Reklama

Jak przystało na zodiakalnego Lwa, uwielbia się wyróżniać. Od dziecka wybiera najoryginalniejsze ubrania. – Zawsze eksperymentowałam z modą, co zwracało uwagę ludzi, nawet zanim powstał blog – wspomina Jessica. – Lubię tworzyć nieoczywiste stylizacje i inspirować innych. Jeśli przy okazji wywołuje to uśmiech, to dla mnie największa wartość – dodaje. Dziś potrafi mówić, że jest nie tylko influencerką, lecz także trendsetterką. – Przez lata byłam bardzo skromna. W Polsce często uczy się nas, żeby się nie wychylać. Dopiero terapia i podróże, od Bali po Hawaje, uświadomiły mi, że mówienie o swoich talentach nie jest pychą. To świadomość własnej wartości. Mam intuicję do trendów i odwagę, żeby wyprzedzać to, co nadejdzie. Od 16 lat pokazuję, jak stylizować modę, wnętrza. Moje treści docierają do setek tysięcy, czasem milionów osób. Wiem, ile pracy za tym stoi. To nie jest efekt jednej stylizacji, tylko konsekwencji i wytrwałości – podsumowuje.

Często uczy się nas, żeby się nie wychylać. Dopiero terapia i podróże, od Bali po Hawaje, uświadomiły mi, że mówienie o swoich talentach nie jest pychą. To świadomość własnej wartości.

Na Instagramie obserwuje ją 900 tysięcy osób. Karierę w sieci zaczynała w 2010 roku, kiedy jeszcze nikt nie myślał, że można się z tego utrzymać. Jako jedna z pierwszych polskich blogerek współpracowała ze światowymi domami mody, zapraszano ją na tygodnie mody. Dziesięć lat temu została wyróżniona statuetką Ikony Stylu ELLE. Za swoje największe osiągnięcie uważa jednak społeczność, którą zbudowała przez lata. – To dzięki niej mogę się rozwijać i tworzyć nowe projekty. – Jej recepta na sukces? Dopracowane stylizacje i tzw. amerykański luz. Nie ma problemu, żeby wyjść na spacer z psem w emu i piżamie. Poza tym jej styl dostosowuje się do sezonu: chłodne miesiące to sportowa wygoda, ciepłe – kolorowe boho.

Jessica Mercedes
Stylizacja Jess: spodnie z szafy przyjaciółki oraz ręcznie robiony top z Bali Łukasz Bartyzel

Jessica Mercedes porządki robi nie tylko w szafie

Choć na instagramowym profilu ma opis „fashionista outside, yogi inside”, jej druga natura zaczyna ostatnio dominować w garderobie. Niedawno przeprowadziła w niej gruntowne porządki. Po latach pracy jako blogerka zrozumiała, że nadmiar ubrań przytłacza i utrudnia codzienne funkcjonowanie. – Stwierdziłam, że muszę oczyścić swoją szafę tak, żeby wszystko widzieć. Rotacja jest ważna podobnie jak niewielka liczba rzeczy, ale takich, które lubimy i które poprawiają nam humor. Moda ma być przyjemnością. Ubrań nigdy nie wyrzuca – sprzedaje i przekazuje koleżankom albo potrzebującym. Wierzy, że to przyniesie jej dobrą karmę. Sama też uwielbia drugi obieg.

Gdy pytam o ulubione marki, twierdzi, że ich nie ma. – U mnie wszystko jest z innej parafii i to właśnie buduje charakter mojej szafy. Gdy nosi się rzeczy z jednego brandu, łatwo wyglądać jak kopia – mówi. Od lat pozostaje jednak wierna domowi mody Chanel, z którym współpracuje. Możliwe, że sobie to wymanifestowała, bo pierwszą luksusową rzeczą, jaką kupiła, była klasyczna torba Chanel ze złotym logo. Oszczędzała na nią przez kilka lat, dorabiając po szkole.Pamiętam, że w liceum poleciałam do Paryża, żeby ją kupić. Mówiłam mamie, że chcę zajmować się high fashion, chociaż w naszym domu nie było na to pieniędzy, więc wydawało się to nieosiągalne. Nie wiedziałam jak, ale czułam, że się uda. – I faktycznie, teraz w jej szafie jest nie jeden, ale kilka modeli, z których część otrzymała bezpośrednio od marki.

Na przestrzeni lat jej relacja z modą dojrzewała. – Chwilowa dopamina z zakupu czegoś drogiego nie daje prawdziwego spełnienia. Doszłam do wniosku, że żadna liczba bluzek, biżuterii czy torebek nie sprawi, że będę szczęśliwsza. Po przekroczeniu trzydziestki najważniejsza stała się troska o głowę, chodzenie na terapię i dbanie o wnętrze – podkreśla. Jednym z jej sposobów na zachowanie równowagi stała się joga. Trzy lata temu wraz z bratem Justinem ukończyła kurs instruktorski na Bali. – To był moment, kiedy pojawiły się pierwsze zgrzyty i dostrzegłam, jak bardzo to, co robię, jest sprzeczne z tym światem. Dlatego w internecie chcę mówić nie tylko o modzie, lecz także wewnętrznym dobrostanie.

Jessica Mercedes
Jess w stroju ORAGE STUDIO oraz kapciach UGG leży na fotelu TOGO – ikonie designu lat 70. Łukasz Bartyzel

Codzienną inspiracją Jessiki Mercedes są lata 70.

Łączy się to z kulturą hippisowską, która jest dla Jessiki jedną z największych inspiracji. – Kocham lata 70., co widać zarówno w mojej szafie, jak i domu. Wierzę w poprzednie wcielenia, więc może wcześniej żyłam w tamtej dekadzie? Podoba mi się, jak wolni byli wtedy ludzie. Każdy połączony z muzyką, duchowością i wodą – wszystko, co kocham. – To zainteresowanie często wyznacza kierunek jej podróży. Na mapie ulubionych miejsc znajdują się Los Angeles, Palm Springs, San Francisco, Maroko i Ibiza.

Żadna liczba bluzek, biżuterii czy torebek nie sprawi, że będę szczęśliwsza. Po przekroczeniu trzydziestki najważniejsza stała się troska o głowę, chodzenie na terapię i dbanie o wnętrze.

Ducha lat 70. czuć także w jej mieszkaniu. W tle rozbrzmiewa muzyka z tamtej dekady, a przestrzeń wypełniają charakterystyczne meble, w tym kultowa sofa Togo. Całość stanowi skarbnicę unikatów. – Wszystko miksuję, kupuję dużo vintage, żeby nie dało się tego skopiować jeden do jednego – mówi. Perełki zbiera z całego świata: dywany są perskie, komoda duńska, lustro włoskie, lampa z Australii. Domatorka? Przyznaje, że gdy jest w Warszawie, to tak. – Albo siedzę w domu, albo podróżuję. W stolicy prawie wszystko gotuję sama, więc rzadko chodzę na miasto. Chcę żyć tak zdrowo jak cool dziewczyny z LA, więc nie imprezuję i czuję się, jakbym była na emeryturze – śmieje się. Ale do emerytury daleko, cały czas jest w biegu, sypie nowymi pomysłami. – Nie można zostawać w tyle, ja zawsze myślę krok naprzód.

Reklama
Reklama
Reklama