Reklama

W świecie, w którym trendy zmieniają się szybciej niż pory roku, a kolejne estetyki rodzą się i umierają w rytmie scrollowania, coraz trudniej odpowiedzieć na jedno, pozornie proste pytanie: czy makijaż wciąż jest formą ekspresji, czy już tylko formą dopasowania?

Granica między inspiracją a kopiowaniem zaczyna się zacierać. „Blush blindness”, „halo lips”, „glass skin” – nazwy się zmieniają, ale mechanizm pozostaje ten sam. Podążamy. Testujemy. Uczymy się nowych technik. A czasem, niemal niezauważalnie, zaczynamy wyglądać coraz bardziej podobnie.

Joanna Klein patrzy na ten proces z dystansu. Jako makijażystka pracująca na styku kultur — z polskimi korzeniami, ale w Stanach Zjednoczonych — obserwuje nie tylko to, co aktualnie „jest na topie”, ale przede wszystkim to, jak zmienia się nasze podejście do piękna. Pracując z kobietami z pierwszych stron gazet, widzi od środka, jak rodzi się wizerunek – i jak cienka jest granica między jego ewolucją a utratą indywidualności.

W rozmowie opowiada o tym, dlaczego nie każdy trend jest dla każdego, co naprawdę oznacza „naturalny makijaż” i dlaczego luksus w beauty nie ma nic wspólnego z ceną produktu. Ale przede wszystkim stawia ważne pytanie: czy w pogoni za „najlepszą wersją siebie” nie tracimy przypadkiem tego, co najbardziej nasze?

Czy czujesz się bardziej jak polska makijażystka pracująca na globalnej scenie, czy raczej jak artystka z międzynarodową karierą?

Powiedziałabym, że zdecydowanie bardziej jak artystka międzynarodowa – albo artystka z międzynarodowym doświadczeniem. Zwłaszcza że mieszkałam w różnych miejscach na świecie: oczywiście w Polsce, a później głównie w Stanach Zjednoczonych.

Jak opisałabyś różnice między kulturą beauty w Polsce a w Los Angeles i szerzej – w Stanach Zjednoczonych?

Myślę, że piękno jest bardzo osobistą sprawą – każdy ma z nim inną relację. Z mojej perspektywy w Polsce makijaż jest bardziej deklaracją. To jednak zależy. W Ameryce również makijaż bywa bardzo widoczny, ale dużo zależy od pokoleń i regionu. Większe miasta różnią się od mniejszych. W Los Angeles makijaż bywa cięższy – ludzie czasem wręcz tworzą coś w rodzaju maski albo się za nią chowają. Na Wschodnim Wybrzeżu jest bardziej naturalnie – większy nacisk kładzie się np. na świetlistość skóry. Coraz mocniej widać trend minimalistycznego makijażu, skupionego na glow. Chcemy widzieć skórę, pory, a nie warstwy produktów.

To bardzo złożone i nie da się tego jednoznacznie sklasyfikować. To kwestia pokoleniowa, ale też konkretnych środowisk.

Jak na przestrzeni twojej kariery zmieniła się globalna idea piękna?

Stała się bardziej osobista i zależna od kontekstu. Do pracy makijaż może być bardzo minimalistyczny, a wieczorem — na kolację czy wydarzenie — bardziej wyrazisty. To wybór, który wspiera naszą tożsamość.

Pamiętam moment, kiedy nosiłam bardzo dużo makijażu i właściwie nie wiem dlaczego. To był pewnie jakiś stan emocjonalny – może próbowałam coś ukryć. A potem, kiedy przechodzimy do innego etapu życia, to się zmienia. I to jest naturalne.

Co Polska robi dziś dobrze w obszarze beauty, a gdzie jeszcze nadrabia?

Myślę, że pielęgnacja skóry zawsze była w Polsce bardzo ważna – i to uwielbiam. To dla mnie również kluczowe. Wychowałam się w podejściu, że najpierw dbamy o skórę, a dopiero potem o to, co nakładamy na nią. Dlatego bardzo interesują mnie polskie marki skincare – są bardzo innowacyjne.

Jak z twojej perspektywy wygląda podejście Polek do trendów?

Myślę, że w Polsce bardzo szybko podąża się za trendami. A trendy przychodzą i odchodzą – i nie każdy jest dla każdego. Makijaż powinien wspierać rysy twarzy, proporcje, a także wiek. Na przykład trend „blush blindness” — róż nakładany na nos i skronie — wygląda pięknie u osób po dwudziestce, ale u kobiet po pięćdziesiątce czy sześćdziesiątce, gdzie pojawia się utrata objętości, może działać odwrotnie i podkreślać to, czego nie chcemy eksponować.

Masz ulubione polskie marki?

Tak, bardzo lubię Alba 1913. Współpracuję z nimi regularnie i widzę dużą różnicę w jakości składników, trwałości i ochronie. Mam poczucie, że naprawdę wspierają i chronią skórę, a ich składy są bardzo dobrze przemyślane.

Czego nauczyła cię praca z kobietami z pierwszych stron gazet o presji piękna?

To przede wszystkim praca nad ewolucją ich wizerunku – nie jego zmianą. Chodzi o to, żeby zachować to, jak są postrzegane, ale jednocześnie subtelnie rozwijać ich look. To trochę taniec między budowaniem zaufania a proponowaniem nowych rozwiązań. Bardzo często klientki są na to otwarte i zadowolone – to naprawdę ciekawy proces.

A co w sytuacji, kiedy klientka chce czegoś, co — twoim zdaniem — jej nie służy?

Kluczowa jest relacja i zaufanie. Niedawno miałam klientkę, która chciała różową szminkę, ale to zupełnie nie pasowało do jej karnacji. Zaproponowałam nude – i była na to otwarta. To wszystko opiera się na komunikacji.

Czy makijaż stał się dziś czymś więcej niż tylko elementem beauty – częścią szerszej narracji wizerunkowej?

Myślę, że tak, ale to też kwestia kapitalizmu. Po ponad 25 latach życia w USA widzę, że ludzie dostrzegają w tym biznes. Dla celebrytów bardzo łatwo jest sygnować produkty swoim nazwiskiem. Część z nich jest bardzo zaangażowana, część mniej. Idealnie, kiedy za marką stoi historia, ale mam też poczucie, że to wszystko jest bardzo indywidualne i trzeba samemu to sprawdzać.

Ja osobiście czuję się przytłoczona liczbą marek. Ludzie pytają mnie, czy próbowałam tego czy tamtego – a ja po prostu nie mam możliwości przetestować wszystkiego.

Czy media społecznościowe demokratyzują wiedzę o urodzie, czy raczej pogłębiają kompleksy?

Zdecydowanie pogłębiają kompleksy. Mam klientki, które próbują mnie edukować tym, co zobaczyły na TikToku czy Instagramie, ale to nie jest uniwersalne. Na przykład konturowanie – przy starzejącej się twarzy często podkreśla utratę objętości. Trzeba wybierać tylko to, co działa dla nas. Myślę, że social media trochę wszystko zepsuły.

Jak sprawdzić, co naprawdę do nas pasuje? Czy warto konsultować się z ekspertem, czy po prostu testować wszystko samodzielnie?

Zachęcam wszystkich do testowania, ale wiele osób ma z tym trudność. Często młode aktorki pytają mnie, czy coś może u nich zadziałać – i wtedy wspólnie to analizujemy. To proces edukacji i eksperymentowania. Czasem coś działa w zmienionej formie, czasem nie działa wcale. Kluczowa jest relacja i otwartość.

Jak oddzielić pielęgnację i makijaż od presji ciągłego „poprawiania się”?

Wiele marek chce dziś być postrzeganych jako skincare. Hasło „less is more” jest bardzo obecne. Ale czy to naprawdę działa? Nie zawsze. Kremy BB, CC – moim zdaniem to często strata pieniędzy. Jeśli potrzebujesz podkładu, użyj dobrego podkładu.

Naturalny makijaż nie oznacza mniej produktów – tylko odpowiedni efekt. Czasem potrzeba więcej struktury i warstw, żeby wyglądać naturalnie. Zwłaszcza z wiekiem.

Które globalne trendy naprawdę mają dziś znaczenie, a które są tylko szumem?

To zawsze zależy od twarzy. Lubię trend „blush blindness”, ale staram się znaleźć balans. Mam na przykład dużo zaczerwienień, więc róż nie zawsze mi służy, ale jego delikatny akcent może być bardzo ładny i dodawać wymiaru.

Bardzo lubię minimalistyczny eyeliner – micro liner. Jest subtelny i działa także przy dojrzalszej skórze. Podoba mi się też trend konturówki ust, ale wymaga bardzo świadomego doboru koloru.

A co z trendami z czerwonego dywanu, jak „ballerina lips”? Czy mają sens w codziennym życiu?

Tak – jeśli są dobrze zbalansowane. Mogą być mocnym akcentem, jeśli reszta makijażu jest minimalistyczna. Ale jeśli robimy pełny glam, wtedy to nie działa. I znowu – nie jest to dla każdego.

Jak dziś definiujesz luksus w beauty?

To przede wszystkim stan emocjonalny. Można osiągnąć ten sam efekt — pewność siebie i dobre samopoczucie — zarówno produktami drogeryjnymi, jak i luksusowymi. Chodzi o podkreślenie indywidualnych cech i wydobycie tego, co najlepsze.

Jakie zasady beauty z czerwonego dywanu mają sens w codziennym życiu?

Micro liner, świetlista skóra, umiarkowany kontur. Warto jednak łagodzić te trendy – pamiętając, że flesze „zjadają” makijaż, dlatego makijaż z czerwonego dywanu musi być bardziej intensywny.

Czego nauczyło cię życie między różnymi krajami o kobiecości?

Że kobiecość i pewność siebie są ze sobą nierozerwalnie związane. W Los Angeles widzę wiele niepewnych siebie kobiet, które ukrywają się pod makijażem i stylizacją. To proces – mam nadzieję, że odnajdą siebie. A makijaż może w tym pomóc.

Co najbardziej zaskakuje w pracy red carpet makeup artist?

To, jak bardzo jest stresująca – i jak mało w tym glamour. Czasu nigdy nie jest wystarczająco dużo, zawsze coś się wydarza. Do tego dochodzi presja – efekt końcowy zależy od wielu czynników, na które nie mamy wpływu: światła, zdjęć, sytuacji na miejscu. Można tylko dobrze się przygotować i mieć nadzieję, że wszystko zadziała.

Jaką radę dałabyś kobietom – nie tylko na czerwony dywan, ale też na co dzień?

Akceptujcie swoje rysy. Indywidualność jest piękna. Nieidealny nos, cienkie usta – to właśnie tworzy charakter. Nie walczmy z tym, co mamy. Nie chcemy być kopiami. To ciekawe, że sama też dostrzegasz te różnice, prawda?

Tak. Często piszę, że makijaż jest dla wszystkich — i to prawda — ale nie każdy trend jest dla każdej kobiety. I bardzo się cieszę, że to powiedziałaś.

Tak – wszystko sprowadza się do indywidualności.
Widzę Francję i Azję jako bardzo minimalistyczne, skupione na skórze. I są też takie środowiska w Los Angeles. Ale jednocześnie istnieje duża grupa, która wciąż preferuje bardziej wyrazisty efekt. I myślę, że w Polsce działa to trochę odwrotnie – starsze pokolenie częściej wybiera mocniejszy makijaż: wyraziste oko, mocne usta, mocne brwi.

Dokładnie.

Natomiast twoje pokolenie w dużej mierze od tego odchodzi – kieruje się bardziej w stronę Francji czy Azji, skupia się na skórze, na minimalizmie, na zdrowym wyglądzie. To nie musi być kolorowe, nikt nie chce wyglądać jak z konfetti na twarzy.

To prawda. Ale z drugiej strony widzę też coś zupełnie innego – wiele osób w moim wieku ma powiększone usta i w pewnym sensie wszyscy zaczynają wyglądać tak samo. To jest bardzo widoczne. Więc nawet jeśli mówimy o zmianie trendów, wciąż w dużej mierze za nimi podążamy – tylko w inny sposób.

Tak, i myślę, że to po prostu część życia, pewna droga. Próbujemy różnych rzeczy — jak z ubraniami czy stylem — i z czasem odkrywamy, co działa, a co nie. To piękne, że na koniec dnia makijaż można zmyć.

Reklama
Reklama
Reklama