Reklama

Marcin Świderek: Zdarzyło Ci się usłyszeć, że na antenie jesteś chłodna?

Anita Werner: Mam prostą filozofię zawodową: nie jestem od tego, by do kogokolwiek się wdzięczyć ani osładzać rzeczywistość. Moje zadanie to patrzeć władzy na ręce, każdej. Przez 25 lat pracy doświadczyłam rządów lewicy, prawicy, ludowców. Rzetelny, niezależny dziennikarz informacyjny nie jest czyjś, nie jest tych albo tamtych. Opowiadam widzom o faktach, biorę ich za rękę i przeprowadzam przez świat, w ich imieniu zadaję politykom trudne pytania i w odpowiedzi domagam się prawdy. I wciąż po tylu latach chce mi się to robić. Prawda jest sexy.

To brzmi jak tytuł naszego wywiadu.

Prawda jest jedna. Każdy może mieć swoją opinię, ale nie swoją prawdę. Z faktami nie da się dyskutować. Prawda w życiu publicznym jest po prostu atrakcyjna, to wartość. Ale podobnie widzę to w życiu w ogóle. Kiedy pisaliśmy z Michałem (Kołodziejczykiem, dziennikarzem sportowym, partnerem bohaterki – przyp. red.) książkę „Mecz to pretekst. Futbol, wojna, polityka”, pojechaliśmy do Sarajewa, by spotkać się z generałem Jovanem Divjakiem. Podczas wojny w latach 90., choć z pochodzenia był Serbem, przeszedł na stronę obrońców oblężonego miasta. Był tam traktowany jak bohater.

To on zadał nam pierwsze pytanie: „Czym jest miłość?”. Zaniemówiliśmy, a on odpowiedział: „Miłość zaczyna się od tego, że jesteś zakochany w sobie. Bo musisz znać i akceptować siebie, żeby móc kochać drugiego człowieka”. To zostało mi w głowie na zawsze.

Dlatego powtarzam, że akceptacja siebie jest wyzwalająca – akceptacja swoich mocnych i słabych stron, konfrontacja z tym, co nam w sobie się nie podoba. Do tego trzeba odwagi. Ale warto się na nią zdobyć, bo prawda — także ta o sobie samej – jest sexy. Szczerość z samą sobą jest piękna. Wyzwala czułość.

A moda jest sexy?

Nie jestem jej pasjonatką, ale lubię klasykę. Ogromna w tym zasługa mojej mamy. Miała niesamowite wyczucie stylu i… kufer. Taki stary, kuty. Przechowywała w nim rzeczy, które „jeszcze wrócą”. I zwykle wracały. Gdy byłam nastolatką i przyszła moda na kołnierze i szerokie mankiety, wyjęła z niego przepiękną białą koszulę, którą nosiła w liceum. Była na mnie idealna.

Wychowałam się w skromnym domu, więc to była dla mnie lekcja, że styl nie wynika z pieniędzy. Mama zawsze powtarzała: „Nie sztuką jest wyglądać dobrze, mając wielki budżet. Sztuką jest wyglądać dobrze, mając niewiele”. I to mi zostało.

Anita Werner
Fot. Bartek Wieczorek

Wolisz zadawać pytania czy na nie odpowiadać?

Zdecydowanie wolę zadawać pytania. Michał czasem się ze mnie śmieje, bo potrafię pójść do sklepu po pieczywo i wrócić z historią o tym, że syn pani kasjerki interesuje się militariami. On nie rozumie, skąd biorę takie informacje. Dla mnie to naturalne. Lubię zamienić dwa słowa z drugim człowiekiem, zapytać, co słychać. Naprawdę mnie to interesuje.

Jak przygotowujesz się do wywiadu?

Najwięcej czasu poświęcam na pierwsze pytanie. To ono decyduje o atmosferze rozmowy i przyciąga uwagę widza. Przygotowuję listę pytań jako punkty wyjścia, zapisuję cytaty i dane, które mogą się przydać. Podczas wywiadu te pytania często ewoluują, rozmowa potrafi potoczyć się w niespodziewany sposób. Raz zdarzyło mi się, że nie zabrałam do studia części notatek. Musiałam biec po nie pięć minut przed programem. To był wywiad z marszałkiem Sejmu. Wiesz… adrenalina zrobiła swoje, wszystko poszło gładko, ale to pokazuje, że w tym zawodzie trzeba być gotowym na wszystko.

Duży stres. Jak sobie z nim radzisz?

Zawsze byłam na niego odporna. W sytuacjach trudnych działam: biorę sprawy w swoje ręce, docieram do celu. W pracy dziennikarskiej to niezwykle pomaga. Przed wejściem na antenę nie odczuwam tremy, raczej koncentrację i podwyższony poziom adrenaliny. Bez niej po prostu by się nie udało. Myślę, że każdy, kto zawodowo jest profesjonalistą, powie to samo. Artysta przed koncertem, pianista przed recitalem Chopina – wszyscy odczuwają podobną mieszankę adrenaliny i skupienia. Dla mnie jako dziennikarki najważniejsze jest dać z siebie wszystko, robić swoje, trzymać się zasad.

Czyli jesteś zadaniowa. We wszystkim?

Tak, z natury jestem zadaniowa. Pewnie po rodzicach. Mama była świetnie zorganizowana – perfekcyjnie ogarniała dom, swoją pracę, później uniwersytet trzeciego wieku. Tata też – prowadził zajęcia na Politechnice Łódzkiej, był biegłym sądowym, rzeczoznawcą samochodowym, komisarzem rajdowym.

Od nich przejęłam sumienność, dokładność, a po mamie – perfekcjonizm. Ten ostatni jest zaletą i wadą. Jednak w mojej pracy bardzo się przydaje.

Rodzice namówili Cię, żebyś poszła do „Jedynki”, kultowego liceum w Łodzi, które słynie z nauk ścisłych i przez lata uchodziło za jedno z najlepszych w Polsce?

Tata tam się uczył, a ja chciałam podzielać jego doświadczenia. Wybrałam klasę mat.-fiz. Szybko okazało się, że z fizyki jestem beznadziejna. Ale miałam profesora Przybyszewskiego, który zawsze mnie wspierał. Pamiętam, jak rozwiązywał zadanie i pytał: „Anita, rozumiesz?”, a ja odpowiadałam: „Tak, rozumiem”. Wtedy chyba pierwszy raz tak wyraźnie poczułam, że czasem wystarczy mieć wsparcie, żeby przetrwać trudności.

Masz raczej artystyczną duszę.

Trochę po mamie, trochę po babci. Mama tańczyła w balecie, była bardzo muzykalna, szyła na maszynie, kupiła też maszynę dziewiarską, prenumerowała „Burdę” – dla niewtajemniczonych, w czasach PRL to był chyba jedyny magazyn z wykrojami ubrań, które można było wykorzystać do szycia własnych kreacji. Mama miała artystyczną duszę, choć była inżynierem chemikiem. Dziadkowie też mieli różne pasje: dziadek Werner był profesorem Politechniki Łódzkiej i współkonstruktorem ciężarówki Star, a tata mamy, którego nie poznałam, pasjonował się fotografią.

Studiowałaś kulturoznawstwo ze specjalizacją filmoznawstwo. Jak trafiłaś do dziennikarstwa newsowego?

Na studia szłam bez konkretnego planu, miałam mnóstwo zainteresowań: sport, języki obce, muzyka. Kulturoznawstwo i filmoznawstwo dawały mi czas, żeby odkryć, co tak naprawdę chcę w życiu robić. Kiedy w klasie maturalnej zagrałam w „Słodko gorzkim” u Władysława Pasikowskiego i zobaczyłam świat filmu od kulis, pomyślałam, że mogłabym też poznać go od naukowej strony. Studia były typowo humanistyczne. Historia filmu, socjologia, filozofia, logika formalna… Szeroka perspektywa. Złośliwi koledzy żartowali, że „to bardzo dobre studia dla kobiet, bo rozwijające”. Dziś pewnie nie mieliby odwagi na taki szowinistyczny komentarz.

Kiedy byłam na trzecim roku, przeczytałam w „Gazecie Wyborczej”, że powstaje telewizja informacyjna – TVN24, taka polska CNN. Pomyślałam, że może to jest przygoda, której warto spróbować. Dorastałam w domu, gdzie oglądało się newsy, CNN, Sky News, Sejm, „Wiadomości”. Teraz mogłam zobaczyć to z bliska. To był niesamowity czas. Budowaliśmy od zera studio, scenografię, robiliśmy materiały do szuflady, zanim zaczęliśmy nadawać. A później patrzyliśmy, jak rośniemy, zdobywamy widzów, jak buduje się marka – ogromna duma.

Od razu złapałaś bakcyla?

Mam w sobie ciekawość i chęć próbowania różnych rzeczy. Miałam 23 lata i wielką ekscytację. Chłonęłam wiedzę, uczyłam się od najlepszych. Pamiętam, jak do chłopaków z „Faktów” mówiłam wprost: „Nie wiem nic, chcę się nauczyć”. Zawsze zadawałam pytania, krok po kroku zdobywałam pewność siebie. To trwało lata, nie stało się od razu, ale poczułam, że chcę tu być. Odkrycie własnej dyscypliny, czegoś, w czym się sprawdzasz, co robisz dobrze, jest naprawdę fantastycznym uczuciem.

Jest ktoś, o kim marzysz, by przeprowadzić z nim wywiad?

Kiedy kończyłam studia, namówiłam na rozmowę Władysława Pasikowskiego. Nie udzielał żadnych wywiadów, więc dosyć szybko nauczyłam się, że w życiu wszystko jest możliwe. Dołączyłam tę rozmowę do swojej pracy magisterskiej, bo pisałam o wielogatunkowości kina lat 90. na przykładzie jego filmów.

A dzisiaj? Na pewno jest kilka takich osób. Chciałabym porozmawiać z Christiane Amanpour z CNN. Obserwuję ją przez wiele lat, rozmawiała z najpotężniejszymi ludźmi na świecie. Ma piękne motto: „Be truthful, not neutral”, które przypomina, że dziennikarz nie powinien stać z boku, chowając się za bezstronnością, gdy chodzi o prawdę.

Jak wygląda dzień dziennikarki newsowej?

Jeśli prowadzę „Fakty”, rytm jest prosty: 7.00 – pobudka, 8.30 – w pracy, 9.00 – pierwsze kolegium, potem kolejne spotkania, o 10.00 rozdzielanie tematów z reporterami. Reszta dnia płynie w rytmie wydarzeń. Pracujemy do mniej więcej 20. To nie jest tylko wejście na antenę – przygotowuję swój program razem z zespołem, dobieram gości, analizuję materiały. Każdego dnia dzieje się coś innego i to kocham. Czasem śmieję się, że codziennie „doktoryzuję się” z innej dziedziny.

Anita Werner
Fot. Bartek Wieczorek

Przenosisz te emocje do życia prywatnego?

Mam wyłącznik. Wracam do domu i zdarza się, że dyskutujemy z Michałem o czymś dotyczącym pracy, ale rzadko długo i inwazyjnie. Raczej zmywam makijaż, siadam na kanapie i ląduję na innej planecie. Pilnuję zdrowego podziału między pracą, która wymaga pełnej koncentracji, a domem, który – powiedzmy – jest spokojnym portem po dniu na wzburzonym morzu.

Byłabyś jeszcze w stanie funkcjonować bez tej adrenaliny?

Nie wiem… Pamiętam, jak kilka lat temu Michał miał zakaz konkurencji przez dziewięć miesięcy – początkowo myślał, że to wspaniały czas wolny, ale po trzech tygodniach zaczął wariować – brak adrenaliny nie był dla niego łatwy. Wtedy właśnie zajęliśmy się pisaniem książki „Mecz to pretekst. Futbol, wojna, polityka”. Dla mnie adrenalina i kontakt z newsami są nieodłączną częścią życia zawodowego – nigdy nie próbowałam, czy umiałabym funkcjonować bez tego.

Jak poznaliście się z Michałem?

Śmiejemy się, że robiliśmy to dwa razy i że dopiero za drugim – skutecznie. Podeszłam do niego, powiedziałam, że nazywam się Anita Werner i… że jestem jego fanką. Michał był już wtedy rozpoznawalnym dziennikarzem sportowym, świetnie pisał. Bardzo lubiłam słuchać jego wypowiedzi nagrywanych dla telewizji. Ceniłam jego odwagę, bezkompromisowość i to, że mówił wprost, co myśli.

Imponował Ci?

Wciąż imponuje. Ma olbrzymią wiedzę o świecie. Jako dziennikarz sportowy nigdy nie ogranicza się do swojej dziedziny. Kiedy jedzie na mecz, potrafi wcześniej przeczytać trzy, pięć reportaży o miejscu, do którego się wybiera — i nie są to publikacje sportowe. Tak więc w pracy jest perfekcjonistą.

W domu trochę się różnimy. Ja działam od razu, on często odkłada coś na później, ale ostatecznie to robi. Woli np. pracować nad dużym materiałem w nocy, a ja wstanę wcześniej, by go skończyć. Podczas pisania książki wyglądało to podobnie — on pracował do późnej nocy, a ja wczesnym rankiem. Paradoksalnie ta różnica działa na naszą korzyść.

Dużo razem podróżujecie. Relacje z Waszych wypraw publikujesz w swoich social mediach. Potrafisz „odciąć się” na wakacjach?

Teraz potrafię, i to całkowicie. Ale to był proces – musiałam nauczyć się odpoczywać – dziś korzystam już z tego w pełni. Umiem spokojnie leżeć na leżaku, cieszyć się słońcem, czytać książkę, mieć święty spokój i skupić się tylko na tym, co tu i teraz. Pamiętam, jak byliśmy z Michałem w Dolinie Śmierci w Kalifornii – cisza była tak intensywna, że wręcz kłuła w uszy. Stałam i po prostu ją chłonęłam.

Myślisz, że organizm kiedyś upomni się o swoje przy tak wyczerpującym tempie pracy?

Po 25 latach intensywnego życia zawodowego, w dużym stresie, a w ostatnim czasie także w towarzystwie ogromnej fali złych emocji, trudno udawać, że organizm tego nie czuje. Dziennikarka prowadząca najlepiej oglądany wieczorny program informacyjny, „Fakty” TVN, jest wyjątkowo wdzięcznym
celem dla hejterów. Dostaję komentarze, które naruszają moje dobra osobiste, wyzywają mnie, obrażają bez żadnego powodu, podważają mój dziennikarski warsztat. To jest czyste zło. Zdarzają się też groźby śmierci. W takich przypadkach nie ma dyskusji — zgłaszam to na policję.

Jak sobie z tym radzisz?

Uważam, że ludziom, którzy produkują tyle toksyn, tyle złych emocji, brakuje w życiu miłości. Mogę im tylko z całego serca tej miłości życzyć. Miłości do siebie i do innych. Nie zgadzam się na taki poziom agresji. Nie zgadzam się na zalew złych emocji w życiu publicznym. To jest coś, co po prostu dewastuje nas jako społeczeństwo.

A w tym „prawdziwym” życiu spotykasz się z aktami życzliwości?

Zdecydowanie. Wulgarna zaczepka w realu zdarzyła mi się tylko raz. Twarzą w twarz ludzie są ciepli, serdeczni, wdzięczni za moją pracę. Wczoraj po „Faktach” wpadłam na pocztę na ostatnią chwilę, w czapce, zmęczona, zasypana śniegiem. Kupuję kopertę, a pani zza okienka mówi: „Ale pani pięknie wygląda”. To było niesamowicie miłe. Odpowiedziałam jej: „Jest pani cudowna”. Gdyby nie szyba, to bym ją wyściskała.

Tyle mówimy o modzie na to czy tamto — niech modny będzie miły gest, miłe słowo. Wdzięczność. Uśmiech. Powiedzenie czegoś miłego kosztuje nas dokładnie tyle samo co powiedzenie czegoś paskudnego. To jest tylko nasz wybór.

Nasza rozmowa ukazuje się na początku nowego roku. Jakie masz plany na 2026?

Tak po ludzku? Chciałabym, żeby wciąż mi się chciało, żeby była we mnie pasja, apetyt na życie. A zawodowo — to dla mnie wyjątkowy moment, bo TVN24 kończy 25 lat, a ja razem z nim. Chciałabym, żeby ten rok wyraźnie pokazał, jak ważni są fachowcy — ludzie, którzy wiedzą co robią, robią swoje i trzymają się zasad. Chciałabym, żeby to był rok dbania o wartości. Dorastałam w Polsce marzącej o demokracji, państwie prawa i wolności słowa. I po 40 latach od tamtego momentu nagle muszę — jako dziennikarka — mierzyć się z rzeczywistością, w której te wartości są podważane. Nawet Ameryka, która w dzieciństwie była dla mnie symbolem demokracji i konstytucyjnych zasad, zaczęła nimi chwiać. Tym bardziej uważam, że to moment, by tych wartości bronić.

Anita Werner
Fot. Bartek Wieczorek
Reklama
Reklama
Reklama