukierkowa historia w pastelowych wnętrzach. Uczestnicy wchodzą sobie na odcisk. Pojawiają się reakcje, które dla innych są red flagami - znajome z poprzednich relacji, trudne, niewygodne.
Intymność, o którą wcale nie jest łatwo zapytać

Pojawiają się też intymne pytania. Takie, przy których - siedząc przed ekranem - masz poczucie: „w życiu bym o to nie zapytała”. A jednak oni pytają. I to dużo mówi. O tym, jak różni jesteśmy, ale też o tym, jak ważna jest intymność w związku.
Bo brak dopasowania w sferze seksualnej potrafi zniszczyć nawet największe zauroczenie. I ten program wcale tego nie ukrywa. I dobrze.
„Love is Blind: Polska” to eksperyment, który miesza w głowie

To jest naprawdę trudny eksperyment. Randkowanie z kilkoma osobami naraz, próba poukładania emocji, zapamiętania rozmów, niepomieszania wątków. Uczestnicy robią notatki, ale i tak łatwo się w tym pogubić. Jak w tym wszystkim usłyszeć własne serce? I czy to serce nie jest napędzane bardziej pragnieniem niż realnym uczuciem?
Dochodzi jeszcze izolacja. Uczestnicy są wśród obcych dla siebie ludzi. Nie mogą zadzwonić do przyjaciółki i przegadać wszystkiego. Budują więc relacje między sobą - pojawiają się przyjaźnie, ale też rywalizacja, której nie da się uniknąć. Bo ten eksperyment ujawnia bardzo ważną rzecz - o której wcześniej nie myślałam - podobne osoby wybierają tych samych partnerów. A to oznacza zazdrość, niepewność i napięcie.
Każdy chce być dla kogoś wyjątkowy. Każdy chce być pierwszy. A tutaj to wcale nie jest takie proste. Eksperyment pokazuje też, jak bardzo naszą percepcję zmienia to, co mówią o drugiej osobie inni. To pomaga - ale też potrafi nieźle namieszać w głowie.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby YouTube i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
„Love is Blind: Polska”. Włączasz na jeden odcinek i nagle jesteś wciągnięta po uszy

Nie chciałabym znaleźć się w skórze uczestników. A jednocześnie… totalnie się wciągnęłam. Mam swoich ulubionych. Moją faworytką jest Marta - ogromnie jej kibicuję. I jestem pewna, że każdy widz znajdzie tu „swoją” osobę.
Jedno mogę wam zdradzić - nie oglądajcie tego w autobusie. Bo skończycie jak ja: wpatrzeni w ekran telefonu, ze łzami spływającymi po policzkach.
Czy naprawdę da się zakochać przez ścianę?

Ten format naprawdę wzrusza. I sprawia, że zaczynasz myśleć o miłości trochę inaczej. Czy da się zakochać przez ścianę? Myślę, że tak. Tak samo jak przez Wi-Fi.
Jeśli macie ochotę na reality show, które na chwilę zatrzyma was i zmusi do zastanowienia się, czym właściwie jest miłość - włączcie na Netflix „Love is Blind: Polska”. Zwłaszcza jeśli chcecie zobaczyć w nim odbicie zwykłych ludzi. Takich jak my. Którzy po prostu szukają kogoś, kto po prostu naprawdę ich pokocha.

