„Wiem, że jeszcze rok temu większość z Was mnie nie znała. Dotychczas stałem za kulisami mody” – powiedział wyraźnie zmieszany Daniel Lee, odbierając nagrodę podczas rozdania British Fashion Awards. Projektant, który w 2018 roku został mianowany dyrektorem kreatywnym włoskiego domu mody, Bottega Veneta, zgarnął tego wieczoru wszystkie najważniejsze statuetki - Projektanta roku, Marki roku, Projektanta akcesoriów i Brytyjskiego Talentu. Jest pierwszym, który tego dokonał. Ta noc należała do niego, a on bez cwaniactwa, lecz z pokorą i nieśmiałością, podziękował ze sceny, jakby tłumacząc całemu światu mody zgromadzonemu w Royal Albert Hall w Londynie, kim właściwie jest. Nie bez przyczyny. Wcześniej na jego miejscu stali tacy wielcy kreatorzy jak Stella McCartney czy Alexander Mcqueen. Lee tytuł projektanta roku zgarnął dokładnie po zaprojektowaniu dwóch kolekcji wybiegowych dla Bottegi Venety. Czy to nowy pupil świata mody?

Najlepszy w klasie

„Daniel Lee szturmem wdarł się na szczyt świata mody” – trąbiły nagłówki w ubiegłym roku. "Zapracował" jest jednak bardziej adekwatne. Są projektanci showmani, jak Jacquemus czy John Galliano, głośni, ekscentryczni, nie sposób ich nie zauważyć. Są też tacy, których nie widać. Tych można podzielić na dwie grupy. Nieśmiali wizjonerzy, jak Martin Margiela, siedzą zamknięci w pracowniach i tworzą sny, czy szóstkowi uczniowie, którzy powoli podążają utartą ścieżką kariery.

Daniel Lee z pewnością był najlepszy w klasie, a jego CV jest nieskazitelne. Młody - ma 34 lata. Wykształcony - jak każdy szanujący się projektant skończył londyńską szkołę projektowania Central Saint Martins. Ambitny - stażował u największych jak Maison Margiela czy Balenciaga. No i zdolny. Przez 5 lat był prawą ręką Phoebe Philo w Celine. Szybko został dyrektorem jej studia projektowego, a w kuluarach mówi się, że bestsellerowe akcesoria były objawem jego geniuszu, a nie wyniesionej na piedestał mentorki. Co wyróżniło go zatem spośród setek takich „idealnych” kandydatów?

Są dwa powody. Oficjalny mówi o tym, że Francois Henri Pinault (prezes grupy Kering, która jest właścicielem Bottegi), zadzwonił do niego, ponieważ szukał „nowej twarzy”. Liczył, że będzie to tak samo dobry krok jak dla Gucci, kiedy kilka lat temu zatrudnił nikomu nieznanego Alessandro Michele. Niewątpliwie był jeszcze drugi powód, nieoficjalny. Kiedy szukano nowego dyrektora artystycznego Bottegi, rzesze fanek opłakiwały odejście Phoebe Philo z Celine. Projektantka była uznawana za „królową minimalizmu”, której estetyka ukształtowała dekadę. Gdy jasne stało się, że dom mody nie będzie kontynuował jej wizji, pojawiło się pytanie, co zastąpi styl Celine? Gra była warta świeczki, ponieważ za minimalizm w wydaniu Philo jej wierne klientki płaciły złotem. Bottega nie miała nic do stracenia, a protegowany Philo okazał się być jak miód na złamane serce. 

Stare Celine, Nowa Bottega

22 lutego 2019 roku wszyscy oczekiwali debiutanckiego pokazu Daniela Lee. Branża była ciekawa, jak zmieni estetykę legendarnego domu mody. Bottega Veneta to marka z ponad 50-letnią historią. Założyło ją dwoje przedsiębiorców, którzy w miasteczku Vicenza prowadzili sklep z ręcznie produkowanymi akcesoriami (nazwa Bottega Veneta to po prostu „Wenecki sklep”).

Marka stała się znana dzięki charakterystycznej technice „intrecciato”, czyli skórzanej plecionce, którą ozdabiała akcesoria. Najbardziej znane w historii Bottegi były jednak dwie ostatnie dekady. Wówczas na czele marki stał Tomas Maier. Wyprowadził dom mody z bankructwa i ukształtował jego charakterystyczny styl – pełen wzorów, kolorów, włoskiej elegancji i szyku. W debiutanckiej kolekcji Lee pokazał całkowicie inną wizję.

Jak mówił w wywiadzie dla Nicole Phelps chciał wyczyścić wszystko i skupić się na projektowaniu bazowej, ponadczasowej garderoby. Dziewięćdziesiąt procent kolekcji stanowiły czarne, burgundowe i brązowe ubrania. Najważniejszym materiałem była skóra. Miała ją na sobie co druga modelka. Wybieg wręcz mienił się od skórzanych płaszczy, spodni, sukienek, a nawet przeciwwiatrówek. Pojawiały się seksowne dzianinowe sukienki z golfem oraz męskie garnitury, a wisienką na torcie były cekinowe sukienki. Ciemne sylwetki były doskonale widoczne w rozświetlonej szklarni, w której odbywał się pokaz. Ale to nie im był dedykowany blask fleszy. Każdy kto siedział na pokazie w gruncie rzeczy myślał tylko o jednej rzeczy. O akcesoriach.

Lee pokazał glany, pikowane szpilki, naszyjniki przypominające złote obroże czy torebki portmonetki w rozmiarze XL. Te ostatnie były nową wersją kopertówki Bottegi z 1980 r., z którą Lauren Hutton wystąpiła w „Amerykańskim Żigolaku”. Kolekcja Lee była mariażem tego co tworzył dla Celine i reinterpretacją historii Bottegi. O ile wcześniej marka kojarzyła się raczej z szafami szykownych ciotek, teraz była jak dziewczyna z wyższych sfer, która wymyka się spotkać z niegrzecznym chłopakiem. O ile krytycy podchodzili do kolekcji z dystansem (chcieli poczekać z werdyktem na kolejne), to reakcja fanów przypominała tę na wieść o wyborze papieża. Powołano nawet nieoficjalne konto marki @newbottega, które otarło łzy po wcześniejszym @oldceline. Wszyscy, którzy wychodzili z pokazu wiedzieli, że Bottega właśnie stała się najgorętszą marką sezonu.

Dobra passa debiutanta

Na pytanie, czego nigdy w życiu bym nie założyła, zawsze odpowiadałam - glanów. Ja? Szykowna minimalistka w glanach? Ani nigdy nie słuchałam Nirvany, ani nie dopadła mnie gorączka na Tokyo Hotel. No i masz! Kupiłam je w tym roku i to właśnie za sprawą Daniela Lee. Zresztą nie tylko ja. Wszystkie akcesoria, które pokazał w swojej debiutanckiej kolekcji dla Bottegi Venety, pół roku później na tygodniach mody, miała na sobie co druga dziewczyna. W rankingu 10 najgorętszych rzeczy 2019 roku portalu Lyst.com Bottega zajęła dwa pierwsze miejsca. To pierwszy raz od dłuższego czasu, kiedy z piedestału spadło Gucci.

Numerem jeden jest teraz torebka „Pouch” imitująca wielką portmonetkę, numerem dwa sandały z siatki. Według statystyk grupy Kering, model „Pouch” jest najszybciej sprzedającą się torebką w historii marki, choć mało brakowało a nigdy by nie powstał. W wywiadzie dla New York Timesa Lee opowiadał, że studio nie chciało wyrazić zgody na jej produkcję, ponieważ była… niepraktyczna - nie miała rączki. Tylko tacy innowatorzy jak Lee są w stanie spojrzeć ponad pragmatyzm. Brak rączki nie przeszkadzał tysiącom fashionistek by pomiędzy pokazami biegać z nią pod pachą, ani stworzyć dla niej autorski hashtag - #mybagatemystuff (torebka zjadła moje rzeczy). Na zdjęciach nim oznaczonych dziewczyny w zabawny sposób pokazywały co w niej noszą.

Jeszcze większy głód akcesoriów napędziła kolekcja na wiosnę/lato 2020. Listonoszki z plecionką „Padded Casette”, maksi shoppery z pętelkami „Jodie”, odmienione kopertówki „Pouch” z grubymi łańcuchami czy plecione sandały na obcasie wybijały się coraz oryginalniejszymi kolorami. Intensywna pomarańcz, fiolet, zieleń, aquamaryna, co chwilę ustępowały miejsca mięcie, wanilii i koralowi. Pod koniec 2019 roku w rankingu tego samego portalu Bottega wspięła się o 21 pozycji, pierwszy raz znajdując się w czołówce najgorętszych marek. W sieciówkach stała się najczęściej podrabianą kolekcją sezonu. Lee nie musiał już niczego udowadniać. 


Midas świata mody

Właściwie zawsze chciał być tancerzem. Miłość do opery zaszczepiła u niego babcia, dlatego obowiązkową przeprowadzkę do Mediolanu do siedziby marki, lepiej zniósł na myśl, że czeka tam na niego milion spektakli w teatrze La Scala. Pasjonuje go motyw ruchu, przez to na studiach najbardziej lubił pracować z dzianiną.

„Jest wygodna i dynamiczna. Porusza się razem z tobą” – mówił w wywiadzie dla Tima Blanksa z Business of Fashion.

Pewnie dlatego motywem przewodnim najnowszej kolekcji na jesień zimę 2020 uczynił frędzle. I to jakie. Cienkie zdobiły zakończenia maksi sukienek i spódnic, natomiast grubsze wykańczały pluszowe płaszcze i kopertówki z tej samej tkaniny. Ów płaszcz w kolorze waniliowym, który miała na sobie na pokazie Rachel Marx chwilę później obiegł całe social media.

W tej trzeciej kolekcji Lee wyklarowuję swoją wizję. Wydaje się jakby dotychczas dawkował nam swoją estetykę. Badał teren. Z nieśmiałością sprawdzał, na ile może sobie pozwolić. Po otrzymaniu tytułu „Projektanta roku” już się nie wahał, stworzył kolekcję majstersztyk. Najodważniejszą, którą zamknął na razie usta krytykom. Widać już, które elementy szafy lubi najbardziej. Długie kardigany zapięte na jeden guzik noszone w połączeniu ze spódnicami maksi, militarne buty przełamujące cekinowe sukienki, złote łańcuchy zdobiące ubrania i akcesoria oraz skórę w każdej postaci. Ma też swoje ulubione kolory. Lubi te nieoczywiste jak limonka, koral, fuksja, aquamaryna czy biskajska zieleń. Ale dozuje je z umiarem. Nie zapomina o ponadczasowej elegancji, którą wskrzesza w Bottedze. Mottem jego twórczości jest hasło reklamowe domu mody z lat 70.

„When your initials are enough” (Kiedy twoje inicjały są wystarczające).

Daje słowo, że za jego czasów Bottega nie będzie epatowała logo i sezonowymi trendami. Wydaje się, że fanki minimalizmu znalazły u niego bezpieczną przystań.

Autor kolażu w nagłówku Grzegorz Komorowski