Najpierw musiałam się w tym wszystkim odnaleźć, a łatwo nie było, bo od pierwszych minut akcja tak przyspiesza, że bez pełnego skupienia, jesteś stracony. Jest jakiś wróg, który zażyna kilkusetkilogramową zwierzynę, ale to nie niedźwiedź. Potwór może…? Za potworem za to trzeba gonić. A już po chwili uciekać, bo jego nadludzkie siły okazują się nie do ujarzmienia. W tym napięciu, bo fantastyczna rozpoczynająca scena akcji trwa ponad pół godziny, trwamy do 49 minuty. Wtedy po raz pierwszy stajemy z obcym oko w oko.
WIDEO…
Gdy już odnalazłam się w tym pędzie, zaczęłam liczyć przekleństwa. I nic nie mogłam na to poradzić. Na szczęście mam podzielność uwagi. Koreańskie sshibal (k***a) rzucane jest tu tyle razy, że po setnym z liczenia zrezygnowałam. Nie, żeby nie sprawiało mi to przyjemności. Przeciwnie, za każdym razem pasowało jak ulał, dodając naturalności, rytm i dźwięczność obrazowi. A Koreańczycy, szczególnie u Na, przeklinać lubią.
A zrezygnowałam, bo z przyjemnością zatopiłam się w kolorach, fenomenalnych zdjęciach, kostiumach i scenografii, bo „Witajcie w Hope”, film, który zachwycił tegoroczne Cannes, a za chwilę ma swoją premierę w polskich kinach i na Pięciu Smakach, to po pierwsze najdroższa produkcja w historii koreańskiego kina, a jednocześnie reżyserski torcik z wisienką – to jedna z ostatnich scen, kręcona tzw. mastershotem, a więc jednym ujęciem, gdy jeden z bohaterów, Sung-ki (świetny Zo In-sung, którego za chwilę zobaczymy też w nagrodzonej w Wenecji „Możliwej miłości” Lee Chang-donga, współprodukowanej przez Macieja Musiała) ucieka na galopującym koniu przed monstrum (w tych rolach Michael Fassbender i Alicia Vikander), próbując zeskoczyć ze zwierzęcia do wnętrza jadącego obok radiowozu. Gratka dla miłośników kina akcji, palce lizać.
Hope to miasteczko zlokalizowane gdzieś nieopodal strefy zdemilitaryzowanej. Lokalna społeczność to nie walczące osiłki, ale zwyczajni ludzie, czasami rubaszni do granic absurdu, innym razem ograniczeni. Jest też kilku cwaniaków. Na czele społeczności staje nieudolny policjant Bum-seok (Hwang Jung-min, który w „Lamencie” zagrał szamana), na szczęście pomaga mu nieustraszona młoda posterunkowa Sung-ae (Jung Ho-yeon). Role rozpisane są w punkt – świetne w akcji, strzelaninach i pościgach, ale równie dobre w momentach komediowych. To znak charakterystyczny reżysera – lubi łączyć gatunki, od horroru, przez kryminał, po komedię.
Wszyscy mieszkańcy Hope próbują bronić tego, co swoje przed obcym. Obcy, choć w tym wypadku jest on całkiem dosłowny, powraca u Na już po raz kolejny. Po „Lamencie” – także w rozumieniu filozoficznym. Obcego się obawia. Przed obcym się broni. Obcego lepiej zaatakować, zanim to on zaatakuje pierwszy. Korea Południowa przez wieki była krajem zamkniętym. Obcym, po którym rany oblizują do dziś, jest m.in. Japonia, która w historii najnowszej okupowała i kolonizowała Koreę przez 35 lat, aż do 1945 roku. I gdy Japończycy po wojnie rozprawiali się z „obcym” nadając mu twarz, a raczej pysk, Godzilli (pierwsza, z 1954 r., w reżyserii Ishiro Hondy, była metaforą broni jądrowej oraz tragedii w Hiroszimie i Nagasaki), u Na „obcy” może stać się demonem w skórze Japończyka („Lament”, o którym za chwilę), albo przybyszem z odległej planety, jak w wypadku „Witajcie w Hope”. Na Hong-jin pod płaszczem dobrej rozrywki, jak zawsze stawia tu trudne pytania. Kim jest obcy? Kim jesteśmy my? Czym jest dobro a czym zło? I kto ma prawo o tym decydować? Kto ma prawo sądzić? Jak zwykle też pozostawia widza bez prostej odpowiedzi. Obraz urzeka nie tylko warstwą metaforyczną, ale i wizualną. Po trzech godzinach czujemy jakbyśmy biegali z bohaterami przez cały czas. Ale co najciekawsze, chce się ciągu dalszego… Ten podobno ma już rozpisany scenariusz, ale czy powstanie?
Najnowszy film Na Hong-jina od ostatniej produkcji dzieli cała dekada. A to sporo. Wcześniej był „Lament”, „Może Żółte” i debiutancki, gęsty kryminał „W pogoni” z 2008.
TRUDNY CZŁOWIEK. TRUDNY REŻYSER
Retrospektywa 52-letniego, pochodzącego z Seulu, Na Hong-jina, to jeden z najciekawszych punktów 20., jubileuszowej edycji Festiwalu Pięć Smaków. Wyświetlone zostaną wszystkie cztery filmy – a więc dokładnie tyle, ile w swojej reżyserskiej karierze ma Na. Może to i niewiele, ale to tytuły, które pozwoliły wejść mu do panteonu najważniejszych twórców Nowego Kina Koreańskiego. Dlaczego? Mało kto wchodzi tak głęboko w mroki ludzkiej natury. Mało kto tyle razy zadaje pytanie o to, czym jest zło. Albo skąd bierze się przemoc? W czym pomaga lub przeszkadza duchowość?
Na jest twórcą radykalnym. Artystycznie – brutalnym, ale i przekornym. Agresja w jego filmie kipi, boli, przeszkadza. I mogłaby być nawet nie do wytrzymania, o ile nie rozładowywałby jej humor. Często zupełnie absurdalny, w formie wyjątkowo lokalny. Widzom zachodnim trzeba się z nim zaznajomić, zrozumieć. Choć i bez głębokiego wchodzenia w historię społeczno-polityczną kino Na będzie gratką. Tylko na nieco innym poziomie. Ani gorszym, ani lepszym. Innym.
W branży mówi się, że Na jest we współpracy twórcą trudnym. Ma bardzo silną wizję, z której nie rezygnuje. Może dlatego, że jest do projektów świetnie przygotowany. Jeśli wchodzi w temat, zgłębia go do trzewi. Przed przystąpieniem do prac nad „Morzem Żółtym” (2010) na dwa miesiące przeprowadził się do Yanbian, koreańskiej autonomicznej prefektury w Chinach, by poczuć lokalną atmosferę, porozmawiać z mieszkańcami, zrozumieć ich codzienne funkcjonowanie (choć finalnie zdjęcia powstawały w innym miejscu, ze względu na brak zgody wydanej przez chińskie władze w obawie, że region zostanie ukazany w nieprzychylnym świetle).
Był to drugi film Na i od razu trafił do Cannes. Jest mroczno. Gu-nam to marny taksówkarz. Jego żona wyjechała do Korei Południowej i słuch po niej zaginął. Zostało dziecko, ale to wychowuje matka bohatera. A on? Co zarobi, to przegra w podejrzanych kantynach. Na dodatek jest zadłużony, a lokalni gangsterzy dopominają się o odsetki. Jeden z bossów miejscowej komórki przestępczej proponuje mu układ – musi dostać się do Korei Południowej i zamordować pewnego szanowanego profesora. Dostanie za to kasę, a i rodzina będzie żyć nieniepokojona. W głowie Gu-nama wciąż żywy jest obraz żony, więc zwabiony podróżą na południe ma nadzieję nie tylko załatwić „problem”, ale też odnaleźć małżonkę. Do Korei ma dostać się nielegalnie – oglądamy stłoczonych w luku łajby ludzi. Jest ich wielu, a warunki fatalne. Nie każdy wyjdzie z tej podróży żywy. Przemytnicy nie mają litości dla nikogo. Albo jesteś twardy, albo cię nie ma. Taki świat.
Na miejscu, w Seulu, jest zimno, a jednak duszno. Na, podobnie jak przemytnicy, nie ma dla widza litości. Na targach i bazarach przez ekran czuć mieszający się ze sobą smród miasta, lęku, mięsa. W mieszkaniach do wynajęcia unosi się zapach agresji i lęku. W hostelach bólu. Policja? Działa opieszale, nieudolnie i niedbale. Ciamajdowato – to kolejny częsty motyw filmów Na. Zaczynając od debiutu, na najnowszej produkcji kończąc. Koreańska policja nie radzi sobie z rzezimieszkami, co nie jest dziwne, bo wiele kluczowych nazwisk z półświatka zamieszanych jest w interesy z władzą.
Dokładnie to dzieje się w filmie „W pogoni”. To obraz wielkiego rozczarowania systemem, kino społeczne. Bazuje na rzeczywistych wydarzeniach, które miały miejsce w Seulu kilka lat wcześniej, gdy seryjny morderca zakatował ponad dwadzieścia kobiet. Siła tkwi tu w szczegółach. Ujęciach. Pogoń wąskimi uliczkami stolicy, za złem czającym się w zaułkach, wzbudza w widzu poczucie klaustrofobii. Tu bohaterem jest były policjant, który aktualnie zajmuje się stręczycielstwem. Jest brutalny i bezczelny. Ale wkrótce kobiety, które dla niego pracują, zaczynają ginąć. Najpierw przekonany jest, że ktoś je sprzedaje, ale Na szybko wskazuje widzowi przestępcę. „W pogoni” jest jak w pułapce. Trudno zrozumieć opieszałość władzy. Zabawę w kotka i mysz. Brutalną, bo krew leje się litrami, na głowy spadają kolejne razy zadawane młotkiem. Jak to u Na Hong-jina.
Krew wyjątkowo intensywnie płynie też w mrocznym „Lamencie”, jednym z najstraszliwszych horrorów, jakie powstały.
„LAMENT” CZYLI TAK WYGLĄDA DIABEŁ
To jeden z najgłośniejszych i najstraszliwszych filmów Na. Sześć lat po „Morzu Żółtym” do kin trafił tytuł chyba najbardziej dla niego osobisty. Poszukując odpowiedzi na wiele pytań, m.in. o cierpienie i odchodzenie, Na zagłębia się w religie i ludowe wierzenia, w tym szamanizm. Według danych przytoczonych przez prof. Marcina Jacobyego w książce „Korea Południowa. Republika żywiołów”, dziś w Korei funkcjonuje najprawdopodobniej kilkadziesiąt tysięcy szamanek. Nie mówi się o nich zbyt serio, choć z ich usług korzysta wielu (w tym była prezydentka kraju, za co straciła stanowisko), najczęściej się do tego nie przyznając. Czym jest szamanizm, albo czym może być, widzimy w „Lamencie”.
Zaczyna się mocno. Półnagie postaci, a konkretnie Japończyk – obcy, pożerający surowe mięso. Bezradność władzy – ponownie. I bezradność widza. To ważne. Na doprawia wszystko humorem. Rubasznym. Czarnym. Do tego chrześcijaństwo, satanizm, gore… I lokalne tradycje. Sporo, prawda?
W Gokseong (miasto, w którym wiele lat w dzieciństwie spędził reżyser) pojawia się trup. Funkcjonariusz Jong-goo (Kwak Do-won) chce wybiec z domu na wezwanie, ale zatrzymuje go matka. Niech najpierw zje śniadanie. „Trup nie ucieknie”. W sumie, słusznie. Prowincjonalny system i funkcjonowanie jest obecne w całej atmosferze od początku do końca. Gdy policjant dociera na miejsce, zastyga. Takiej jatki w całym życiu nie widział. A ofiar za chwilę będzie więcej, mieszkańcy zaczynają chorować na dziwną przypadłość, zachowują się jak zombie. Zapada na nią też jego córka. Trzeba znaleźć winnego i to szybko. Najprościej zwrócić gniew przeciwko obcemu. Japończykowi mieszkającemu na odludzi. Zachowuje się podejrzanie, więc nietrudno go oskarżyć o całe zło świata.
Ważnym aktorem jest w „Lamencie” natura. W niej też kryje się zło, szczególnie w gęstych lasach. Zakrada się też do miejscowych domów, na zaniedbane podwórza. Szczególnie, gdy leje jak z cebra. A pada naprawdę często. Pomaga to w wyciąganiu na wierzch kolejnych traum, tych narodowych, tych pokoleniowych. Śledztwo nie posuwa się naprzód, a reżyser zaczyna grać w niebezpieczną grę z widzem, wprowadzając go w niewiarygodną sieć pułapek. Igra ze zdrowym rozsądkiem. Oglądając „Lament” za każdym razem zaczynam wątpić w trzeźwość swojego umysłu i świat logiki.
Na straszy, ale ten strach rodzi się podskórnie. Tworzy nowe obrazy w głowie widza. Już niewiadomo kto mówi prawdę, kto kłamie. Wspomniany aktor Hwang Jung-min, wcielający się w szamana, odgrywa jedną z najbardziej przerażających scen kina grozy. Zostaje w pamięci, jakby wydrapał w niej sobie miejsce. I chce się to oglądać jeszcze raz. I jeszcze.
Czym jest zło? – pyta po raz kolejny Na Hong-jin. A my znowu nie potrafimy odpowiedzieć… A jeśli zło jest w nas? Co wtedy?
PIĘĆ SMAKÓW
Retrospektywa Na Hong-jina to obowiązkowy punkt festiwalowy. Ale niejedyna przyjemność, która czeka nas w tym roku. Warto przypatrzyć się sekcji poświęconej duchowości, filmom wyselekcjonowanym z dziewiętnastu ostatnich edycji czy Wietnamowi. Pełen program dostępny jest na stronie festiwalu.