9 nominacji, zero nagród BAFTA. Krytycy uważają jednak, że ten film to czarny koń w wyścigu po Oscary [RECENZJA]
Niektóre filmy sportowe opowiadają o drodze na szczyt. „Wielki Marty” jest raczej historią o tym, jak łatwo się potknąć, kiedy biegnie się za szybko. Josh Safdie stworzył opowieść o ambicji, ego i marzeniach, które potrafią kosztować więcej, niż się wydaje.

Są bohaterowie, których widz od razu lubi. I są tacy, którzy od pierwszych minut działają na nerwy. Marty Mauser zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii.
Grany przez Timothée Chalameta młody nowojorczyk ma talent do tenisa stołowego i jeszcze większą wiarę w to, że świat prędzej czy później będzie musiał go docenić. Problem w tym, że jego droga do sukcesu nie zawsze przebiega zgodnie z zasadami fair play. Marty manipuluje ludźmi, kłamie, pożycza pieniądze bez zamiaru ich oddania, a kiedy trzeba - potrafi nawet przekroczyć granice prawa.
Właśnie dlatego jego historia jest tak fascynująca. Marty jest jednocześnie cwaniakiem, marzycielem i egoistą. Typem bohatera, który bez przerwy wpada w kolejne tarapaty, ale mimo wszystko nie potrafimy przestać trzymać za niego kciuków.
„Wielki Marty” - film sportowy, który wcale nie jest o sporcie

Na pierwszy rzut oka „Wielki Marty” wygląda jak klasyczny film sportowy. Historia inspirowana biografią amerykańskiego mistrza ping-ponga Marty’ego Reismana sugeruje opowieść o drodze od zera do bohatera. Szybko okazuje się jednak, że reżyser Josh Safdie („Bóg wie co”, „Go Get Some Rosemary”, „Good Time”) nie jest zainteresowany prostą historią o wygranych meczach. Pingpongowe pojedynki stanowią raczej punkt wyjścia do opowieści o obsesji sukcesu.
Akcja filmu rozgrywa się w Nowym Jorku lat 50., ale jej energia jest zaskakująco współczesna. Marty żyje w świecie zadymionych barów, tanich hoteli i obskurnych sal treningowych, a jednak jego sposób myślenia przypomina mentalność bohaterów z kina lat 80. - tych, którzy wierzą, że sukces jest najważniejszą walutą świata.
Dlatego „Wielki Marty” momentami jest frenetyczną opowieścią o ambicji, która wymyka się spod kontroli. Jedno wydarzenie prowadzi do kolejnego, decyzje bohatera wywołują lawinę konsekwencji, a historia pędzi do przodu w tempie przypominającym wymianę ciosów przy pingpongowym stole.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby YouTube i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
Chaos, który ma sens

Kino Safdiego zawsze było pełne napięcia i nieprzewidywalności. Wystarczy przypomnieć „Nieoszlifowane diamenty”, gdzie bohater Adama Sandlera wpadał w kolejne katastrofy, próbując wygrać jeszcze jedną partię. „Wielki Marty” działa na podobnej zasadzie. Scenariusz przypomina konstrukcję zbudowaną z dziesiątek pozornie niepasujących elementów: znajomi Marty’ego, którzy chcą zarobić na produkcji piłeczek pingpongowych, tajemniczy lokator hotelu, ciężarna przyjaciółka bohatera czy japoński rywal, który staje się jego sportową nemezis.
Brzmi jak chaos? Może trochę. Ale Safdie potrafi nad nim zapanować. Film działa jak dobrze rozegrany mecz: akcja, reakcja, kontratak. Każda decyzja bohatera prowadzi do kolejnej komplikacji, a widz coraz bardziej wciąga się w tę szaloną historię.
Timothée Chalamet w najlepszej roli kariery?

Największą siłą filmu jest jednak sam Marty - a właściwie aktor, który go gra. Timothée Chalamet od lat buduje karierę na rolach bohaterów niejednoznacznych. W „Diunie” był młodym przywódcą z ambicjami, w „Lady Bird” zblazowanym licealistą, a w biograficznym filmie o Bobie Dylanie - artystą uciekającym przed własną legendą.
W „Wielkim Martym” idzie o krok dalej. Chalamet nie próbuje uczynić swojego bohatera sympatycznym. Wręcz przeciwnie - pokazuje go jako człowieka napędzanego ego, obsesją i potrzebą udowodnienia światu własnej wielkości. A jednak w tej arogancji jest coś pociągającego. Marty może być irytujący, ale jego energia jest zaraźliwa. Aktor doskonale balansuje między komedią a dramatem, między pewnością siebie a momentami prawdziwej słabości.
To właśnie wtedy film działa najmocniej - kiedy widzimy, jak za maską bezczelności kryje się ktoś, kto po prostu panicznie boi się porażki.
Historia o ambicji, która może być niebezpieczna

Choć „Wielki Marty” opowiada o sporcie, jego prawdziwym tematem jest coś zupełnie innego. To historia o obsesji sukcesu. Marty wierzy w mit self-made mana - człowieka, który dzięki determinacji i sprytowi może osiągnąć wszystko. Problem w tym, że taka filozofia łatwo zamienia się w pułapkę. Granica między pasją a obsesją, między ambicją a egoizmem bywa bardzo cienka.
Safdie nie daje prostych odpowiedzi. Zamiast moralizować, pokazuje bohatera, który biegnie za swoimi marzeniami tak szybko, że momentami zapomina, dokąd właściwie zmierza. I właśnie dlatego „Wielki Marty” zostaje w głowie na długo po seansie.
Czy „Wielki Marty” zdobędzie Oscara?

„Wielki Marty” znalazł się w gronie tegorocznych filmów nominowanych do Oscara (9 nominacji) w sposób, który dla wielu widzów był jednocześnie oczywisty i lekko zaskakujący. Oczywisty - bo film ma w sobie magnetyzm, który trudno zignorować: energię, charakter i rolę, która natychmiast przyciąga uwagę. Zaskakujący - bo to kino momentami chaotyczne, niepokorne, dalekie od bezpiecznych, akademickich wyborów.
Sezon nagród pokazał zresztą, jak różnie bywa odbierany. Podczas gali BAFTA Awards film zdobył aż jedenaście nominacji, ale ostatecznie wrócił z niej bez statuetki. Zupełnie inaczej było na Golden Globe Awards, gdzie nagrodę dla najlepszego aktora w komedii lub musicalu otrzymał Timothée Chalamet. Mimo to krytycy uważają, że „Wielki Marty” to czarny koń tegorocznych Oscarów.
Czy to wystarczy, by przekonać Akademię? Trudno przewidzieć. Jeśli jednak Oscary mają nagradzać filmy, które mają w sobie energię, odwagę i bohatera, o którym nie da się przestać myśleć jeszcze długo po seansie, „Wielki Marty” zdecydowanie ma w tym wyścigu swoje mocne argumenty.
„Wielki Marty” online. Gdzie obejrzeć?

„Wielki Marty” trwa ponad dwie godziny, ale ogląda się go jak jeden intensywny mecz. To film chaotyczny, momentami wręcz szalony, ale jednocześnie zaskakująco spójny. Historia Marty’ego Mausera jest opowieścią o ambicji, która potrafi zarówno budować, jak i niszczyć.
A przede wszystkim - o tym, że czasem naszym najtrudniejszym przeciwnikiem nie jest rywal po drugiej stronie stołu. Tylko my sami.
Film „Wielki Marty” już wkrótce będzie można obejrzeć online na platformie Mojeekino.pl. Jak wynika z informacji na stronie serwisu, produkcja pojawi się tam 17 marca - zaledwie dzień po tegorocznej gali Oscarów. Na początku film będzie najpewniej dostępny w modelu wypożyczenia VOD, a dopiero później trafi do oferty serwisu w ramach regularnego streamingu. To dobra okazja, by niedługo po oscarowej nocy samemu sprawdzić głośną rolę Timothée Chalameta.

