Kochać i być kochaną. Szczera rozmowa Hanny Lis z Magdą Gessler: „Hejtu, który zabija, boję się najbardziej”
To bardzo intymna rozmowa. O miłości, pasji, pracy i oczywiście jedzeniu. O tym, co się udało, co straciła i co jeszcze przed nią, mówi Magda Gessler.

Pamiętasz, kiedy się poznałyśmy?
Pamiętam doskonale, jakieś 30 lat temu w Fukierze.
Dokładnie w 1993 roku, kiedy przytargałam do Fukiera Chrisa de Burgha po wywiadzie w telewizji. Chciałam mu pokazać inną Polskę niż tę zgrzebną, szaroburą, wczesnej postkomuny. A u Ciebie inny świat: eksplozja kolorów, polne kwiaty w wazonach, kwieciste obrusy i wielobarwne słoiki z przetworami. Był zachwycony.
MAGDA GESSLER: Moim marzeniem było odbudować polską kuchnię taką, jaka ona była przed wojną, żeby ludzie z całego świata przyjeżdżali tutaj jeść. Na początku sama gotowałam, czuwałam nad przepisami, zaopatrzeniem. Obsługiwałam gości, rozmawiałam z nimi. Pytałam o ich smaki i pragnienia. Starałam się dać im to, czego wtedy brakowało, a czego potrzebowali. Odczarowaliśmy szarą kuchnię, szare myśli ludzi. Nadaliśmy smak, kolory, zapach. Na nowo odkrywaliśmy to, co w polskiej kuchni najwspanialsze: najlepszego śledzia, karpia, kurczaka faszerowanego po polsku czy gefilte fish.
(Na stół wjeżdżają pachnące lubczykiem nóżki w bursztynowej galarecie i świeżo upieczony razowiec).
Proszę, smacznego! Koniecznie skrop galaretkę octem!
Pyszne! Te nóżki będą mi się śnić po nocach. Jest późny wieczór, siedzimy w Twoim buduarze. Są tu kanapa, fotele, stół, wielkie łóżko z baldachimem i ogromny wazon z wielobarwnymi różami. Za oknem szaro, a tu Hiszpania i barok. Tak jak w Fukierze. Skąd taka energia?
Z dzieciństwa, z rodzinnego domu. W Komorowie wiedliśmy dobre życie, skromne jak cholera, ale piękne. To nie był dom, który zabierał, to był dom, który żył. Zawsze było coś, co wzruszało. Nawet jak nie mieliśmy wiele, to na podłodze stała ogromna misa z kaczeńcami albo wazony z bukietami bzu tak pachnącego, że pamiętam to do dziś. Moja babcia gotowała genialnie, dziadek też. Mama była estetką, osobą kreatywną, dbała o szczegóły. Na Wielkanoc rwaliśmy hiacynty z własnego ogrodu. Kupowałyśmy na święconkę wiciokrzew i borówkę prawdziwą. Mama tego bardzo przestrzegała, by świąteczny stół był zielony i piękny, z obowiązkowymi jajkami faszerowanymi po polsku, najlepszymi na świecie. Piekliśmy boczek w piecu węglowym, w miedzianych rynnach, z prawdziwym majerankiem. Do dziś szaleję za majerankiem! Mam hektar ogrodu i tam hoduję wszystkie zioła. Uwielbiam to.
Spodziewałaś się, że 30 kilka lat po tym, jak karmiłaś w Fukierze gwiazdy, sama będziesz gwiazdą telewizji?
W ogóle nie czuję się gwiazdą ani nie gwiazdorzę. Nie chodzę na przyjęcia, nie staję na ściankach. Żeby robić dobrze to, co ja robię, trzeba się temu totalnie oddać. A moim marzeniem jest i zawsze było robienie restauracji. Stworzyłam U Fukiera, Zielnik, Villę Hestia, Tsarinę, Ale Glorię, Słodkiego Słonego i mnóstwo innych.
(Na stole pojawiają się filiżanki z parującym jeszcze barszczem w kolorze głębokiego rubinu).
Takiego, Hanka, nie jadłaś, na prawdziwym zakwasie z buraków, ze świeżym majerankiem i z wiejską śmietaną.
No, no – obłędny! Co daje Ci siłę?
Pasja do jedzenia, do tworzenia pięknych miejsc dla ludzi.
I tego uczysz teraz w „Kuchennych rewolucjach”. Smaku, koloru, a także biznesu.
Zawsze przestrzegam: restauracja to nie jest sposób na poprawę finansów. To sposób na zmianę stylu życia. Uda się, ale pod jednym warunkiem: że się temu totalnie poświęcisz. Jeśli będziesz czerpać radość z tego, że dobrze karmisz ludzito w końcu przyjdzie też radość z efektu finansowego. Dobra, teraz próbujemy tatara. Prawdziwego, nie pomieszanego! Do niego kleksik musztardy, Haniu. Koniecznie.
(Na stole ląduje kula surowego mięsa z dodatkami: kurzym żółtkiem, sardynką, cebulką i marynowanymi podgrzybkami).
Skąd wzięła się miłość do karmienia ludzi?
To jest w moim DNA. Mama i babcia kochały karmić. Wszyscy ubóstwialiśmy dobre jedzenie, bo wiedzieliśmy, że to jest coś, co łączy rodzinę. Podając jedzenie, mam wpływ na to, czy ktoś odejdzie od stołu szczęśliwy, czy smutny. Czytanie ludzi, wyczuwanie ich jest magiczne. Wiedzieć, czym człowieka dobrze nakarmić, żeby wyszedł od ciebie szczęśliwy, to jest pewien rodzaj empatii.
Ty mówisz o empatii, a ludzie często widzą w Tobie jedynie kobietę rzucającą talerzami, sama to napisałaś w swojej autobiografii.
W „Kuchennych rewolucjach” mam cztery dni, by z miejsca, do którego przyjechałam, zrobić prawdziwą restaurację, zdolną wyżywić właścicieli, których będzie stać na wypłacenie pensji swoim pracownikom. To bardzo mało czasu. Weź pod uwagę, że przed moim przyjazdem ludzie często są w jakimś letargu, nie wiedzą, skąd się wzięły ich problemy. Walnięcie talerzem to nie jest show, ono ma ich obudzić. Tam buzują prawdziwe emocje. Moje także.
A zarzuca się „Kuchennym...”, że to wszystko wyreżyserowane.
Ależ zapraszam cię na plan! Ja nigdy nawet nie wiem, dokąd jadę. Znam nazwę miasta, ale restauracji już nie. Nie wiem, kogo spotkam i z czym się zmierzę.
A potem dostaję SMS-a od Ciebie o czwartej nad ranem, bo o tej porze zwykle wracasz do domu z nagrań. 15 lat, 530 restauracji, dziesiątki tysięcy przejechanych po Polsce kilometrów. Co Cię napędza?
Chyba jakieś szaleństwo. Wchodzę do restauracji, w której nigdy nie byłam, dostaję dwa dania i już wszystko wiem. Napędza mnie głód stworzenia następnego pięknego miejsca, żeby kolejnym ludziom dać szansę na dobre życie. Pierwszego dnia wychodzę z restauracji zazwyczaj po 22. W kamperze czekają na mnie realizator, producent i pan złota rączka, którym muszę odpowiedzieć na pytania: jaka będzie nazwa? Jaka kuchnia? Jaki kolor, charakter, kwiaty, motyw przewodni? Piszę menu i listę zaopatrzenia, szkicuję nowy wystrój wnętrza, dobieram koronki, projektuję szyld. A to dopiero pierwszy z czterech dni.
Wchodzisz nie tylko do knajpy, która ma problem, lecz także do życia ludzi z problemami.
To pierwsze, o co pytam. Czy mają uporządkowane sprawy prawne, czy mają komorników, długi? Czy im się układa w małżeństwie, czy chorują? Wkurzają się na mnie czasem, że wykrywam im choroby i załatwiam lekarzy. Ale ci ludzie muszą być zdrowi, żeby dalej prowadzić restaurację. Po niektórych odcinkach siada mi psychika. Bo sytuacje ludzkie są tak trudne, tak dramatyczne, że miewam wrażenie, że proponowanie im rewolucji jest wręcz aroganckie. Ten program zmienia nie tylko knajpy, ale przede wszystkim ludzi.
(Na stole pojawiają się drobniutkie, cienko rozbite kotleciki cielęce z kostką i zasmażane buraczki).
Na deser będą placki ziemniaczane ze śmietaną.
Jezu…
Muszą być placki, ja bez nich nie żyję!
Jesteś bardzo silna, pozwalasz sobie na chwile słabości? Nie mówię tu o plackach ziemniaczanych o północy.
Słabością jest niemoc wstawania rano. Późno się kładę, bo rozmawiam do czwartej nad ranem z moim mężem Waldkiem, który mieszka w Toronto. Kończy pracę o swojej szó[1]stej po południu, czyli o mojej północy. Wszyscy się wkurzają, że nie wstaję z kurami. Ale co ja poradzę?
No popatrz, zarywasz noce dla faceta, a ktoś mógłby pomyśleć, że trudny z Ciebie partner do życia.
Jestem najsłodszą partnerką na świecie, wręcz gejszą. Naprawdę robię wszystko, co chce mężczyzna. To ja ratuję, wysłuchuję problemów. Sama rzadko mówię o tym, co mnie dotyka czy boli. Jest tylko jedna osoba na świecie, której mówię wszystko: moja córka. Ale dopiero teraz do tego dojrzałyśmy. Wcześniej nie chciałam jej obarczać swoimi problemami. Lara nauczyła mnie dystansu do siebie, ale i do medialnego świata. Sama doświadcza niekiedy sporo hejtu, ale nie zwraca na to uwagi. Nie daje się zatruwać, po prostu idzie dalej.
Uczysz się od swoich dzieci?
Bardzo dużo. I to jest piękne. I jeszcze mam ukochane wnuki, wśród nich Nenę, która jest moją kopią, więc jestem nią zachwycona.
Inaczej jest być babcią niż matką?
Gdy jestem z moimi wnukami, czuję się najszczęśliwsza na świecie, jestem w euforii. Wyjeżdżamy razem na Wielkanoc, Wigilię, ale wciąż mi mało. To nienasycenie sprawia, że każde kolejne spotkanie jest piękniejsze od poprzedniego.
Macie też dziewczyńskie wyjazdy z Larą, tylko we dwie.
Tak! Byłyśmy ostatnio w Stambule. Nigdy nie miałam zbyt wielu przyjaciółek. Z kobietami jestem dosyć ostrożna, bo mnie nie rozumieją albo mówią o rzeczach, których ja nie rozumiem. Kocham kobiety, które mają swoją pasję, własny świat. Dokładnie taka jest moja Lara.
Podobno przyjaciół poznaje się w biedzie. Uważam, że jest odwrotnie. Jeśli jest ktoś, kto potrafi cieszyć się z Twojego sukcesu, nawet jeżeli sam takowego nie ma – to jest Twój człowiek. Masz takich ludzi?
Mam. Mam Larę. Ona odniosła ogromny sukces i odniosła go sama. Jest samodzielna od 17. roku życia. Wyjechała do Londynu, żeby się sprawdzić: żyć na własny rachunek i uczyć się tego, co kocha, czyli cukiernictwa. Dostała się do restauracji z trzema gwiazdkami Michelina. I zadzwoniła dopiero po dwóch tygodniach, kiedy miała już pracę i mieszkanie. A ja nie miałam pojęcia, że jest w Londynie. Taka jest Lara.
Twój syn Tadeusz wyprowadził się z Polski i stworzył własną restaurację w Hiszpanii, też sam.
Tak, jest świetnym mężczyzną, fantastycznym kucharzem, ojcem, a do tego ma smak absolutny! I tak jak Lara jest absolutnie niezależny. Do wszystkiego doszedł sam. Bardzo jestem z niego dumna.
Jest synem Twoim i Twojej wielkiej miłości, Volkharta, który zmarł na raka. Masz 33 lata, zostajesz sama w Hiszpanii z czteroletnim Tadkiem. Jak coś takiego przetrwać?
Jestem trochę wiedźmą. Kiedy poznałam mojego męża, czułam, że za tak wielką miłość i tak wielkie marzenie, które się spełniło, przyjdzie zapłacić wysoką cenę. Bo dostanie się pod skrzydła Volkharta to był CUD. Wreszcie miałam kogoś, kto dał mi poczucie wartości, czego brakowało mi w mojej rodzinie. Bo w domu mój brat był geniuszem, a ja byłam tym „malarskim okiem”. A tu raptem poczułam się bezpieczna i doceniona u boku starszego ode mnie mężczyzny, który jak dziecko uśmiechał od rana do nocy i absolutnie nigdy, przenigdy nie mówił o kimkolwiek źle. Nie nakręcał się negatywnymi emocjami. To był życiowy miód. Nie ma większego szczęścia, niż mieć przy sobie człowieka, który w ciebie wierzy, ufa w twój talent i twoje możliwości.
Nie czuję się gwiazdą ani nie gwiazdorzę. Nie chodzę na przyjęcia, nie staję na ściankach. Moim marzeniem jest i zawsze było robienie restauracji.
Jakie było to Wasze madryckie życie?
Volkhart był korespondentem niemieckiego „Der Spiegel” i fotografem, a ja studiowałam na akademii sztuk pięknych. Kiedy urodził się Tadeusz, wynajął nianię, żebym mogła dalej malować, tworzyć. Nigdy wcześniej nie czułam się tak kochana i szanowana.
Ale…
Miałam 25 lat, kiedy lekarze znaleźli u niego znamię. Wyglądało niewinnie, ale przeczuwałam, co się wydarzy. Gdy diagnoza się potwierdziła, nigdy już o tym z mężem nie rozmawialiśmy. Ale żyłam ze świadomością, że któregoś dnia stanie się najgorsze. Myślałam, że zwariuję. Codziennie czekałam na jego powrót z pracy w oknie naszego skromnego mieszkanka. Każdy był wzruszający. Volkhart był protestantem powściągliwym w wydawaniu pieniędzy. Jak mówiłam mu, że chcę mieć bluzkę, on odpowiadał: „Przecież już jedną masz”. Nie miało to dla mnie znaczenia, bo dostawałam od niego coś o wiele większego. Jednak po jego śmierci okazało się, że materialnie ubezpieczył mnie i Tadeusza. Jego obecność w moim życiu do dzisiaj jest nieskończona. Nauczył mnie patrzenia na życie i ludzi z życzliwością.
Jak żyć, wiedząc, że „to” się stanie?
Mieliśmy rok, żeby się do „tego” przygotować. To był czas wielkiej miłości. Mąż starał się mnie nie obciążać, nie wałkował tematu, nie płakał. Taką miał filozofię, takie myślenie. Wolność. Przed śmiercią napisał do mnie list, w którym przepraszał za to, że umiera. Napisał też prośbę, bym żyła pełnią życia! Wyobrażasz to sobie?
Skoro o wolności mowa. Z Waldkiem, Twoim obecnym mężem, jesteście parą od 23 lat. Ty w Polsce, on w Kanadzie. O wolność tu chodzi?
To jest trudne. Kochamy się bardzo, ale nie możemy być z sobą zawsze wtedy, gdy tego potrzebujemy. Waldek jest lekarzem, nie może tak po prostu rzucić pracy i wrócić do Polski. W Kanadzie mieszkają jego dzieci. Ja z kolei nie wiem, co bym miała robić za oceanem. Tu mam pracę, dzieci i wnuki. Więc spotykamy się po drodze, ale mi go tu brakuje. Choć jestem bardzo niezależna, nie potrafię bez niego żyć.
(Na stół wjeżdżają zapowiedziane placki ziemniaczane z wiejską śmietaną i cukrem).
Wyobrażasz sobie takie stateczne życie: mąż, żona w jednej przestrzeni?
Tak, bo on potrafi uszanować moją potrzebę wolności. Może doprecyzuję: ja mam potrzebę nie tyle wolności, ile akceptacji. Akceptacji mojego stylu życia, mojej rodziny, wnuków, tego, że miłość do nich jest absolutna. I on to rozumie.
Czego się boisz?
Hejtu, który zabija. Zwłaszcza hejtu na młodych, nieodpornych jeszcze ludzi, bo moi fani to często 15-, 16-letnie dzieciaki. Chciałabym, żeby hejt był karalny, żeby były wystawiane za niego mandaty jak za przekroczenie prędkości. Stąd program „Magda gotuje internet”. Bardzo bym chciała, żeby telewizja była nie tylko rozrywką, lecz także siłą sprawczą, która pomaga w rozwiązywaniu ważnych problemów.
Wartość nadrzędna w Twoim życiu?
Miłość. Ja chcę kochać i być kochana, to jest mój motor napędowy. Chcę czuć się potrzebna. Chcę móc pomagać. Wierzę w to, że ludzi można zmieniać. Że można kierować ich myślenie, postępowanie i energię w stronę tego, co najlepsze, a nie w stronę tego, co ich niszczy.
Jest północ, placki zjedzone, a Ty o szóstej wyjeżdżasz na „Kuchenne…”. Ostatnie pytanie: myślisz, że kiedyś zamieszkasz w swojej ukochanej Hiszpanii?
Sama nie wiem i dobrze, że nie wiem. Jedno, co wiem, to że ludzie powinni siebie bardziej kochać, lubić, wspierać. I dawać sobie dobry czas wzajemnie. Bo tego czasu jest naprawdę mało.

