Do najnowszego filmu „Tully” przytyłaś 15 kg. Podobnie było, gdy przygotowywałaś się do oscarowej roli w „Monster”, ale wtedy byłaś młodsza. Czułaś się inaczej?
Charlize Theron Oczywiście. „Monster” powstawał, gdy miałam 27 lat. Po zdjęciach przez trzy tygodnie nie podjadałam niczego między posiłkami i szybko wróciłam do swojej wagi. Tym razem to była orka! Po pierwsze, długo nie mogłam przytyć. Non stop coś jadłam – głównie węglowodany – i nic. Przerzuciłam się na produkty zawierające cukier: piłam i jadłam wszystko, co słodkie. To z kolei osłabiło mnie psychicznie. Musiałam w trakcie zdjęć do „Tully” zmierzyć się z poważną depresją. Dopadło mnie to pierwszy raz w życiu i byłam kompletnie nieprzygotowana na takie doświadczenie. Czułam się, jakbym wleciała w ciemną chmurę i straciła orientację. Dużo czasu zajęło mi ustabilizowanie wagi i emocji.

W trakcie zdjęć do filmu spotkałyśmy się na przyjęciu, gdzie szepnęłaś mi do ucha: „Za pięć minut w damskiej toalecie!”. Chciałaś mi pokazać, co dzieje się z Twoim ciałem. Zamknęłyśmy się w kabinie, zdjęłaś suknię i zobaczyłam Twoje uda, ramiona, brzuch… Pomyślałam, że mało którą aktorkę stać na taką odwagę.
Nigdy nie rozumiałam aktorów, którzy odmawiali przejścia przez – nawet wyczerpujące – przeobrażenia fizyczne dla roli. Moim zdaniem to część tego zawodu. Czasami sprawia ci to frajdę, innym razem nieco miesza w głowie. Ja to traktuję jak podróż w głąb kogoś, kim nie jestem. To nie zawsze łatwe, ale zazwyczaj fascynujące przeżycie. Stanowi o odwadze w tej profesji. Nie wyobrażam sobie grania Marlo w filmie „Tully” bez elementu metamorfozy cielesnej. Wyczerpanie, które ona czuje, jest związane nie tylko z brakiem snu, ale też z brakiem ruchu i aktywności fizycznej po trzech porodach i karmieniu piersią. Jej ciało się zmieniło: spuchły ręce, palce, urosła stopa, powiększył się obwód uda.  

Też przez to przechodziłaś?
Tak, niemal przez to wszystko, choć nie rodziłam.

Ludzie oceniają innych powierzchownie i tendencyjnie. Dlaczego piękna aktorka miałaby się oszpecać? Może dlatego, że sama nie ma dzieci i część z tego, co jest przypisane biologicznemu macierzyństwu, ją ominęło? Swoje dzieci, Jacksona i Auggie, adoptowałaś. Masz poczucie, że nie przeszłaś tego, co kobiety, które urodziły?
Kiedy wypełniałam formalności związane z pierwszą adopcją, mama pokazała mi list, który napisałam do niej, gdy byłam dzieckiem. Pytam w nim, czy możemy wybrać się do sierocińca. W Afryce Południowej sierocińce są wpisane w krajobraz. Pamiętam, że przez całe dzieciństwo bardzo chciałam mieć brata albo siostrę, a przez to, gdzie dorastałam, miałam też silnie rozwinięty odruch empatii i opiekuńczości. Od najmłodszych lat byłam świadoma tego, jak dużo jest niechcianych dzieci na świecie. Adopcja to kwestia indywidualnych predyspozycji. Znam ludzi, którzy nie mogą mieć własnych dzieci ani nie decydują się na adoptowanie cudzych. Szanuję to. Z kolei ja nigdy nie widziałam różnicy między wychowaniem dzieci własnych – biologicznych – i adoptowanych. Nie mam poczucia, żeby cokolwiek mnie omijało. Od zawsze myślałam o adopcji, nawet wtedy gdy byłam młoda i żyłam w związku. Wiedziałam, że niezależnie od tego, czy urodzę, czy nie, chciałabym adoptować dziecko.

Co Ci dało macierzyństwo? Dowiedziałaś się czegoś o sobie?
Patrzę na życie z innej perspektywy. Widzę świat w prosty sposób. Gdy miałam 20 lat, bałam się bycia matką. Kiedy przekroczyłam trzydziestkę, poczułam, że jestem gotowa. Ale macierzyństwo nie nadchodziło. Krążyły mi po głowie różne myśli, zastanawiałam się, czy jeśli wreszcie będę miała dzieci, wciąż będzie to moja świadoma decyzja, czy już raczej pewna konieczność. Zdecydowałam się na adopcję przemyślaną, podpartą latami rozmyślań na ten temat. Nie chciałam przegapić odpowiedniego momentu, więc po prostu zrobiłam to i już. Jaką jestem matką? Miewam gorsze dni. Popełniam błędy. Trudno zachować równowagę, cierpliwość i dobry humor, gdy dzieci równocześnie płaczą, dzwoni agent z propozycją roli, auto po raz kolejny odmówiło posłuszeństwa, a ty nie masz pojęcia, jaki jest dzień i dlaczego znowu zapomniałaś o kontroli u lekarza. Staram się być normalną matką. I chyba tak właśnie wygląda rzeczywistość normalnych, zwykłych matek. Oczywiście nie każda kobieta wychowuje dzieci jak ja, w pojedynkę, a dwoje zdrowych, energicznych urwisów to sporo jak na barki jednej osoby. I nigdy przez te ostatnie sześć lat nie pomyślałam, że wolałabym, aby moje życie wyglądało inaczej.

Pomaga Ci mama, Gerda, która aktywnie uczestniczy w wychowywaniu Twoich dzieci. 
To też była świadoma decyzja. Wiedziałam, że jeśli zdecyduję się na bycie samotną mamą dwojga dzieci, sama temu nie podołam. Spytałam mamę, czy byłaby gotowa i chętna włączyć się nie tyle w pomoc, ile w wychowanie maluchów. Zgodziła się. Dzisiaj nawet żartuje, że urodziła się po to, by zostać babcią. Co oczywiście nie jest tak do końca komfortowe dla mnie, przypominam jej wtedy, że wychowała przede wszystkim mnie. Wiem, że jestem szczęściarą, mogąc w takim stopniu polegać na mamie. Gdyby nie ona, byłabym z tym wszystkim na głowie bardzo osamotniona.


Mówiłaś, że jako dwudziestolatka bałaś się macierzyństwa, ale wszystko zmieniło się dekadę później. Gdybyś miała porównać siebie dwudziestoletnią i trzydziestoletnią, w czym jeszcze się zmieniłaś? 
Jako dwudziestolatka spełniałam swoje marzenia. Robiłam to, co chciałam, nie musiałam myśleć o innych ani oglądać się za siebie. Realizowałam się. Byłam w związku z facetem, który podobnie jak ja chciał coś przeżyć. Szukaliśmy przygód, pakowaliśmy plecaki i wyjeżdżaliśmy w dzicz na pięć tygodni – chodziliśmy po górach, wspinaliśmy się, mieszkaliśmy kątem u ludzi albo pod gołym niebem. Był też okres szalonych imprez. Dziś wiem, że było mi to potrzebne. Gdy mój związek się skończył, poczułam silną potrzebę bycia matką. Niemal od razu chciałam wejść w macierzyństwo, ta myśl zagarnęła i przykryła wszystko inne. Miałam 30 lat i już nie chciałam podróżować, wychodzić na miasto ani pić. Ale proces adopcyjny trwał długo, byłam psychicznie wycieńczona biurokracją. Poza tym chciałam się skonfrontować z wszystkim, czego dokonałam do tej pory w życiu – zrobić coś w rodzaju rachunku sumienia. Z wieloma aspektami własnej osobowości – które dotychczas negowałam bądź wypierałam – zmierzyłam się po raz pierwszy i nie zawsze było to przyjemne czy bezbolesne. To była wielka, emocjonalna wolta, którą przeszłam dobrowolnie. Chciałam tego, bo musiałam odpowiedzieć sobie na pytanie, czy macierzyństwo nie jest kaprysem i czy jestem na nie gotowa. Teraz mam ponad 40 lat i nigdy nie czułam się lepiej. Kocham ten moment swojego życia. Czuję się młoda, ale dojrzała, złotowłosa, choć siwych kosmyków nie brakuje. Nie przeszkadza mi to. Mam poczucie, jakbym piła z kubeczka, który ma właściwy rozmiar – nie potrzebuję dolewek, nie mam ani za dużo, ani za mało. Jest mi w sam raz.      

Mówisz o silnej potrzebie macierzyństwa. Pamiętam, jak rodził się Jackson, a Ty byłaś w takich emocjach, że bolały Cię piersi.
Bardzo to przeżywałam. Czekałam na swoje pierwsze dziecko dość długo, ono było wręcz wytęsknione. Tak bardzo chciałam zostać matką, że moje ciało zaczęło także wysyłać sygnały – było gotowe i przechodziło przez cały emocjonalny proces wraz ze mną. To wtedy zdałam sobie sprawę, jak wielka siła tkwi w naszych umysłach, wszystko zaczyna się w głowie. Nie przechodziłam radykalnej zmiany, nie byłam w ciąży, moje ciało – choć odczuło zmiany – nie doświadczyło skrajnych obciążeń. Co nie znaczy, że później miałam lżej czy sobie folgowałam, bo nie chodziło o „moje” biologiczne dziecko. Wstawałam w nocy na karmienie co dwie, trzy godziny – najpierw do pierwszego, potem do drugiego malucha. Na początku nie umiałam prosić o pomoc innych. Czułam, że to nie w porządku. Dziecko to był mój wybór, więc teraz i obowiązki należały do mnie. Wydawało mi się, że jeśli poproszę o pomoc, to będzie znaczyć, że jestem złą matką. Szybko zweryfikowałam swoje podejście. Moje dzieci były i są szczęśliwe, gdy ja jestem szczęśliwa, czyli wyspana i radosna. Nauczyłam się przyjmować pomoc. Wszyscy myślą, że mam czterdziestoosobowy zespół do opieki nad dziećmi. Nic z tych rzeczy: zatrudniam jedną nianię, no i jest niezastąpiona babcia – moja mama – na którą mogę liczyć w każdych okolicznościach. Mieszkamy na tej samej ulicy, co ułatwia wiele spraw. Mam też siatkę sąsiadów i przyjaciół. Nazywam ich swoją małą wioską. Dziś wiem, że ważna jest nie tylko umiejętność proszenia o pomoc czy korzystania z niej, ale też równowaga. Nie może być tak, że inni zastępują mnie przy dzieciach. Wszystko musi mieć odpowiednie proporcje. 

Słuchasz własnego instynktu?
Otrzymałam wiele dobrych rad, ale zawsze podążałam za wewnętrznym głosem. Dam ci przykład: moje dzieci wychowały się na mleku modyfikowanym. Mama lamentowała, że nie kupuję w pobliskim szpitalu mleka z piersi kobiet, które mają go za dużo. Za każdym razem mówiłam kategoryczne „nie”. Postawiłam w tym temacie wyraźną granicę i wytrwałam mimo prób nacisku! Starsze dziecko dopiero rozpoczyna przygodę ze szkołą, ale już wiem – biorąc pod uwagę swoje wyjazdy i to, jak często podróżujemy razem – że będzie sporo opuszczać. Trudno, choć wiem, że nie obejdzie się bez przykrych komentarzy. Wiesz, ja chyba zawsze najbardziej w sobie lubiłam to, że potrafiłam ignorować opinie innych na swój temat. Kompletnie mnie to nie interesowało. Ta cecha przydaje się teraz, odkąd zostałam matką. Wiem, co mam robić, ufam swojemu instynktowi, jest biologiczny w stu procentach.

Zdecydowałaś się na adopcję dzieci czarnoskórych. Dorastałaś w RPA, temat rasizmu nie był Ci obcy.
To, że dorastałam w Afryce w czasach apartheidu, sprawiło, że przede wszystkim jestem świadomą osobą. Wszystko, co dotyczyło walki o równość czy prawa człowieka, było mi bliskie. Moje dzieci są czarne. I kropka. Takie chciałam mieć i mam. Wybierałam je sobie nie pod wpływem jakiegoś romantycznego uniesienia czy by pokazać, że biała kobieta może wychować samotnie czarne dzieci i tym samym zbawić świat. Nie może, niestety. Prawda jest taka, że nigdy nie zastanawiam się nad kolorem skóry swoich dzieci. Często za to myślę, co czują, na kogo wyrosną, czy są szczęśliwe. Nie chcę, aby to, jak wyglądają, decydowało o tym, czy będą mogły się realizować i czy będą wolne. Niestety, rasizm jako ideologia nienawiści jest wciąż żywy. Są miejsca na świecie – a mówiąc dokładniej: w Ameryce – do których nie pojechałabym z dziećmi z obawy przed tym, jak zostaną potraktowane. Kilka razy odrzuciłam wyjazdowe propozycje pracy, bo wiedziałam, że moje dzieci nie będą tam bezpieczne. Czasem patrzę na swoje maluchy i zastanawiam się, czy któregoś dnia nie będę musiała wyjechać z USA, bo przestanę się tu czuć u siebie. 

Czeka Cię trudna rozmowa z dziećmi.
Ten moment jeszcze przed nami, choć rozmawiamy także na trudne tematy. Chcę, żeby moje dzieci wiedziały, skąd pochodzą i kim są. Aby nie wstydziły się tego, jakie są. Pracuję na to każdego dnia. Buduję w nich poczucie własnej wartości i świadomość, że liczy się coś więcej niż to, jak wyglądasz. Oczywiście one od początku widzą różnice między sobą i mną. Zadają pytania. Staram się na nie odpowiadać. Tłumaczę,  jak to się stało, że jesteśmy razem. To nie zawsze jest proste. Mówię też, dlaczego ludzie nie będą traktować nas tak samo – mnie i ich. One tego kompletnie nie rozumieją, dla nich jesteśmy tacy sami, równi. Chcę, żeby Jacks i Auggie wiedzieli, że życie nie jest sprawiedliwe i że choć robię wszystko, by takie było, nigdy nie będzie. Muszę ich przygotować na zderzenie z rzeczywistością, im będą starsi, tym częściej będą się stykać z rasizmem i brakiem tolerancji. Boleję nad tym. Postaram się złagodzić wszelkie możliwe ataki, ale wszystkich nie wyeliminuję. Dlatego tak ważna jest rozmowa z nimi. 

Od dawna pracujesz w Hollywood. Czy Twoim zdaniem kobiety w zawodach filmowych dostają teraz więcej szans na realizację swoich pomysłów niż kiedyś?
Świat filmu nadal jest sterowany i kontrolowany przez mężczyzn. Choć oczywiście pozycja kobiet jest coraz lepsza. Od jakiegoś czasu jestem również producentką swoich filmów – zwracam uwagę nie tylko na reżyserów czy reżyserki, ale też na scenarzystów, montażystów i kompozytorów. Chcę, by w moich ekipach panowała równość, by kobiety czuły się dobrze reprezentowane w tych filmowych składach. Myślę, że dzisiaj każda kobieta, która odniosła sukces, może coś zmienić w krajobrazie wokół siebie. Ja odczuwam ogromną odpowiedzialność – za siebie i innych. Marzę o tym, aby świat potrafił bardziej doceniać kobiety, to, jak wspaniałe potrafimy być: wielozadaniowe, profesjonalne, mądre, uczciwe, szlachetne, dzielne, zabawne. Do tego rodzimy, wychowujemy dzieci i jeszcze chcemy pracować! Który facet tak ma, no który?