Reklama

„Ma pani stylistę, zgadza się?” – pyta prawnik. Jesteśmy na sali rozpraw, na ławie świadków, w tweedowym garniturze od Giambattisty Valli z piórami na kołnierzu siedzi Cardi B. Potwierdza. To drugi dzień procesu, w którym broni się przed zarzutem napaści na byłą ochroniarkę, ale adwokata bardziej niż szczegóły zajścia interesują jej stylizacje. Każdego dnia przychodzi w nowym wcieleniu: w komplecie w groszki Valentino z fuksjową kokardą na piersi, w białym taliowanym Jacquemusie z okrągłymi ramionami. „Wczoraj miała pani czarne, krótkie włosy, dziś są długie i blond. Które są prawdziwe?” – docieka przesłuchujący. Cardi B unosi brwi, chwilę się waha, wywraca oczami. „To peruki…”.

Narodziny sądowego performance

Mówi się, że sprawiedliwość jest ślepa. Ale w tym sądzie Temida uchyla opaskę, by rzucić okiem na modę. Bo jest je na czym zawiesić: czy to na Gwyneth Paltrow w kaszmirach Loro Piany, czy na Amber Heard, której kołnierzyki i koki analizowano uważniej niż jej zeznania. Nieważne, czego dotyczyły procesy. Śledziliśmy je dla jednego: mody, memów i campu. Sąd stał się estradą, na której show-biznes, marketing i tiktokowa drama łączą siły w walce o naszą uwagę. Jak to się stało, że sala rozpraw została wybiegiem?

Strój kobiety przed sądem zawsze wzbudzał zainteresowanie. W 1793 roku Maria Antonina poszła na gilotynę w bieli – prostej, płóciennej koszuli i czepku – w geście zaprzeczenia wizerunkowi „rozpustnej królowej”. Ten sam kolor sufrażystka Alice Paul i jej „ciche strażniczki” wkładały do sądów, nawiązując do szaty, w której spalono Joannę d’Arc (ją z kolei oskarżono za noszenie męskich strojów, a stracono w damskiej sukni). Z kolei czerń – sądziły się w niej pierwsze wiktoriańskie rozwódki – miała odpierać zarzuty o cudzołóstwo. Zanim ktokolwiek krzyknął „ladacznica”, one już były w żałobie. Po swoim małżeństwie, ma się rozumieć.

Przez kolejne 100 lat rola sądowej stylizacji ewoluowała wraz z postępami w stronę równouprawnienia i sprawiedliwych wyroków. Ale przełom przyniósł proces osoby objętej podwójnym wykluczeniem – czarnej kobiety. Oskarżona w 1947 roku o posiadanie narkotyków Billie Holiday ani myślała udawać pokorę – na rozprawy przychodziła w pełnym rynsztunku z estrady: sukniach, kapeluszach, z kwiatem we włosach. Ten nieprzepraszający glamour to szach-mat – walka o godność w obliczu uprzedzonego systemu. „Nie dam się upokorzyć” w formie ubrania.

Od oskarżonej do marki

W erze celebrytów słynne oskarżone traktowały strój jako narzędzie narracji – już nie przed wymiarem sprawiedliwości, ale przed globalną publicznością głodną widowiska. Kiedy w 2002 roku Winona Ryder stanęła przed sądem za kradzież, jej opaski, tweedowe kostiumy i lukrowana elegancja lat 50. stworzyły nową postać: nie upadłej gwiazdy, lecz grzecznej damy. Prawie, bo na jednej rozprawie Ryder puściła oczko. Przyszła w sukience Marka Jacobsa z marynarskim kołnierzem – z tej samej kolekcji, z której ukradła sweter. „Wyglądała tak pięknie, że zaprosiłem ją do kampanii” – ogłosił potem projektant na łamach WWD.

Getty Images
Getty Images

Tego jeszcze nie było – oto oskarżona strojem nie tylko gra na swoją korzyść w procesie, lecz także wykorzystuje go do postępu w karierze. Guru lifestyle’u Martha Stewart, skazana dwa lata po Ryder za malwersacje, dopracowała tę logikę: jej beże, brązy, szarości i kasztanowa Birkin Hermèsa stały się rozszerzeniem marki „perfekcyjnej pani domu”. Przed sądem budowała wizerunek biznesmenki, która nie potrzebuje kraść (cena Birkin dziś to jakieś 54 tysiące złotych, miała być tematem dyskusji wśród przysięgłych), a przed show-biznesem – że kryzysem zarządza z perfekcją, z jaką wyprawia kolacje. Sędziego nie przekonała – spędziła pięć miesięcy w więzieniu – ale kulturę już tak. Nie tak dawno Stewart śmiała się do nas z okładki „Sports Illustrated” jako najstarsza, 81-letnia gwiazda słynnego „Swimsuit Issue”.

Hot mess i cichy luksus

Bywało, że sądowa moda nie miała wybielać gwiazdy. W procesie o jazdę pod wpływem, posiadanie narkotyków i kradzież Lindsay Lohan obrała ścieżkę chaosu. Ulubienica tabloidów występowała na sali rozpraw w niedbałych, workowatych swetrach i garniturach. To na tej dramie – kolejnych odwykach, zatrzymaniach, pracach społecznych – wychowało się pokolenie przyklejone do MTV. Dziś o Lohan powiedzielibyśmy „grunge”, wtedy pisano po prostu „hot mess”. Bo XXI wiek żądał od kobiet już nie tylko wyjaśnień, lecz także widowiska – i widowisko otrzymał.

Getty Images
Getty Images

Dziś, w erze Instagrama, widowisko trwa 24/7, a moda funkcjonuje w logice „ekonomii widzialności”, w której deficytem nie jest już produkt, lecz uwaga. Głośność stała się walutą – a ta kosztuje. Jak pokazuje raport „The State of Fashion: Luxury”, ponad 80 proc. wzrostu sektora w ostatnich latach wynikało z podwyżek cen, nie z realnej wartości. To kryzys ekskluzywności: luksus, zmuszony reklamować się jak produkt masowy, traci autentyczność. W ten oto sposób sala rozpraw – jedna z ostatnich przestrzeni sprawiających wrażenie niewyreżyserowanej – staje się dla mody idealną sceną. W natłoku komunikatów trudno się przebić. A jednak gdy Gwyneth Paltrow stanęła przed sądem w (nonsensownej) sprawie narciarskiej kolizji, skradła uwagę strojem. Najpierw czarny sweter Proenzy Schouler z asymetrycznym dekoltem, potem kaszmirowa Loro Piana, botki Celine, miękkie beże z The Row. Estetycznie: asceza. Cenowo: bizancjum. „Cichy luksus” – orzekły media. Styl mający pozwolić przemknąć, stał się najgłośniejszym komunikatem roku.

Trendy z sali rozpraw

Moda podchwyciła ten kod błyskawicznie. Niedawno COS, oferujący estetykę quiet luxury w przystępnej cenie, wskoczył na trzecie miejsce indeksu najgorętszych marek Lyst. Ale nie tylko o zasięgi tu chodzi, lecz także o coś głębszego: potrzebę kontroli nad tym, jak jesteśmy widziani. Bo stylizacje znane z sądowych wystąpień gwiazd to zestaw sprawdzonych strategii.

Dlatego tak wyraźnie wybrzmiewają w kolekcjach na sezon wiosna–lato 2026. Maksymalizm i estetykę „żony gangstera” Cardi B widzimy w teatralnych ramionach z poduszkami na wierzchu marynarki Elsa od Schiaparelli oraz zabawach objętościami (w kolekcji domu Bottega Veneta Louise Trotter zestawia peleryny z plecionki intrecciato z pierzastymi spódnicami w odcieniu chartreuse). „Cichy luksus” Paltrow i Stewart znajdują echo w warstwowych sylwetkach z wąskimi spodniami z trenem od The Row czy zamszach z tłoczeniem krokodyla u Tove.

Spotlight
Spotlight

Chaos Lindsay Lohan – od workowatych garniturów i indie sleaze po „prison chic” – jest ujęty w ramy instytucji: techniczne kurtki, robocze detale i uniformowe kroje u Prady i Miu Miu zamieniają brak kontroli w ustandaryzowany kostium. Nawet dziewczęca niewinność Winony Ryder – tweed, sukienki baby doll i tęsknota za latami 50. – wraca jako miękka nostalgia w przezroczystych sukienkach z zatopionymi kwiatami u Simone Rochy i pastelowych kompletach z haftem łąki u Erdema. Te style nie opisują tego, kim jesteśmy, lecz za kogo chcemy zostać uznani. To kostiumy mające manipulować spojrzeniem: powiększać ciało, ukrywać bogactwo, symulować pracę, porządek albo chaos. Kiedy życie – od Instagrama po salę rozpraw – przypomina przesłuchanie, moda i sąd mówią dziś tym samym językiem performance’u.

Być może to jest klucz do zrozumienia fenomenu sądowych stylizacji? Kochamy je za to, że obnażają teatralność systemu sprawiedliwości. Przecież sala rozpraw to scena, ława przysięgłych to widownia, prawnik to sufler, a kobiety przed sądem – kukiełki. Wie o tym każdy, kto zna musical „Chicago”, historię dwóch więźniarek, morderczyń z parciem na szkło i ich procesów, a także instrukcję obsługi świata social mediów. Bo w kulturze widzialności kobiety przed sądem mogą odegrać jedną z dwóch ról – naiwną Roxie albo femme fatale, Velmę. Jest jedno ale – one tej roli nie wybierają, robi to za nie prawnik. A w życiu to sądy, media i my wszyscy, dając lajki, decydujemy o tym, jakiego spektaklu dziś tak naprawdę żądamy. Roxie czy Velmy, nieogarniętej czy nieokiełznanej, bieli czy czerni, kaszmiru czy piór, Loro Piany czy Valentino? W musicalu Roxie nie chce grać cnotki, zmienia zdanie dopiero po egzekucji innej kobiety. To mocny przykład, ale oddaje dylemat, w którym tkwimy dziś wszyscy, sławni czy nieznani, winni czy nie: jeśli nie grasz w socialmediową grę – wypadasz.

Kto rozdaje role?

Ale sądowa moda obnaża coś jeszcze – największy absurd systemu prawnego: co się dzieje, kiedy kobieta nie gra roli, w której ją obsadzono. Odpowiedź tkwi w historii Anny Delvey, która przez kilka lat udawała przed elitami Nowego Jorku, że jest niemiecką dziedziczką. Z powodzeniem – 27-latka była o krok od uzyskania 22 milionów dolarów kredytu na sfinansowanie własnego centrum sztuki w sercu Manhattanu. Jej upadek był widowiskowy, jednak dopiero proces (i serial Netfliksa „Kim jest Anna?”) uczynił z niej antybohaterkę.

Na rozprawy Anna przychodziła w kompletach Saint Laurent, butach i dodatkach od Chanel, Celine i Miu Miu, zawsze z czarnym chokerem na szyi. Nie tej roli oczekiwała sędzia od fałszywej dziedziczki. „To nie jest pokaz mody!” – zagrzmiała na oskarżoną. A jednak chyba jest – tylko stylizacja nie taka, jakiej by sobie życzyła. Anna przegrała, ale do końca grała reżyserkę własnego sukcesu. Zamiast stać się kukiełką, chciała pociągać za sznurki – a to jest rola napisana dla mężczyzn. To oni pożyczają miliony na start-upy, koloryzują życiorysy, manipulują faktami, a mimo to stają się prezydentami.

Getty Images
Getty Images

Dlatego tak, sąd jest pokazem mody – i to takim, który obnaża sedno mizoginii. Kobiety mogą nas zabawiać, wzruszać, szokować. Ale nie mogą nie grać. Bo w reżyserce nadal zasiadają ci, którzy oceniają je za ich wygląd, zanim one zdążą otworzyć usta. Dlatego przesłuchując Trumpa, żaden prawnik nie zapyta: „Czy pana włosy są prawdziwe?”.

Reklama
Reklama
Reklama