Reklama

Wiosną do polskich kin wchodzi film „Łobuz” („Urchin”) – reżysersko-scenopisarski debiut Harrisa Dickinsona, aktora znanego z „Babygirl”, który coraz śmielej sięga po autorskie formaty. W centrum tej opowieści znajduje się Mike - londyńczyk żyjący na ulicy.

Mike jest bohaterem, którego trudno polubić, ale trudno też zignorować

Mike pojawia się w kadrze jak ktoś, kogo miasto nauczyło szybkich reakcji i twardych odruchów: żebrze, krąży po ulicach Londynu, balansuje między drobnymi kradzieżami a przemocą. Gdy spotyka mężczyznę, który próbuje mu pomóc, odwdzięcza się atakiem i rabunkiem. Konsekwencje przychodzą natychmiast – więzienie zamyka ten rozdział, ale nie porządkuje niczego w środku. Po wyjściu na wolność Mike dostaje szansę, która wygląda jak minimum bezpieczeństwa: hostel na kilka tygodni i praca jako pomoc kuchenna w obskurnym hotelu. Nowy rytm dnia jest jak dobrze skrojony płaszcz po latach chodzenia w cienkiej kurtce: daje osłonę, ale nie zmienia pogody.

„Łobuz” opowiada o drugiej szansie

„Łobuz” wraca do pytania o to, co dzieje się z człowiekiem, kiedy system działa poprawnie, a mimo to nie potrafi go utrzymać w pionie. Ważnym wątkiem jest resocjalizacja i sprawiedliwość naprawcza: po wyjściu z więzienia organizowane zostaje spotkanie Mike’a z napadniętym mężczyzną. To scena, która nie szuka sensacji, tylko napięcia między wstydem, gniewem i bezradnością. Dickinson – w tym filmie obecny także na drugim planie – nie zamienia tej historii w manifest ani w rozliczenie „z miastem” czy „z instytucjami”. Zamiast tego zagląda w psychikę bohatera: w uzależnienie, autodestrukcję, kruchość emocji, a także w dotkliwą lukę w empatii, która potrafi pojawić się po obu stronach – u widza i u świata, który patrzy na Mike’a jak na kłopot.

W obrazie wybrzmiewa też pragnienie akceptacji. Jest w nim moment, gdy Mike wychodzi na miasto z koleżankami z hotelu i po raz pierwszy od dawna czuje, że przynależy – a w tle wybrzmiewa „Whole Again” Atomic Kitten. Ta ulga jest piękna i ryzykowna zarazem: przyjemność bycia „wśród swoich” staje się kolejnym bodźcem, od którego łatwo się uzależnić.

Realizm społeczny spotyka psychodeliczny błysk

Produkcja zrealizowana w koprodukcji Wielkiej Brytanii i USA (2025) wyrasta z tradycji brytyjskiego realizmu społecznego, przywołując skojarzenia z kinem spod znaku Kena Loacha. Ulice i wnętrza nie są tu pocztówką, tylko tłem codzienności, w której łatwo wypaść z obiegu. A jednak film nie zamyka się w surowym rejestrze. W pewnych momentach wchodzą wizje i surrealne, psychodeliczne wstawki – jak krótkie pęknięcia w realistycznej narracji, które pokazują stan wewnętrzny Mike’a: chaos, lęk, ulotną trzeźwość i napięcie, którego nie da się „przegadać” jednym dobrym postanowieniem. Rytm opowieści podkręca muzyka elektroniczna i gitarowa, nadając tej historii puls miasta i nerw człowieka, który stale walczy o kontrolę.

łobuz
mat. prasowe

W roli Mike’a Frank Dillane, nagrodzony za tę kreację w Cannes, buduje postać złożoną: odpychającą, impulsywną, chwilami bezradną, a jednocześnie rozpaczliwie czujną na protekcjonalny ton. To nie jest film, który prosi o litość – to film, który domaga się uczciwego spojrzenia. I dlatego debiut Dickinsona, uhonorowany w Cannes nagrodą FIPRESCI, zapowiada wejście do kin jako premiera, obok której trudno przejść obojętnie.

Reklama
Reklama
Reklama