Reklama

– Dlaczego akurat 2016? – to pytanie zaczęłam zadawać bliskim kilka dni temu, próbując przypomnieć sobie, co ja właściwie robiłam dziesięć lat temu. W archiwach Instagrama i Facebooka znalazłam to, czego jeszcze niedawno wstydziłabym się komukolwiek pokazać: zdjęcia z filtrem psa czy boho wiankiem na głowie to dopiero początek. Kiedy odkryłam jednak, że nostalgiczny powrót do życia sprzed dekady to nie przypadkowe viralowe wyzwanie, ale właściwie mikrozjawisko socjologiczne, postanowiłam sprawdzić, co naprawdę liczyło się w 2016. Wybrałam 5 trendów, za którymi tęsknota jest nawet bardziej niż uzasadniona.

W tym artykule:

  1. Na czym polega trend „2026 to nowy 2016”?
  2. Nowy rozdział Instagrama, czyli początki InstaStories
  3. Prime time filtrów i upiększeń w mediach społecznościowych
  4. To wtedy pokochałyśmy Taco. Najgłośniejsze albumy
  5. 2016 rozpoczął złotą erę „Stranger Things”
  6. W 2016 żyliśmy przed epoką „digital fatigue”

Na czym polega trend „2026 to nowy 2016”?

Trend „2026 to nowy 2016” to, najprościej mówiąc, viralowa nostalgia za światem sprzed dekady – postrzeganym dziś jako prostszy, lżejszy i bardziej „ludzki”. Media społecznościowe od kilku dni zalewają ziarniste zdjęcia z iPhone’a, snapchatowe filtry z psimi uszami, mocno zarysowane brwi, Pokémon Go i osobiste wspomnienia sprzed dziesięciu lat. Według BBC wyszukiwania hasła „2016” na TikToku wzrosły na początku stycznia o 452 procent, a ponad 55 milionów filmów powstało z użyciem filtra inspirowanego tamtą estetyką. Powrót do 2016 roku nie jest jednak tylko formą zabawy: to także reakcja na współczesność. Dla starszych przedstawicieli generacji Z był to moment wchodzenia w dorosłość, dla młodszych za to pierwsze świadome wspomnienia kultury online.

Jednocześnie 2016 symbolizuje „nowoczesność w wersji light”: technologie i popkultura już istniały, ale nie były jeszcze przytłoczone algorytmami, AI-owym spamem i wysokimi kosztami życia. Uber, jedzenie na dowóz czy media społecznościowe były bardziej dostępne, mniej skomercjalizowane i prostsze w odbiorze. „2026 to nowy 2016” to też próba powrotu do świata sprzed pandemii, politycznej polaryzacji i cyfrowego przesytu, nawet jeśli ta wizja jest dziś filtrowana przez różowe okulary pamięci.

Nowy rozdział Instagrama, czyli początki InstaStories

Dziś wiele z nas nie wyobraża sobie dnia bez przeglądania tzw. stories na Instagramie: codzienne dodawanie klatek z życia wziętych nie jest tylko domeną influencerów (choć ci chętnie z tego oczywiście korzystają), ale angażuje też „zwykłych” użytkowników. Co więcej, w ostatnim czasie na popularności zyskuje trend romantyzowania zwyczajności: w odpowiedzi na niego coraz więcej mikrotwórców decyduje się pokazywać urywki ze swojego życia, które – nawet jeśli jest powtarzalne – może być warte docenienia.

Mało kto dziś zastanawia się, jakie były początki InstaStories: tę funkcjonalność wdrożono (tak, właśnie!) w sierpniu 2016 roku. Choć początkowo możliwość dodawania „znikających” klatek wydawała się być skopiowana z innej aplikacji, Snapchata, szybko zyskała swoich zwolenników. Jak zmieniały się funkcje InstaStories przez dekadę? Pojawiły się m.in. możliwości dodawania ulubionej muzyki, lokalizacji, tworzenia kolaży i tzw. szablonów, które można dzielić z innymi użytkownikami. W 2016 roku jednak stories dopiero raczkowały: i może dlatego teraz wspominamy lato sprzed dekady jako powiew niepowstrzymanej nowości?

Prime time filtrów i upiększeń w mediach społecznościowych

Jeśli mówimy: 2016, z pewnością mamy przed oczami zdjęcia z zastosowaniem filtrów, nakładek imitujących zwierzęta czy dekoracyjne elementy w treściach na Instagramie i Snapchacie. Dekadę temu królowało to, co podkręcone, nieco przy tym zniekształcone, ale co najważniejsze: miłe dla oka. To zupełnie inne podejście, niż to, które dominuje w mediach społecznościowych dzisiaj: w 2026 roku używanie filtrów można śmiało określić jako... obciach. Normalizacja niedoskonałości czy zdjęcia no make-up to niemal codzienność w sieci.

Dzisiaj jednak z nostalgią wracamy do początków boom'u contentu w mediach społecznościowych: może dlatego, że wtedy upiększanie życia wydawało się czymś nowym? Zmęczenie nim, jak widzimy, przyszło jednak bardzo szybko.

To wtedy pokochałyśmy Taco. Najgłośniejsze albumy

Kiedy myślę: Warszawa, 2016, to mam przed oczami okładkę płyty Taco Hemingway'a – „Trójkąt Warszawski”. Myślę o barach nad Wisłą, Planie B i piątkowych wieczorach na Krakowskim Przedmieściu. I choć album został wydany w 2014 roku, dopiero dwa lata później zyskał szerszy rozgłos i został nagrodzony jako album dekady czy najlepsza okładka roku. Ale w 2016 roku Taco nie zatrzymywał się, a cała Warszawa słuchała „Umowy o dzieło” i chciała mieć mityczne „sześć zer” na koncie, kilka miesięcy później zachwycając się „Woskiem” i viralowym „Deszczem na betonie”.

W nieco innym klimacie zapisały się albumy zagraniczne. Frank Ocean wydał intymne „Blonde”, Rihanna odważnie przedefiniowała swój wizerunek na „ANTI”, Beyoncé stworzyła z „Lemonade” osobisty manifest, Drake z „Views” uchwycił rytm globalnych playlist, a Kanye West po raz kolejny zamienił chaos w artystyczny statement. 2016 obfitował w wydarzenia kulturalne i muzyczne. Być może właśnie dlatego dziś wracamy do 2016 roku z taką czułością: był pełen sprzeczności, ale też stylu, emocji i muzyki, która towarzyszyła nam w codziennym życiu.

2016 rozpoczął złotą erę „Stranger Things”

Rok 2016 otworzył także epokę „Stranger Things” – serialu, który z dnia na dzień stał się globalnym fenomenem i jednym z najmocniejszych popkulturowych symboli dekady. Premiera pierwszych odcinków na Netflix w lipcu 2016 uruchomiła lawinę: jeszcze w dniu debiutu platforma zamówiła drugi sezon, a kolejne odsłony tylko umacniały status produkcji braci Dufferów. Nostalgiczna podróż do lat 80., pełna odniesień do kina Spielberga, Stephena Kinga i Johna Carpentera, połączyła przygodę, science fiction i horror w formie, która okazała się idealnie skrojona pod wrażliwość współczesnych widzów.

Krytycy niemal natychmiast byli jednomyślni – pierwszy sezon zdobył 97% pozytywnych recenzji na Rotten Tomatoes – a widzowie zakochali się w mrocznym klimacie Indiany, syntezatorowej ścieżce dźwiękowej i bohaterach, którzy błyskawicznie weszli do popkulturowego kanonu: a ta miłość nie minęła do dziś, gdy wyemitowano ostatnie odcinki „Stranger Things”.

W 2016 żyliśmy przed epoką „digital fatigue”

Od pewnego czasu coraz głośniej mówi się o zjawisku „digital fatigue”, czyli przebodźcowania światem cyfrowym. Trudno się temu dziwić: dziś smartfony mamy zawsze przy sobie: pełnią funkcję budzika, notatnika, odtwarzacza muzyki, komunikatora, licznika kalorii, koszyka z zakupami... te funkcje można wymieniać naprawdę długo.

W 2016 roku nikt nie przewidziałby konsekwencji tak dynamicznie rozwijających się platform społecznościowych i aplikacji (pamiętam, że sama nie miałam jeszcze wtedy Google Maps w telefonie!). Planowanie trasy zwiedzania w tradycyjnym notatniku czy robienie listy zakupów na kartce miało jednak swój niepodważalny urok. Dziś nie tyle nie chcemy żyć analogowo, co coraz częściej jest to po prostu utrudnione. Na szczęście wiele osób głośno mówi o zjawisku cyfrowego zmęczenia, a coraz bardziej modny staje się cyfrowy detoks czy inicjatywy robienia czegoś na żywo (na przykład coffee rave'y czy run cluby): na wartości zyskuje to, co indywidualne i namacalne.

Reklama
Reklama
Reklama