Reklama

JOANNA MISIARZ: Z czego twoim zdaniem wynika fenomen serialu „Gorąca rywalizacja” [oryg. „Heated Rivalry”]?

JOANNA GUTRAL: Myślę, że przede wszystkim z bardzo romantycznej, momentami wręcz idealistycznej wizji miłości. To opowieść, w której gorący romans przeradza się w uczucie dające przestrzeń na wrażliwość, delikatność i autentyczne bycie blisko drugiej osoby. A to są przecież uniwersalne potrzeby, o których wiele osób marzy i których szuka w relacjach. Oczywiście znaczenie ma też element sensacji, który przyciąga uwagę widzów. Ale ten serial jest również świetnie zagrany i pięknie zrealizowany, ta kombinacja sprawia, że odbił się tak szerokim echem.

Wielu widzów ten tytuł wciągnął w binge-watching, ciebie również?

J.G.: Powiem szczerze, że po pierwszym odcinku nie byłam pewna, czy będę kontynuować seans. Wydawało mi się, że to będzie historia nastawiona głównie na sensację i erotyzację, bo na początku rzeczywiście jest tam dużo scen nagości i seksualności. Ale im dalej zagłębiamy się w tę historię, tym mniej jest samej fizyczności, a coraz więcej czułości, otwartości i rozmowy o uczuciach. To właśnie te sceny, w których bohaterowie naprawdę się odsłaniają, wzruszają najmocniej.

To jest też opowieść o przełamywaniu barier w imię miłości, a takie historie po prostu chcemy oglądać, bo w jakimś sensie chcemy ich też doświadczać w życiu. Jasne, serial tę rzeczywistość wyostrza, momentami wręcz hiperbolizuje, ale to nie znaczy, że nie dotyka prawdziwych potrzeb. Myślę też, że bardzo ważne jest osadzenie tej historii w kontrastowym środowisku. Z jednej strony mamy sport kojarzony z agresją, rywalizacją i bardzo stereotypowym modelem męskości, z drugiej relację, która te konwenanse łamie. Serial ciekawie pokazuje nie tylko samą miłość, ale też cały mechanizm, który otacza zawodowy sport: sponsorów, opinię publiczną, oczekiwania społeczne. I robi to także przez kontrast między relacjami heteroseksualnymi, które są publicznie celebrowane, a relacją homoseksualną, którą bohaterowie muszą ukrywać.

Mnie szczególnie uderzyło to, jak emocjonalnie uregulowany jest ten związek pod powierzchnią stworzonego konfliktu. Na ile jednak w realnym świecie relacja trzymana w sekrecie buduje bliskość, a na ile uruchamia lęki i potrzebę kontroli?

J.G.: Gdybyśmy potrafili tak precyzyjnie przewidywać, które relacje przetrwają, a które nie, mielibyśmy już gotowy przepis na związek. A przecież relacje wciąż pozostają w dużej mierze tajemnicą. Tych bohaterów wiele różniło, ale równie wiele ich łączyło. Obaj żyli na świeczniku, obaj znali smak presji, rywalizacji i oczekiwań. To ciekawe, że serial pokazuje coś, na co dziś coraz rzadziej sobie pozwalamy: że można rywalizować i jednocześnie się lubić, można się nie zgadzać, a mimo to pozostawać w relacji. Popkultura bardzo często przyzwyczaja nas do myślenia w kategoriach czerni i bieli, a życie zwykle wygląda inaczej.

Na pewno nie było im łatwo mierzyć się ze sobą na boisku i jednocześnie dźwigać emocjonalny ciężar tej relacji. Ale to też jest fragment prawdy o życiu. Gdybyśmy każdą trudność, każdy konflikt i każdą rysę traktowali jak definitywny „red flag”, bardzo szybko zostalibyśmy sami na własnej zielonej wyspie. To wymaga dojrzałości emocjonalnej, żeby pomyśleć: w pracy rywalizujemy, ale prywatnie łączą nas uczucia i bliskość. Czy taka relacja przetrwałaby w rzeczywistości? Nie wiem, trudno mi to jednoznacznie ocenić. Ale samo uświadomienie sobie, że można być blisko mimo różnic, bywa bardzo uwalniające.

A gdybyś miała rozpatrzyć osobowości tych dwóch bohaterów, to co byś o nich powiedziała?

J.G.: Mam poczucie, że te postaci są zbudowane właśnie na zasadzie kontrastu. Z jednej strony mamy bohatera bardziej systematycznego, potrzebującego porządku i przewidywalności, z drugiej tego, który jest bardziej spontaniczny, chaotyczny, próbujący kompensować własne deficyty wyniesione z dzieciństwa, relacji rodzinnych i trudnych doświadczeń. To trochę układ „nerd i luzak”. I pytanie brzmi: czy takie osoby mogą się ze sobą dogadać? Jak widać, mogą. Mamy przecież powiedzenie, że „przeciwieństwa się przyciągają”. Oczywiście relacje oparte na podobieństwie też mają szansę działać, bo wspólne wartości są bardzo ważne, ale tutaj ciekawie wybrzmiało właśnie to, że bohaterowie potrafili dostrzec, zaakceptować i jakoś pomieścić swoje różnice. To trochę przypomina o tym, że w relacji nie musimy zgadzać się ze sobą w stu procentach. Wchodząc w związek, bierzemy drugiego człowieka z całym jego bagażem doświadczeń. To nie znaczy, że mamy godzić się na wszystko, ale że budowanie wspólnego świata często wymaga kompromisu, granic i zrozumienia, skąd ten drugi człowiek przychodzi.

Miałaś podczas seansu myśli, że któryś z nich jest toksykiem? Czytałam w social mediach komentrze widzów, którzy przypisywali tę łatkę Ilyi.

J.G.: Najpierw zapytałabym: kto właściwie jest „toksykiem”? To słowo zrobiło zawrotną karierę, ale bardzo często używamy go zbyt lekkomyślnie. Nie wiem, czy można mówić tu o narcyzmie. Jeden z bohaterów na pewno był bardzo pewny siebie, świadomy swojego talentu i pozycji, ale istotne jest czy naprawdę chciał celowo krzywdzić drugą osobę, czy raczej sam nie radził sobie ze swoimi emocjami, lękami i potrzebą bliskości? Ja jestem bliższa tej drugiej hipotezie. To ważne rozróżnienie. Zachowanie narcystyczne nie jest tym samym co narcystyczne zaburzenie osobowości. Popkultura bardzo mocno to upraszcza, a w rzeczywistości takich diagnoz nie stawia się na podstawie kilku trudnych zachowań. Każdy z nas czasem zachowuje się toksycznie, każdy ma swoją historię, swój styl przywiązania, swoje mechanizmy radzenia sobie z trudnymi sytuacjami. Dlatego nie postrzegam tej relacji ani jako toksycznej, ani narcystycznej. To raczej historia o dwóch osobach, które dopiero uczą się, czym jest bliskość oparta nie tylko na pożądaniu, ale też na uczuciu. I robią to w bardzo niesprzyjających okolicznościach: pod presją, w ukryciu, w środowisku, które ich relacji nie wspiera.

Jeśli na jednej stronie kartki napiszemy „miłość”, to na drugiej bardzo często pojawi się „zranienie”. Zranić nas może najbardziej właśnie ten, kto jest dla nas ważny. Nie ktoś obcy, tylko ktoś, kogo kochamy. I mam wrażenie, że bohaterowie bardzo chcieli zainwestować w tę relację, ale równocześnie bali się konsekwencji i bólu.


Trudno zapomnieć o intymności, której w tym serialu jest sporo, ale jest ona przede wszystkim performatywna. Bohaterowie nie nazywają bez końca swoich emocji, a jednak ich bliskość jest wręcz namacalna. Czy taka forma pokazywania miłości wydaje ci się dziś szczególnie atrakcyjna właśnie dlatego, że nie wszystko jest dopowiedziane?

J.G.: Tak, myślę, że to jest bardzo pociągające. I myślę też, że to jest ciekawa przeciwwaga dla współczesnej tendencji do natychmiastowego etykietowania wszystkiego. Bardzo łatwo byłoby powiedzieć: „to jest toksyczne”, „to jest przemocowe”, „ten bohater jest narcyzem” i zamknąć temat. Tyle że rzeczywistość rzadko bywa tak prosta. Tutaj widzimy relację, która zaczyna się od niechęci, przechodzi przez pożądanie i fizyczność, a potem okazuje się, że rodzi się z tego rozmowa, bliskość i wzajemne rozumienie. I to pomimo różnic, a może właśnie dzięki nim, bardzo przypomina życie. Kiedy dwie osoby wchodzą w relację, muszą pożegnać oczekiwanie, że druga strona w pełni się do nich dopasuje. Relacja oznacza zgodę na to, że drugi człowiek jest autonomiczny, ma własną osobowość, temperament, historię, potrzeby i przekonania. One nie zawsze będą spójne z naszymi. I to nie jest wada relacji, tylko jej istota.

Myślę, że właśnie dlatego ta historia tak działa. Bo pokazuje, że można być razem mimo różnic. A jednocześnie przypomina o czymś bardzo uniwersalnym: ci bohaterowie mają sławę, pieniądze, status, społeczne uznanie, a mimo to najbardziej pragną bliskości i miłości. I to jest doświadczenie, które naprawdę może poruszyć każdego.

A co z męskością? W „Gorącej rywalizacji” jest ona pokazana w środowisku bardzo heteronormatywnym i zamkniętym, a jednak równolegle widzimy, że siła i troska mogą tak współistnieć. Czy osadzenie tej historii właśnie w takim świecie jest kluczowe dla zrozumienia emocji bohaterów?

J.G.: Ten kontekst bardzo pomaga pewne rzeczy zobaczyć wyraźniej. Nie tyle tworzy sens tej historii, ile raczej wydobywa go na powierzchnię. Sprawia, że emocje bohaterów stają się bardziej widoczne. Z jednej strony mamy sport kojarzony z twardością, agresją i heteronormą, z drugiej relację nieheteronormatywną, opartą na uczuciu.

gorąca rywalizacja heated rivalry romans serial
serwis prasowy IMDb

Masz wrażenie, że współczesny widz na nowo negocjuje dziś to, jak powinna wyglądać zdrowa męskość na ekranie? Czy to także może tłumaczyć fenomen tego serialu?

J.G.: Być może ten serial po prostu wywraca stolik. Pokazuje coś, co w kontraście do utartych stereotypów wydaje się świeże, a momentami wręcz rewolucyjne. Popkultura nie zawsze uczy nas krytycznego myślenia, ale czasem pokazuje nowe wycinki rzeczywistości. I właśnie to może być jej siłą. Oczywiście ten serial też pewne rzeczy wyostrza, żebyśmy na pewno je zauważyli. Ale jego duża wartość polega dla mnie na czymś jeszcze: pokazuje osobom heteronormatywnym, jak trudna potrafi być droga osób LGBT+, nawet jeśli teoretycznie zdajemy sobie z tego sprawę. Co innego wiedzieć, a co innego naprawdę to poczuć, choćby przez opowieść.

Jest tam bardzo poruszająca scena z matką jednego z bohaterów, która płacze, bo obwinia się, że może mogła zrobić coś inaczej, by jej syn mógł powiedzieć jej o swojej orientacji wcześniej. I myślę, że to może być bardzo ważny moment nie tylko dla osób LGBT+, ale też dla ich rodziców. Takie obrazy bywają lustrem, które pomaga coś zrozumieć, oswoić, nazwać. Chociaż zdania wśród osób LGBT+ także są podzielone – serial zbiera bardzo różne recenzje. Ja wystawiłabym mu tę pozytywną.

Jednak większość fandomu tego serialu stanowią kobiety. Czy to, że tak wiele z nich pokochało tę historię, mówi coś o kobiecym pożądaniu, o tym, jak kobiety postrzegają bliskość i czego dziś pragną?

J.G.: Być może tak. Może to jest jakaś refleksja o tym, czego kobiety potrzebują w relacjach i co zobaczyły na ekranie. Myślę o wrażliwości, otwartości i gotowości partnera do emocjonalnej obecności. Oczywiście nie da się całego tego zjawiska wyjaśnić tylko jednym serialem. Znaczenie ma też atrakcyjność bohaterów, ich chemia, cały romantyczny klimat tej historii. Ale mam poczucie, że kobiety zobaczyły tu właśnie tę bliskość i autentyczność. I nie wiązałabym tego z jakimiś „naturalnymi” różnicami płci, raczej z socjalizacją. Kobiety częściej mają społeczne przyzwolenie na mówienie o emocjach i nazywanie własnych potrzeb. Być może dlatego łatwiej rozpoznają w takiej historii coś, czego same szukają.

Gdybyśmy potraktowały ten serial nie tylko jako rozrywkę, ale też jako opowieść o współczesnych potrzebach emocjonalnych i problemach społecznych, to jakie aspekty warto przemyśleć po jego seansie?

J.G.: Trudno oddzielić serial od rozrywki, ale rozrywka przecież też może mieć wartość edukacyjną, normalizującą albo odczarowującą różne społeczne lęki. Dla rodzica taka historia może być ważnym sygnałem: to, że dziecko nie powiedziało mi od razu o swojej orientacji, nie musi oznaczać, że zawiodłam czy zawiodłem. Być może po prostu potrzebowało czasu, żeby samo poukładać sobie pewne rzeczy. Dla osoby, która dopiero próbuje zrozumieć siebie, może to być z kolei komunikat: nie tylko ja się z tym zmagam, nie tylko ja nie wiem od razu.

Dla sportowców ta historia może być lustrem pokazującym realia środowiska, które niesie ze sobą pewne oczekiwania, stawia na świeczniku, często oceniając bardzo krytycznie. A dla kobiet, które stanowią największą grupę odbiorczą, może być przypomnieniem, że bliskość nie oznacza identyczności. Że można być razem mimo różnic. Że relacja czasem wymaga nie tylko oczekiwania zmiany od drugiej strony, ale też własnej pracy nad akceptacją i tolerancją.

Jeśli tak wiele osób pokochało ten serial, to być może dlatego, że każdy znalazł w nim coś swojego. I to chyba najlepiej świadczy o jego sile.

gorąca rywalizacja heated rivalry romans hokeistów serial
serwis prasowy IMDb
Reklama
Reklama
Reklama