Reklama

Dziesięć lat obecności Netflixa w Polsce to dla widzów przede wszystkim rewolucja w sposobie oglądania, a dla twórców – zupełnie nowe możliwości produkcyjne i artystyczne. Maciej Buchwald nie ma wątpliwości, że ta zmiana była odczuwalna w całej branży.

Jak podkreśla, platforma nie tylko podniosła poprzeczkę, ale też realnie wpłynęła na jakość lokalnych produkcji. W podobnym tonie o ostatniej dekadzie opowiada drugi reżyser serialu Kordian Kądziela. Zwraca uwagę na coś, co w czasach nadprodukcji treści wcale nie jest oczywiste – miejsce na ryzyko i twórczą odrębność.

A jak w tym kontekście plasuje się „1670”?

Maciej Buchwald: „Na Netflix jest miejsce na ryzyko i autorski głos”

Dla obu reżyserów szczególnie ważne jest to, że rozwój streamingu nie zabił autorskiego kina, lecz przeciwnie – pozwolił mu znaleźć nową formę. Kądziela przypomina, że takie produkcje bywają określane jako „seriale wysokiego ryzyka” albo wręcz „totalne odpały”, ale właśnie w tym tkwi ich siła.

– Taki też był nasz (serial – przyp. red.). Zaryzykowali, dając nam duży budżet i robiąc szaloną komedię – mówi o „1670”. Podkreśla przy tym, że „autorskość nie wyklucza się z tym wysypem treści ze streamingu”. To ważna obserwacja, bo pokazuje, że masowość platform nie musi oznaczać ujednolicenia.

Buchwald rozwija ten wątek, przywołując zarówno debiutantów, jak i twórców już rozpoznawalnych. W jego ocenie polskie seriale przestały mieć kompleksy wobec zagranicy. Nie musimy się wstydzić tych realizacji – mówi, wskazując tytuły takie jak „Wielka Woda” czy „Heweliusz”. Jego zdaniem dziś ambicja dotyczy nie tylko treści, ale i formy: produkcje mają być dopracowane, nowoczesne i gotowe do międzynarodowego obiegu.

1670 sezon 3
mat. prasowe

Największe zaskoczenie? Prawdziwa wolność twórcza

Jednym z najciekawszych wątków rozmowy jest ten dotyczący kulis współpracy z Netflixem. Obaj twórcy zgodnie przyznają, że ich największym pozytywnym zaskoczeniem była skala artystycznej swobody.

Buchwald rozprawia się przy tym z popularnym wyobrażeniem o platformie jako miejscu pełnym procedur, kontroli i sztywnych oczekiwań. – Opowieści o tym, że trzeba jakieś tabelki wypełniać, by sprostać oczekiwaniom Netflixa – to jest mit – mówi wprost. Jak dodaje, „jeśli chodzi o wolność artystyczną, to ona była stuprocentowa”.

Nie oznacza to oczywiście całkowitego braku dialogu. Twórcy podkreślają, że rozmowy były obecne, ale miały charakter partnerski. Buchwald wspomina, że przez trzy sezony pojawiło się właściwie tylko jedno ujęcie, którego nie mogli pokazać. W jego ocenie to najlepszy dowód na to, że zaufanie do autorów nie było pustym hasłem.

Kądziela zwraca uwagę na jeszcze jeden aspekt – zaskakującą „nieobecność” ludzi Netflixa na planie. Przyznaje, że wyobrażał sobie dużą produkcję platformy jako projekt stale nadzorowany przez sztab decyzyjny. Tymczasem rzeczywistość wyglądała zupełnie inaczej. – Okazało się, że rzeczywiście dostaliśmy wolność twórczą – mówi. I dodaje z uśmiechem, że przedstawiciel platformy „raz na jakiś czas wpadał, trochę pooglądał, co robimy, mówił, że fajne i wyjeżdżał”. Jak podkreśla, był to ogromny komfort dla twórców.

obraz

„1670” i nowy język opowiadania o polskości

W rozmowie pojawia się także temat wyjątkowości „1670”, które widzowie szybko zaczęli traktować nie tylko jako serial komediowy, ale też jako osobny, niemal idiomatyczny sposób opowiadania o polskości. Kądziela podkreśla, że siłą projektu od początku była jego unikatowa konwencja.

Maciek był pierwszy w tym projekcie i on podłożył te podwaliny pod tę konwencję, która jest bardzo unikatowa – mówi. Zwraca też uwagę, że „1670” bywa błędnie określane jako mockument. Jego zdaniem tytuł wyrasta z zupełnie innej energii: „jest bardzo malarski i piękny”. Twórcy długo dyskutowali o tym, czy komedia może być jednocześnie formalnie wysmakowana – i właśnie ta ambicja stała się jednym z fundamentów produkcji.

Buchwald dopowiada, że w przypadku „języka” nie chodzi wyłącznie o język filmu, ale też o język dosłowny. Dlatego wyraźnie wskazuje na wkład Jakuba Rużyłły. Jak mówi, scenarzysta „zapisał parę zdań, które weszły na stałe do naszego języka”. To właśnie zderzenie stylu, rytmu dialogów i specyficznego humoru sprawiło, że tytuł zaczął żyć także poza ekranem.

Dla twórców jednym z najbardziej poruszających momentów nie są jednak wyłącznie recenzje czy wyniki oglądalności, ale reakcje widzów. Buchwald wspomina premierę drugiego sezonu, zorganizowaną z rozmachem przypominającym wielkie widowisko. Najmocniej zapamiętał moment, gdy wraz z Kądzielą obserwowali tancerzy śpiewających utwór z serialowego świata.

To doświadczenie łączyło się dla niego z poczuciem dumy. – Włożyliśmy w ten serial i wkładamy cały czas masę serca. I kiedy widzimy, że to rezonuje, i że jest publiczność, że są fani, i że wokół tego dzieją się takie rzeczy, to czujemy dumę – podkreśla.

Kądziela podkreśla z kolei siłę fanowskiego odzewu. Wokół „1670” powstały grupy w mediach społecznościowych, które nie tylko komentują kolejne odcinki, ale wciąż tworzą nowe treści i podtrzymują zainteresowanie historią. – Ludzie czekają na trzeci sezon mówi reżyser, a my nie ukrywamy nawet, że nie możemy doczekać się premiery.

mat. prasowe
mat. prasowe

Co oglądają twórcy „1670” na Netflix?

Na koniec rozmowy nie zabrakło rekomendacji. Buchwald z rozbrajającą szczerością przyznał, że jest „gigantycznym fanem” „Love is Blind” i widział wszystkie amerykańskie sezony. Z bardziej klasycznych poleceń wskazał „Dojrzewanie”, a także „Stranger Things”, które – jak mówi – pozostaje dla niego produkcją godną „ogromnego szacunku”.

Obaj twórcy zwracają też uwagę na dokumenty sportowe. Buchwald poleca serię „Untold”, a Kądziela dorzuca „Drive to Survive”, podkreślając zwłaszcza poziom montażu. Wśród bardziej niszowych zachwytów pojawia się z kolei absurdalny humor Tima Robinsona i jego sketch show „I Think You Should Leave” – tytuł, do którego, jak przyznają, wracają nawet... podczas pracy nad własnym serialem.

Reklama
Reklama
Reklama