Czy „Wichrowe wzgórza” to aby na pewno historia o miłości? Psycholożka: „Intensywność uczuć została pomylona z prawdziwą bliskością”
O najgłośniejszym filmie początku roku i o tym, że miłość bywa źródłem autodestrukcji rozmawiam z psycholożką Magdą Chorzewską. Czy „Wichrowe Wzgórza” Emily Brontë mogą nauczyć nas prawdy o naszych własnych relacjach? I dlaczego pociąga nas to, co rani?

Powieść „Wichrowe wzgórza” rozpala wyobraźnię czytelników od ponad dwóch dekad i wciąż trafia na listy największych romansów wszech czasów. Ale czy historia Heathcliffa i Cathy jest w ogóle opowieścią o wielkich uczuciach?
Dzisiaj coraz częściej i zdecydowanie bardziej świadomie poruszamy tematy destrukcyjnych relacji, czerwonych flagach i przemocy emocjonalnej, dzięki czemu klasyka literatury spod pióra Emily Brontë nabiera nowych znaczeń. Przede wszystkim intensywność przestaje być dla nas jednoznacznym dowodem miłości. W rozmowie z Magdaleną Chorzewską, psycholożką i psychoterapeutką CBT w trakcie certyfikacji, przyglądamy się relacji Cathy i Heathcliffa z perspektywy współczesnej psychologii.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby Instagram i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
JOANNA MISIARZ: „Wichrowe wzgórza” wciąż nazywane są jednym z największych romansów wszech czasów. Czy to rzeczywiście historia wielkiej miłości, czy raczej opowieść o traumie, władzy i niemożności kochania w zdrowy sposób?
MAGDALENA CHORZEWSKA: „Wichrowe wzgórza” to raczej studium więzi opartej na głodzie emocjonalnym i potrzebie posiadania drugiej osoby oraz traumie i głębokim lęku przed porzuceniem. Zdecydowanie nie są opowieścią o zdrowej, dojrzałej miłości. Intensywność uczuć została w tej historii pomylona z prawdziwą bliskością, a cierpienie stało się dowodem rzekomej głębi uczuć.
Wiemy, że zarówno Heathcliff, jak i Cathy dorastali w atmosferze przemocy, odrzucenia i emocjonalnego chaosu – Heathcliff upokarzany, pozbawiony poczucia przynależności outsider, Cathy w świecie surowych norm i braku poczucia bezpieczeństwa. Na ile w przypadku tej historii możemy tłumaczyć ich dorosłe wybory i okrucieństwo doświadczeniami z dzieciństwa?
M.CH: Trauma może wiele wyjaśniać, ale nie usprawiedliwia krzywdzenia innych. Przemoc, odrzucenie i emocjonalna deprywacja budują lękowe, pozabezpieczne wzorce przywiązania, które później wpływają na relacje w dorosłości. Jednak dorosłość niesie ze sobą odpowiedzialność za własne zachowania. W realnym życiu oznacza to konieczność pracy nad sobą – często w procesie psychoterapii – aby nie powielać destrukcyjnych schematów.
Historia Heathcliffa i Cathy potwierdza tezę, że przemoc rodzi przemoc?
M.CH: Zdecydowanie tak. Zwłaszcza jeśli spojrzymy na zachowania Heathcliffa, takie jak potrzeba dominacji, mściwość, karanie ciszą czy obsesyjność. Widać u niego silną potrzebę kontroli, a instrumentalne traktowanie ludzi wskazuje na trudność w budowaniu relacji opartych na wzajemności. Nierozpoznana trauma i upokorzenie często przechodzą w kolejne pokolenia w formie agresji, kontroli i emocjonalnego chłodu. W powieści widzimy klasyczny łańcuch transmisji przemocy – krzywda nie zostaje zatrzymana, lecz reprodukowana.
Czy w takim razie jego zachowania noszą znamiona zaburzeń osobowości?
M.CH: W jego funkcjonowaniu można dostrzec rysy charakterystyczne dla zaburzeń osobowości z tzw. wiązki B – zwłaszcza cechy osobowości z pogranicza, narcystycznej i antyspołecznej. Widoczna jest silna uraza, potrzeba odwetu, uprzedmiotowienie innych oraz trudności w regulowaniu emocji. Jednocześnie warto podkreślić i pamiętać, że mówimy o interpretacji literackiej, a nie o diagnozie klinicznej. Heathcliff jest postacią fikcyjną.

Określenie go jako „narcyza” lub „toksyka” uważasz za trafne?
M.CH: Nie przepadam za etykietowaniem ludzi w tak uproszczony sposób, ponieważ bardzo łatwo jest przykleić komuś łatkę toksyka. Można jednak zauważyć u niego narcystyczne rysy – szczególnie w silnej potrzebie kontroli, o której już wspominałam oraz ogromnej wrażliwości na upokorzenie i braku odpowiedzialności za cierpienie, które zadaje innym.
Sporo powiedziałyśmy o osobowości Heathcliffa, ale skoro mówimy o dynamice tej więzi, nie sposób pominąć impulsywnej, skrajnej i nieprzewidywalnej natury Cathy. Czy dla niego, bohatera z narcystycznymi rysami i silną potrzebą kontroli, właśnie taka dynamika mogła być szczególnie pociągająca i uzależniająca?
M.CH: Często właśnie tak działa dynamika tego typu relacji. Intensywność, nieprzewidywalność i emocjonalna huśtawka wzmacniają ich uzależniający charakter. Dla osób o narcystycznych rysach taka relacja jest źródłem silnej stymulacji emocjonalnej, ale jednocześnie staje się polem walki o władzę i kontrolę. Skrajne emocje podsycają napięcie, a napięcie bywa mylone z namiętnością.
Czy możemy stwierdzić, że Cathy Earnshaw miała osobowość z pogranicza?
M.CH: Nie można stawiać klinicznej diagnozy postaci literackiej, jednak w funkcjonowaniu Cathy wyraźnie widać cechy kojarzone z osobowością borderline (inaczej z pogranicza nerwicy i psychozy): skrajność i chwiejność emocji, silny lęk przed porzuceniem, impulsywność, niestabilny obraz siebie oraz relacji, a także gwałtowne przechodzenie od idealizacji do dewaluacji. Jej zachowania są intensywne, reaktywne i często autodestrukcyjne.

Dziś ucieczkę Heathcliffa nazwalibyśmy ghostingiem. Czy jego zniknięcie było próbą ukarania Cathy i odzyskania kontroli, czy raczej reakcją na lęk przed odrzuceniem?
M.CH: Te dwa mechanizmy mogły współistnieć. Wycofanie mogło być obroną przed wstydem i lękiem przed odrzuceniem, które są niezwykle silne u osób z kruchym poczuciem własnej wartości. Jednocześnie zniknięcie mogło pełnić funkcję pasywnej kontroli i formy ukarania. W języku współczesnym można by to nazwać ghostingiem z komponentem odwetu – działaniem, które jednocześnie chroni własne ego i rani drugą osobę.
Mimo wszystko w pamięci czytelników zostają słowa Cathy: „Nasze dusze są jednakowe. Niezależnie od tego, co w nich tkwi”. Czy można zatem stwierdzić, że w imię miłości jesteśmy w stanie całkowicie ignorować różnice, czerwone flagi i realne zagrożenia wynikające z uzależniającej relacji?
M.CH: Tak, ponieważ w silnej idealizacji dochodzi do fuzji tożsamości. Zaczynamy wierzyć, że jesteśmy jednością, a różnice przestają mieć znaczenie. W takim stanie łatwo ignorować czerwone flagi i realne rozbieżności. To jednak nie jest miłość dojrzała, lecz stapianie się z drugim człowiekiem w sposób, który zaciera granice.
A możemy tę relację uznać za przykład klasycznego uzależnienia emocjonalnego? Jeśli tak - na czym ono polega?
M.CH: Ich więź spełnia wiele kryteriów uzależnienia emocjonalnego. Widać silną potrzebę bycia z drugą osobą mimo cierpienia, obsesyjne myślenie, utratę autonomii i tolerowanie krzywdy. Pojawia się też charakterystyczna huśtawka nagrody i kary, która paradoksalnie wzmacnia przywiązanie. Mechanizm przypomina uzależnienia behawioralne: napięcie, chwilowa ulga, ponowne napięcie.
Dlaczego więc wciąż romantyzujemy toksyczną intensywność?
M.CH: Gdyż intensywność daje silny wyrzut dopaminy i poczucie wyjątkowości. Burza emocji bywa interpretowana jako dowód prawdziwego uczucia, ponieważ kultura od lat wzmacnia tę narrację. Spokój natomiast często bywa błędnie odczytywany jako brak chemii, choć w rzeczywistości może świadczyć o bezpieczeństwie i stabilności.
Czyli można stwierdzić, że literatura błędnie utrwala mit, że cierpienie jest dowodem wielkiego uczucia?
M.CH: Często tak się dzieje. Motyw „im bardziej boli, tym bardziej kochasz” jest wielokrotnie powtarzany w literaturze. Cierpienie zostaje przedstawione jako nieodłączny element wielkiej miłości, co może prowadzić do mylnego przekonania, że brak dramatu oznacza brak prawdziwego uczucia.
Gniew i gwałtowność mylone z głębią uczuć wydają się być ogromną pułapką. Czy dynamika relacji z powieści Emily Brontë przekłada się na teraźniejszość?
M.CH: Niestety wciąż tak. Współcześnie wciąż spotykamy relacje oparte na pogoni za niedostępnym partnerem lub partnerką, karaniu ciszą, zazdrości i emocjonalnej huśtawce. Gniew i gwałtowność bywają mylone z głębią, a to pułapka. Dojrzała miłość jest spokojniejsza, przewidywalna, bezpieczna i odpowiedzialna.
Czego ta historia może nauczyć nas o naszych własnych relacjach?
M.CH: Że intensywność nie jest miarą miłości. Że nieprzepracowana trauma wchodzi do związku i zaczyna nim rządzić. Że kontrola, zazdrość czy karanie ciszą niszczą więź zamiast ją pogłębiać. I wreszcie – że dojrzała miłość opiera się na regulacji emocji, jasnych granicach, poczuciu bezpieczeństwa i wzajemności, a nie na nieustannym rollercoasterze.

