Jak kocha najbardziej osamotnione pokolenie w historii? „Odrzucają miłość byle jaką” - mówi psycholożka Alina Adamowicz
O tym, jak Zetki redefiniują podejście do miłości, dlaczego bardziej boją się chaosu niż samotności i czy rzeczywistość, w której dorastali pomaga budować zdrowsze związki, rozmawiam z ekspertką – psycholożką Aliną Adamowicz.

Joanna Misiarz: Życie uczuciowe baby boomersów wyglądało zupełnie inaczej niż randkowa rzeczywistość milenialsów. A jak do miłości, relacji i randek podchodzi dziś pokolenie Z?
Alka Adamowicz: Gdy patrzę na pokolenie Z w kontekście miłości, widzę nie tyle „inne randkowanie”, co inną odpowiedź na świat, w którym przyszło im dorastać. To pokolenie nie buntuje się przeciwko miłości, ono próbuje ją ocalić, tylko innymi środkami. Zetki wchodzą w relacje z pamięcią cudzych rozstań, rozwodów swoich rodziców, przemilczeń i napięć. Zamiast rzucać się w wir emocjonalnych uniesień, coraz częściej stawiają na uważność, rozsądek i ochronę własnej równowagi. Nie dlatego, że nie czują, ale dlatego, że czują bardzo dużo i wiedzą, jak bolesne bywa niedopasowanie. Stąd potrzeba jasności, „wykładania kart na stół”, sprawdzania wartości, granic już na starcie. Nie wynika to z chłodu czy dystansu, lecz z potrzeby zadbania o swoje zdrowie emocjonalne.
Miłość przestaje być tu dowodem intensywności, a staje się pytaniem o bezpieczeństwo: Czy przy Tobie mogę być sobą? Czy muszę się napinać? Czy mój lęk rośnie, czy opada? Zetki często wybierają relacje „pomiędzy”, zwane situationship – pomiędzy znajomością a związkiem, pomiędzy „nic nie obiecujemy”, a „zachowujemy się jak para”. Nie dlatego, że nie chcą bliskości, ale dlatego, że boją się gwałtownych zerwań i etykiet, które kiedyś bardziej raniły niż chroniły. Zamiast składać wielkie deklaracje, wolą rozmawiać i sprawdzać; zamiast obiecywać na zapas, wybierają uważne próbowanie. Czasem to prowadzi do zagubienia, a czasem jest próbą znalezienia nowego języka miłości.
I może najważniejsze: dla nich miłość nie ma być ucieczką od siebie ani źródłem chaosu. Ma być przestrzenią, w której życie staje się spokojniejsze, a nie trudniejsze. To raczej już nie „kocham, więc cierpię”, ale „kocham, więc dbam także o siebie”.
Z perspektywy psychologa widzę w tym nie kryzys miłości, lecz jej redefinicję. Pytanie tylko, które warto sobie dziś zadać, brzmi: czy umiemy jeszcze rozróżnić zdrową ostrożność od lęku przed bliskością? I czy potrafimy spotkać się w połowie drogi, zamiast chronić się tak bardzo, że nikt już do nas nie dociera.
Wspomniałaś o doświadczeniach pokolenia Z związanych z rozstaniami rodziców. Czy właśnie przez te przeżycia Zetki wyraźnie próbują uniknąć błędów w randkowaniu i miłości, które – ich zdaniem – popełnili rodzice?
A. A: Tak, różnice pokoleniowe w randkowaniu widać dziś bardzo wyraźnie i nie są one kaprysem młodych ludzi, tylko odpowiedzią na to, co widzieli w domach. Pokolenie Z nie ucieka od miłości. Ono ucieka od chaosu, przemilczeń i „trwania dla dobra wszystkich”, które często kończyło się cierpieniem. Zetki dorastały, obserwując rozwody, ciche wojny i związki podtrzymywane siłą rozpędu. Dlatego zamiast romantycznego „zobaczymy, co z tego wyjdzie”, wybierają emocjonalne BHP. Stawiają na szczerość od pierwszej kawy, czasem aż do bólu. Mówią wprost o granicach, diagnozach, dzieciach albo ich braku. To nie brak romantyzmu, lecz próba oszczędzenia sobie i innym niepotrzebnych rozczarowań.
W rzeczywistości to mechanizm ochronny, sposób na oswojenie lęku przed odrzuceniem i rozpadem, który jest wpisany w ich pokoleniowe doświadczenie. Widzę, że miłość coraz częściej przypomina dziś proces rekrutacyjny – nie bez powodu mówi się o „miłości z castingu”. Partner nie jest już „przeznaczeniem”, tylko kimś, kto ma pasować do życia, które już istnieje. Zetki nie chcą rezygnować z własnego spokoju, terapii, rozwoju czy niezależności finansowej dla relacji, która miałaby ich rozmontować. Stąd strategia slow love: najpierw buduję siebie, potem zapraszam kogoś do mojego świata. I choć z boku może to wyglądać na nadmierną kalkulację, ja widzę w tym coś innego – próbę stworzenia miłości, która nie boli, nie kosztuje zdrowia psychicznego i nie wymaga ratowania się kosztem siebie. To nie jest ucieczka od uczuć, tylko nowa definicja bliskości: spokojniejsza, bardziej świadoma i dużo mniej dramatyczna.
No właśnie. Mówi się, że poszukiwanie miłości nigdy nie było tak bardzo indywidualistyczne i świadome jak na początku XXI wieku. Z czego wynika ta zmiana?
A. A: Rzeczywiście, miłość nigdy nie była tak bardzo „szyta na miarę” jak dziś. Na początku XXI wieku przestaliśmy jej szukać na ślepo, a zaczęliśmy szukać jej w zgodzie ze sobą. To, że poszukiwanie miłości stało się dziś tak indywidualne, nie wynika z egoizmu, lecz z potrzeby ochrony siebie. To zjawisko nie pojawiło się znikąd. Jest efektem nałożenia się kilku procesów, które powoli, ale konsekwentnie przesunęły punkt ciężkości z „my” na „ja”.
Po pierwsze – technologia. Aplikacje randkowe zamieniły miłość w coś, co przypomina rynek: jest wybór, są filtry, są algorytmy. Partner przestaje być kimś spotkanym „po drodze”, a zaczyna przypominać produkt, który ma jak najlepiej pasować do naszych bardzo konkretnych oczekiwań. Im większy wybór, tym większa pokusa, by szukać ideału, i tym trudniej się zatrzymać.
Po drugie – rozluźnienie dawnych więzi społecznych. Jak pisał Zygmunt Bauman, żyjemy w rzeczywistości, w której relacje stały się bardziej kruche i odwracalne. To już nie rodzina czy społeczność podpowiadają, z kim mamy być. Dziś to jednostka decyduje, czy relacja nadal jej „służy”. A jeśli przestaje – łatwiej ją zakończyć, bez poczucia, że łamie się jakiś trwały porządek.
Po trzecie – kult samorealizacji. Partner nie ma już tylko być „na dobre i na złe”. Ma rozumieć, wspierać, rozwijać, leczyć rany, motywować i pomóc stać się lepszą wersją siebie. Coraz częściej szukamy więc kogoś, kto idealnie wpasuje się w nasz gotowy projekt życia, zamiast kogoś, z kim ten projekt powstanie od podstaw. W efekcie relacje stają się bardziej świadome, ale też bardziej wymagające. Dają wolność, lecz odbierają poczucie oczywistości. A miłość coraz rzadziej jest wspólną drogą w nieznane, a coraz częściej starannie dopasowanym wyborem – tak długo, jak długo pasuje do tego, kim właśnie jesteśmy.
atoms.consentPlaceholder.headingText
atoms.consentPlaceholder.bodyText
Technologia zmienia wiele obszarów naszego życia. Stawia nas przed nowymi, dotąd nieznanymi wyzwaniami. Jak media społecznościowe wpłynęły na to, w jaki sposób postrzegamy relacje? Mam w głowie choćby popularyzację pojęć takich jak „green flags” i „red flags”.
A. A: Media społecznościowe mocno zmieniły sposób, w jaki dziś patrzymy na relacje. Coraz rzadziej przeżywamy je intuicyjnie, a coraz częściej analizujemy przez pojęcia, etykiety i diagnozy z Internetu. Z jednej strony to pomaga, bo łatwiej rozpoznajemy przemoc, manipulacje czy brak szacunku – rzeczy, które były bagatelizowane. Z drugiej strony zaczynamy patrzeć na ludzi jak na zestaw sygnałów ostrzegawczych i zielonych flag, zamiast jak na złożone osoby z historią, temperamentem i kontekstem. Zbyt szybko szufladkujemy, zamiast się zaciekawić i zapytać.
Dla pokolenia Z język red flags i green flags to rodzaj emocjonalnego systemu wczesnego ostrzegania. Młodzi ludzie uczą się skanować zachowania pod kątem bezpieczeństwa – czy ktoś szanuje granice, umie rozmawiać, nie manipuluje. Takie podejście jest próbą ochrony własnego dobrostanu. Problem zaczyna się wtedy, gdy analiza zastępuje kontakt. Gdy każda niedoskonałość, chwila niezręczności czy ludzki błąd zaczyna być traktowany jak czerwona flaga. Media społecznościowe uczą myślenia zero-jedynkowego: dobre–złe, pasuje–nie pasuje.
Jednocześnie widać coś bardzo ciekawego: rosnący głód autentyczności. Im więcej filtrów, tym większe zmęczenie perfekcyjnymi obrazkami. Coraz częściej młodzi ludzie nie szukają „idealnego profilu”, ale kogoś, przy kim można zdjąć maskę, zwolnić i poczuć się bezpiecznie – poza algorytmem, poza oceną. Psychologia w relacjach jest bardzo potrzebna, ale nie może zastąpić uważności i serca. Bo miłości nie buduje się checklistą, tylko obecnością.
Z perspektywy psychologa powiedziałabym tak: media społecznościowe dały nam język i narzędzia do ochrony siebie, ale jednocześnie postawiły przed nami nowe wyzwanie – jak nie pomylić czujności z lękiem, a troski o siebie z ucieczką od bliskości. Bo prawdziwa relacja nie polega na braku czerwonych flag, tylko na tym, że ktoś chce je z nami zobaczyć, nazwać i wziąć za nie odpowiedzialność.
Coraz częściej mówimy także o ghostingu, bare minimum czy emotional unavailability – jak te pojęcia zmieniają nasze oczekiwania wobec bliskości?
A. A: To, że coraz częściej mówimy o ghostingu, bare minimum czy emotional unavailability, nie jest modą ani przesadą. To znak, że uczymy się nazywać to, co kiedyś było tylko niepokojem w brzuchu i cichym poczuciem, że „coś tu nie gra”. Nowy język bliskości działa jak wewnętrzny kompas, bo pozwala szybciej zrozumieć, co nas rani, i przestać brać na siebie winę za cudzą niedojrzałość. Gdy zachowania dostają nazwy, łatwiej oddzielić własną wartość od czyjejś nieobecności, znikania bez słowa czy emocjonalnego skąpstwa.
Dzięki temu coraz więcej osób nie chce już zgadzać się na relacje, w których dostaje tylko minimum uwagi i zaangażowania, bo ich układ nerwowy wie, że to za mało, by czuć się bezpiecznie. Ta zmiana przesuwa też nasze oczekiwania: coraz mniej chodzi o intensywność czy fizyczną ekscytację, a coraz bardziej o spokój, przewidywalność i emocjonalną dostępność. W świecie pełnym niepewności bliskość przestaje być zagadką do rozwiązania, a staje się miejscem, w którym można odetchnąć i nie musieć walczyć o czyjąś obecność.
Wrócmy do wspomnianego situationships, które jest dziś częścią randkowego krajobrazu. Czy to oznaka, że Zetki boją się zobowiązań?
A. A: Situationships czy relacje bez etykiet często wyglądają z zewnątrz jak ucieczka przed zobowiązaniem, ale z perspektywy młodych ludzi to zwykle coś dużo prostszego i bardziej ludzkiego. Zamiast wpisywać się w gotowe, sztywne role „chłopaka” czy „dziewczyny”, wolą negocjować zasady na bieżąco, dopasowując relację do swoich aktualnych potrzeb i zasobów. Zetki chcą być z kimś, ale boją się wejść w coś, co od razu ma ciężar „na serio” i „na długo”. Relacja bez etykiety daje im poczucie mniejszej presji i większej kontroli – można być blisko, ale nie obiecywać więcej, niż się realnie jest w stanie udźwignąć.
Zetki, które napatrzyły się na bolesne rozwody swoich rodziców, traktują brak etykiet jako swoistą polisę ubezpieczeniową – wychodzą z założenia, że skoro technicznie nie jesteśmy parą, to w razie czego „nie ma z czym zrywać”, co ma teoretycznie oszczędzić im traumy rozstania. Z jednej strony daje swobodę, z drugiej może rodzić niepewność i pytania: „kim dla siebie jesteśmy?”. Dlatego nie jest rozwiązaniem dla każdego. U Zetek często wynika to z potrzeby ochrony siebie przed zbyt szybkim przywiązaniem i późniejszym zranieniem. To nie tyle strach przed miłością, co próba znalezienia jej w wersji, która nie przytłacza – bardziej spokojnej, ostrożnej i dopasowanej do ich obecnych możliwości emocjonalnych.
Jednocześnie wiele osób zauważa powrót młodych ludzi do myśli o małżeństwie. Skąd bierze się ta pozorna sprzeczność?
A. A: Tak jak mówisz, ta sprzeczność jest pozorna. Pokolenie Z nie odrzuca miłości na całe życie, ale odrzuca miłość byle jaką. Mimo że statystycznie rzadziej wchodzą w związki (63% dorosłych Zetek nie miało stałej relacji), wielu z nich nadal wierzy w głęboką więź na całe życie. To, co wygląda jak niechęć do małżeństwa, jest często strategią slow love – czekaniem na moment, w którym relacja będzie bezpieczna ekonomicznie i emocjonalnie. Wolą być sami lub w luźnej relacji, niż utknąć w toksycznym małżeństwie jak poprzednie pokolenia. Boją się odrzucenia, rozczarowania i bolesnych rozstań.
W jaki więc sposób pokolenie Z redefiniuje dziś sztukę bycia w związku?
A. A: Pokolenie Z redefiniuje bycie w związku w bardzo prosty, ale jednocześnie rewolucyjny sposób: relacja ma być bezpieczna dla psychiki, prawdziwa i dopasowana do ludzi, którzy ją tworzą. Dla Zetek miłość nie zaczyna się od imponowania sobie nawzajem, tylko od szczerości, także tej trudnej. Rozmowy o terapii, lękach, granicach czy przeciążeniu emocjonalnym nie są już „psuciem nastroju”, ale podstawą bliskości. Coraz większą wartość ma wrażliwość i pokazywanie siebie bez filtra, bez udawania silniejszego, niż się jest, bo właśnie to daje poczucie bycia naprawdę widzianym.
W efekcie miłość w wydaniu pokolenia Z to połączenie uczuć i świadomości: pragną głębokiej relacji, ale wchodzą w nią z uważnością, jakby trzymali w ręku instrukcję obsługi siebie, by nie zgubić się w bliskości i nie zranić bardziej, niż to konieczne.
Czy można zatem twierdzić, że swobodna rozmowa o emocjach i korzystanie z terapii wśród Zetek, przekłada się na zdrowszy sposób budowania relacji i rozwiązywania konfliktów w miłości?
A. A: To trochę miecz obosieczny. Z jednej strony większa otwartość na emocje i terapia naprawdę sprzyjają zdrowszym relacjom. Pokolenie Z częściej mówi wprost o swoich potrzebach, granicach i trudnościach, dzięki czemu w relacjach jest mniej gierek, domysłów i manipulacji. Ta szczerość, czasem już na samym początku znajomości, pozwala szybciej sprawdzić, czy dwie osoby emocjonalnie do siebie pasują i czy są gotowe budować coś w bardziej dojrzały sposób.
Z drugiej strony sama świadomość psychologiczna nie zawsze idzie w parze z umiejętnością dozowania bliskości. Zdarza się, że otwartość przeradza się w zbyt intensywne dzielenie się trudnymi doświadczeniami na bardzo wczesnym etapie relacji. Taki emocjonalny „zalew” może przytłaczać drugą osobę i obciążać więź, zanim zdąży się ona naturalnie ukształtować. Dlatego terapia i język emocji są ogromnym zasobem, ale nie zastąpią uważności na tempo relacji. Zdrowa bliskość to nie tylko mówienie wszystkiego, co czujemy, lecz także wyczucie, kiedy, ile i w jakiej formie jesteśmy gotowi unieść siebie nawzajem.
A co z miłością własną? Pokolenie Z stawia je na równi z uczuciem do drugiej osoby?
A. A: Dla pokolenia Z miłość własna i miłość do drugiej osoby nie stoją w opozycji, ale też nie są już wrzucane do jednego worka. Coraz częściej miłość do siebie pojawia się jako pierwsza – i nie z egoizmu, tylko z doświadczenia. Miłość własna to dziś dbanie o swoje zasoby emocjonalne, psychiczne, finansowe. Najpierw chcę stanąć na własnych nogach, zrozumieć siebie, poczuć stabilność, a dopiero potem zaprosić kogoś do swojego świata. Relacja ma być dodatkiem, a nie ratunkiem. I jest w tym duża dojrzałość. Jeśli związek zaczyna kosztować zdrowie psychiczne, Zetki częściej decydują się odejść. Nie dlatego, że nie potrafią kochać, ale dlatego, że wiedzą, że miłość nie powinna ranić ani zabierać wewnętrznego spokoju. W ich narracji miłość do drugiego człowieka jest możliwa dopiero wtedy, gdy nie odbywa się kosztem siebie. A to zmienia wszystko.
Czy pokolenie Z ma tendencję do romantyzowania związków i miłości?
A. A: Pokolenie Z żyje w ciekawym napięciu między głową a sercem. Z jednej strony podchodzą do relacji bardzo racjonalnie: analizują, sprawdzają zgodność wartości, uważnie obserwują sygnały ostrzegawcze. Z drugiej jednak strony wcale nie porzucili marzeń o głębokiej, romantycznej miłości. Ten paradoks jest dla nich bardzo charakterystyczny. Choć dorastali w świecie szybkich kontaktów, wielu z nich wciąż wierzy w relację „na długo”, a nawet „na całe życie”.
Tyle że romantyzują dziś coś innego niż poprzednie pokolenia. Nie idealizują perfekcyjnych historii ani instagramowych obrazków szczęścia. Ich romantyzmem stała się autentyczność: bycie prawdziwym, odsłanianie słabości, mówienie o lękach i niedoskonałościach. To właśnie w tej wrażliwości, w zgodzie na niedoskonałość i emocjonalną szczerość Zetki szukają głębi. Można powiedzieć, że nie tyle romantyzują same związki, co możliwość bycia sobą w relacji. A to jest nowa forma romantyzmu – cichsza, mniej spektakularna, ale znacznie bardziej zakorzeniona w realnym doświadczeniu bliskości.
Cofnijmy się nieco w przeszłość – do czasów pandemii i społecznej izolacji. Jak te doświadczenia młodych ludzi wpłynęły na postrzeganie bliskości, intymności i potrzeby drugiego człowieka?
A. A: Izolacja i pandemia bardzo cicho, ale głęboko zmieniły sposób, w jaki myślimy o bliskości. Dla wielu młodych ludzi był to czas, w którym relacje nie tyle się skończyły, co nawet nie zdążyły się zacząć. Zabrakło codziennych spotkań, spontanicznych rozmów, niezręcznych randek i emocjonalnych potknięć, które normalnie uczą, jak być z drugim człowiekiem w realnym świecie.
W efekcie bliskość zaczęła kojarzyć się bardziej z rozmową niż z obecnością, z wymianą wiadomości niż z byciem obok. Kontakt stał się łatwiejszy do nawiązania, ale też łatwiejszy do przerwania. Bez wspólnej przestrzeni, ciała i czasu relacje straciły ciężar, a zyskały odwracalność – można się wycofać bez konfrontacji, zniknąć bez rozmowy, nie mierzyć się z emocjami drugiej osoby.
Dla młodszych pokoleń oznaczało to brak naturalnego „oswajania się” z bliskością w okresie dorastania. Bez wcześniejszych doświadczeń dorosłe relacje bywają bardziej stresujące, bo nie ma wewnętrznego punktu odniesienia: skąd wiem, że to normalne, że się boję, że się mylę, że nie wychodzi? Pandemia sprawiła też, że bliskość zaczęła być postrzegana jako coś bardzo potrzebnego, ale jednocześnie wymagającego odwagi. Po czasie izolacji bycie z kimś naprawdę, twarzą w twarz, bez ekranu jako tarczy, bywa trudniejsze niż kiedykolwiek. Dlatego dziś tak wielu ludzi tęskni za relacją, ale podchodzi do niej ostrożnie – jak do czegoś cennego, ale też emocjonalnie wymagającego.
Określenie generacji Z jako „najbardziej osamotnionego pokolenia w historii” to trafna diagnoza, czy jednak zbyt daleko idące uproszczenie?
A. A: Coraz częściej mówi się o pokoleniu Z jako o najbardziej osamotnionym – i niestety nie jest to chwytliwy nagłówek, ale opis realnego doświadczenia. Dane pokazują, że większość młodych dorosłych nie jest dziś w stałej relacji, ale za tą liczbą nie stoi brak potrzeby bliskości. Stoi raczej ogromne zmęczenie wyborem i lęk przed pomyłką.
Żyjemy w świecie, który nieustannie podsuwa kolejne możliwości, kolejne twarze, kolejne „lepsze opcje”. Paradoksalnie im więcej wyboru, tym trudniej się zatrzymać. Zamiast pytać „czy to jest dla mnie dobre?”, młodzi ludzie często pytają „a co, jeśli gdzieś czeka coś lepszego?”. I ten niepokój potrafi skutecznie unieruchomić. Bezpieczniej jest nie wybrać wcale niż wybrać i później żałować.
Z perspektywy psychologicznej to bardzo smutny paradoks: pokolenie, które ma największy dostęp do ludzi, jednocześnie najczęściej doświadcza samotności. Bo bliskość wymaga decyzji, a decyzja zawsze niesie ryzyko. I być może największym wyzwaniem dla Zetek nie jest dziś znalezienie idealnej osoby, ale odwaga, by powiedzieć: wybieram mimo że nie mam gwarancji.
A jeśli weźmiemy na tapet podejście Zetek do intymności. Jak „wypadają” na tle wcześniejszych pokoleń?
A. A: W podejściu do seksualności zaszła wyraźna zmiana. Zetkom coraz mniej chodzi o ilość, a coraz bardziej o sens. Dla młodszych pokoleń seks przestał być celem samym w sobie czy dowodem atrakcyjności. Ma znaczenie wtedy, gdy towarzyszy mu poczucie bezpieczeństwa emocjonalnego i psychicznego. Bez tej podbudowy bywa postrzegany jako coś pustego, a czasem wręcz „przereklamowanego”.
To także koniec presji, która towarzyszyła wcześniejszym pokoleniom. Nie trzeba już niczego udowadniać ani „zaliczać” kolejnych doświadczeń. Seksualność coraz częściej jest tematem rozmowy i negocjacji, a nie oczekiwań narzucanych z zewnątrz. Liczy się zgoda, komfort i gotowość obu stron, a nie tempo czy statystyka.
Pokolenie Z określono nawet mianem „puriteen”. Skąd bierze się ich dystans wobec życia intymnego i na ile znajduje on odzwierciedlenie w rzeczywistości?
A. A: Fenomen „puriteen” bywa mylnie odczytywany jako powrót do pruderyjności. W rzeczywistości to raczej odpowiedź młodych ludzi na życie w ciągłym stresie i napięciu. Gdy ktoś dorasta w świecie, w którym wszystko jest oceniane, porównywane i komentowane, ciało naturalnie przechodzi w tryb ostrożności. Stres i lęk skutecznie gaszą ochotę na ryzykowne zbliżenia, bo układ nerwowy bardziej zajmuje się przetrwaniem niż przyjemnością.
Dla części młodych ludzi dystans do seksu lub czasowa rezygnacja z niego jest więc świadomym wyborem – bezpieczną formą ochrony własnej psychiki przed chaosem, presją i emocjonalną „dramą”, która mogłaby zaburzyć i tak już kruchy spokój. To mniej „nie chcę”, a bardziej: „nie teraz, nie w takich warunkach”.
A co z relacjami typu one night stand? Rosnąca samoświadomość psychologiczna Zetek sprzyja rezygnacji czy raczej zmienia sposób, w jaki są one przeżywane i interpretowane?
A. A: Samoświadomość nie tyle zabija relacje typu one night stand, co odbiera im dawną atrakcyjność. Gdy rośnie wiedza o emocjach, więzi i stylach przywiązania – czyli scenariuszach naszych relacji z dzieciństwa – przygodny seks przestaje być niewinną zabawą, a zaczyna być widziany przez pryzmat możliwych konsekwencji psychicznych. Coraz więcej młodych ludzi zauważa, że szybka bliskość bez relacji często zostawia po sobie nie lekkość, lecz napięcie, pustkę albo poczucie odrzucenia.
Zetki częściej rozpoznają u siebie potrzebę więzi przed seksem, nawet jeśli nie nazywają jej wprost. Wolą poczekać na poczucie bezpieczeństwa i emocjonalnej zgody, niż ryzykować sytuacje, które mogą uruchomić lęk czy rozregulować ich wewnętrzną równowagę. W tym kontekście one night stand przestaje być ekscytującą przygodą, a staje się doświadczeniem o zbyt wysokiej cenie. To już nie kwestia moralności, ale prostej odpowiedzi na pytanie: czy to mi naprawdę służy?
Na koniec, jakie wyzwania stoją dziś przed pokoleniem Z w budowaniu relacji w świecie nieustannej zmiany, porównań i presji, by „żyć najlepiej”?
A. A: Największym wyzwaniem w budowaniu trwałych relacji jest dziś życie w rozdwojeniu: z jednej strony bardzo chcemy stabilnej, bezpiecznej więzi, a z drugiej funkcjonujemy w świecie, który nieustannie zachęca do zmiany. Młodzi ludzie poruszają się w relacjach, które często nie mają jasnych granic ani nazw, co daje chwilowe poczucie wolności, ale na dłuższą metę generuje napięcie, niepewność i emocjonalne zmęczenie.
Kolejnym trudnym obszarem jest nadmiar możliwości. Gdy w zasięgu ręki wciąż pojawiają się nowe „opcje”, coraz trudniej zatrzymać się przy jednej osobie i dać relacji czas na rozwój. W tle działa cichy lęk: czy na pewno wybieram dobrze, czy nie rezygnuję z czegoś lepszego? Taki sposób myślenia utrudnia zaangażowanie i osłabia zdolność do budowania głębi.
Do tego dochodzi niełatwa codzienność: presja finansowa, zawodowa i potrzeba zadbania o własną stabilność. Dla wielu osób miłość staje się czymś, co trzeba odłożyć „na potem”, aż będzie spokojniej i bezpieczniej. Często to rodzi frustrację, bo potrzeba bliskości nie znika tylko dlatego, że warunki nie są idealne. Z perspektywy psychologii trwała relacja wymaga dziś nie tyle idealnego dopasowania, ile odwagi, by wybrać jedną osobę w świecie pełnym alternatyw i zgodzić się na niedoskonałość: swoją, drugiego człowieka i samej relacji.
„Bliskość w związku to znacznie więcej niż tylko uczucia czy fizyczny kontakt. To nie bajka ani gotowy przepis z książki, lecz codzienna, czasem niełatwa sztuka współistnienia. To świadome codzienne wybieranie siebie nawzajem – w drobnych sprawach i w wielkich momentach życia. To umiejętność mówienia „jestem przy Tobie”, nawet gdy nie wszystko jest dobrze, kiedy pojawiają się trudności czy wątpliwości” – fragment mojej najnowszej książki „Bliskość”.
atoms.consentPlaceholder.headingText
atoms.consentPlaceholder.bodyText

