Czy bycie offline stanie się nowym luksusem? Jowita Michalska: „Najtrudniejsze nie jest odłożyć telefon – najtrudniejsze jest zostać samemu ze sobą bez bodźców” [WYWIAD]
O tym, dlaczego pojęcie „cyfrowego detoksu” powinno na stałe wejść do naszego słownika, jak odzyskać kontrolę nad własną uwagą i jak nauczyć się świadomie korzystać z technologii, zamiast jej ulegać, rozmawiam z Jowitą Michalską.

Jeszcze kilkanaście lat temu bycie stale online było symbolem nowoczesności, ambicji i sukcesu. Szybki internet, nieustanna dostępność i życie toczące się równolegle w kilku aplikacjach wydawały się naturalnym kierunkiem rozwoju. Dziś coraz głośniej mówi się o czymś zupełnie odwrotnym: prawdziwym przywilejem staje się możliwość odłączenia. Wyjazd na weekend w góry albo do lasu bez telefonu czy spokojne przeczytanie książki nieprzerywane scrollowaniem. Nie jest to tylko intuicja, ale coraz wyraźniejszy trend. Liczba wyszukiwań fraz związanych z „życiem bez ekranu” rośnie z roku na rok, a pokolenie Alfa – najbardziej cyfrowe w historii – w badaniach deklaruje, że dla dobrostanu psychicznego wybierają czas na świeżym powietrzu zamiast kolejnych godzin przed ekranem. Już w 2016 roku ekspertka ds. dobrostanu cyfrowego dr Rekha Chaudhari mówiła, że offline stanie się nowym luksusem. Dziś to zdanie brzmi jak trafna diagnoza naszych czasów.
Świat zaczyna na nowo odkrywać coś, co przez wieki było fundamentem społeczeństwa: że najcenniejszą rzeczą, jaką możemy dać drugiej osobie, jest nasza pełna, niespieszna uwaga. Nie na szybko wysłany SMS, nie kolejny post, ale obecność - ciepła, uważna, prawdziwa. I tego doświadczenia nie da się zastąpić telefonem. Problem w tym, że nasz mózg przez lata przyzwyczaił się do czegoś zupełnie innego. Do krótkich, intensywnych form, szybkiej dopaminy i nieustannego przełączania uwagi. Coraz trudniej przychodzi nam skupienie, spokojna rozmowa, czytanie długiej książki czy prosta praca bez użycia sztucznej inteligencji. Skala przebodźcowania, w której dziś funkcjonujemy, jeszcze dwie dekady temu była trudna do wyobrażenia - a my dopiero zaczynamy odczuwać jej konsekwencje.
O tym, jak się w tym wszystkim odnaleźć, dlaczego bycie offline staje się nie tylko przywilejem, ale wręcz koniecznością i co grozi dzieciom dorastającym bez cyfrowych granic, rozmawiam z Jowitą Michalską - znaną na Instagramie jako @jowita_digital - założycielką Digital University, podcasterką, ekspertką ds. transformacji cyfrowej i jednym z najbardziej wyrazistych głosów w Polsce na temat świadomego korzystania z technologii.
Aleksandra Michalik, ELLE.pl: Jeszcze dekadę temu bycie ciągle online i najszybszy internet były symbolem statusu. Dziś coraz częściej mówi się, że prawdziwym luksusem jest możliwość bycia offline. Co się zmieniło w naszej relacji z technologią?
Jowita Michalska: Z technologią jest tak jak z wieloma innymi rzeczami: najpierw pojawia się hype, wchodzimy w coś nowego, zachłystujemy się, chcemy ze wszystkiego skorzystać. Dopiero potem zaczynamy te rzeczy badać. Tak było choćby ze smartfonami. Tego, że ciągły dostęp do telefonu i internetu może negatywnie wpływać na dzieci - na ich rozwój emocjonalny, poczucie własnej wartości czy umiejętność budowania relacji - nie wiedzieliśmy od pierwszego dnia, gdy smartfony pojawiły się na rynku. Kiedyś wydawało się, że telefon to świetny prezent na komunię dla siedmiolatka. Dopiero po dekadzie intensywnego użytkowania zaczęliśmy dostrzegać symptomy w życiu, zaczęliśmy to badać i wyciągać wnioski.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby Instagram i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
Technologia jest szybsza niż regulacje, które przygotowujemy, ale też szybsza niż nasza wiedza o mechanizmach jej działania. Dziś treści są tak wszechogarniające, że żadna normalna osoba nie jest w stanie poradzić sobie z tym natłokiem – nawet jeśli śledzi tylko to, co mieści się w obszarze jej zainteresowań czy pracy. Ta nadprodukcja po prostu nas przerosła. Jesteśmy przebodźcowani, przemęczeni, przepracowani – i to nie tylko dzieci, ale wszyscy. Nawet osoby tak ekstrawertyczne jak ja, które potrafią wiele bodźców znosić jednocześnie, coraz wyraźniej odczuwają potrzebę spędzenia weekendu sam na sam z książką albo wyjścia do lasu. Ale jest tu jeszcze jeden, głębszy problem: staliśmy się towarem, o który walczy biznes technologiczny. A konkretniej - nasza uwaga stała się towarem. I ta walka dawno przestała być fair play – nie jest już czymś, nad czym możemy w łatwy, świadomy sposób panować. I właśnie tutaj widzę największe wyzwanie.
Wspominasz o walce o uwagę użytkownika. Wiele osób ma dziś poczucie, że technologia „pożera” ich uwagę. Czy ta walka to największy biznes XXI wieku?
Absolutnie tak. Im więcej czasu spędzasz w mediach społecznościowych, im więcej konsumujesz, tym firmy technologiczne lepiej zarabiają, bo mogą twoją uwagę lepiej i drożej sprzedać. Warto też pamiętać, że technologia rozwija się w bardzo nieoczywistych formułach. Zniknęło coś, co po angielsku nazywa się friction, a po polsku nazwałabym to po prostu barierą. Ta imersyjność technologii jest dziś niezwykle płynna. Mamy wszędzie rozpoznawanie twarzy, więc nie trzeba już nawet otwierać telefonu. On właściwie nigdy się nie zamyka. Wystarczy zerknąć i wszystko się odpala. Wszystko mamy w aplikacjach, wszystko na pół kliknięcia, nie trzeba pamiętać haseł. Bariera wejścia praktycznie nie istnieje.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby Instagram i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
Za to istnieją mechanizmy, które są barierą wyjścia. I to jest bardzo niebezpieczne, zwłaszcza dla młodych ludzi, choć nie tylko. Mam na myśli na przykład wszelkiego rodzaju AI companions - rozwiązania, które próbują adresować naszą samotność w sposób, który uważam za mocno kontrowersyjny. Tam bywają zaszyte mechanizmy utrudniające wyjście z relacji czy trwałe zamknięcie kontaktu. To jest dziś jedno ze źródeł mechanizmów uzależnieniowych. Do tego dochodzi fakt, że jako ludzkość przeszliśmy na bardzo krótkie, intensywne formy z szybką dopaminą. I to nam nie służy. Nie jesteśmy już w stanie obcować pięknie z książką. Nie umiemy obejrzeć znakomitego starego filmu, który jest po prostu wolniejszy. Nasz umysł ma trudność z analizowaniem długich wykładów wybitnych myślicieli, z przetwarzaniem i syntetyzowaniem wiedzy. To jest ogromny problem, bo oznacza zubożenie bardzo ważnych funkcji mózgu.
Czy bycie offline może stać się przywilejem - czymś, na co stać tylko tych, którzy mają kontrolę nad swoim czasem, pracą i finansami?
Widzę tu dwa wątki. Pierwszy jest taki, że technologiczny wellbeing to dziś absolutny must. Jeżeli chcesz panować nad swoim rozwojem, mieć inicjatywę, prowadzić wewnętrzny dialog, rozumieć siebie i swoje otoczenie, rozwijać się i robić dobrze sobie, to nie ma takiej możliwości, żeby w tym wszystkim nie było elementu dobrostanu technologicznego. Inaczej tych rzeczy po prostu nie osiągniesz. Nie da się nie limitować technologii i social mediów, a jednocześnie medytować i utrzymywać wysoki poziom dobrostanu. To są rzeczy, które biegną w różnych kierunkach. Dlatego nasza relacja z technologią powinna być racjonalna i oparta przede wszystkim na dobrostanie. To nie jest kwestia zasobności portfela – to kwestia świadomości.
Czasem rozmawiam z psychologami, którzy podważają badania dotyczące wpływu social mediów na dzieci. I mówię wtedy: „Czy naprawdę potrzebujesz badania, żeby zobaczyć, że jeśli siedzisz cztery godziny na scrollowaniu, to czujesz, że ci się gotuje mózg?” Wszyscy wiemy, jak się czujemy po całym dniu spędzonym w lesie, a jak po całym dniu w sieci. To jest zupełnie inne doświadczenie. Problem polega na tym, że tych sygnałów nie słuchamy, bo to nie jest wygodne i nie jest łatwe. Pozbawiliśmy technologię wszelkich barier wejścia. Wejście jest bardzo łatwe, wyjście bardzo trudne. Technologia została celowo zaprojektowana tak, żeby była stale pod ręką. Dlatego powinniśmy świadomie odbudowywać własne bariery.
Jak zatem budować bardziej świadomą i zdrowszą relację z technologią na co dzień?
Każdy smartfon oferuje dziś konkretne narzędzia, które pomagają odzyskać kontrolę. Warto wyłączyć rozpoznawanie twarzy i wrócić do wpisywania hasła. To z jednej strony ćwiczy mózg, bo trzeba te hasła pamiętać, a z drugiej tworzy chwilę refleksji: okej, właśnie wchodzę do technologii. Taka mikrobariera już działa. To samo z powiadomieniami - wyłączamy je wszędzie, gdzie się da, żeby technologia nie „wołała nas” co kilka minut, tylko żebyśmy my korzystali z niej na naszych warunkach. Są też inne rozwiązania: wchodzenie na social media z przeglądarki zamiast z aplikacji albo - co brzmi radykalnie - powrót do konceptu „family computer": jednego stacjonarnego komputera w domu, z którego korzysta cała rodzina. Relacja z technologią staje się wtedy mniej osobista, używamy go bardziej jak narzędzia. Sama korzystam intensywnie z LinkedIna i Instagrama zawodowo, ale próbuję publikować przede wszystkim z laptopa.
Interesujące rzeczy padały na wykładzie The Future Is Low Tech na South by Southwest – projektanci opowiadali, jak można tworzyć interfejsy celowo nieuzależniające, neutralniejsze. Np. czarno-biały ekran – bardzo trudno się do tego przyzwyczaić, ale ekran staje się znacznie mniej atrakcyjny dla mózgu. Bardzo ważne jest też „rozczłonkowanie” telefonu na kilka różnych urządzeń. Przez ostatnie dziesięć lat telefon stał się niezbędny, bo zastąpił mnóstwo rzeczy. Dlatego pierwsza rada brzmi: kup sobie budzik i wyrzuć telefon z sypialni. Telefon, komputer i telewizor nie powinny być w sypialni. To trudne, ale naprawdę ważne.
Jaką rolę odgrywają dziś AI i algorytmy w tym, jak konsumujemy treści, podejmujemy decyzje i organizujemy sobie codzienność?
AI i algorytmy bardzo mocno wpływają na nasze wybory, ale także na to, ile treści w ogóle produkujemy i konsumujemy. ChatGPT na przykład nadprodukuje treści - są ich ogromne ilości, są długie, rozbudowane i trzeba je przeczytać, uporządkować, przetrawić. To też zabiera nasz czas i uwagę. Dziś bardzo ważne staje się to, co nazywam ocenianiem własnego życia i pracy. W kontekście przywództwa mówi się o judgmental leadership - przywództwie opartym na ocenie i świadomym osądzie. I najważniejsze pytanie nie brzmi dziś: „którego AI mam użyć?”, ale: „czy to w ogóle jest coś, do czego powinnam używać sztucznej inteligencji?”. Podobnie z informacjami. Czy ja naprawdę muszę wiedzieć wszystko o życiu tej aktorki, skoro tylko mignęła mi w feedzie? Może chcę wiedzieć coś o Oscarach, ale niekoniecznie wszystkie szczegóły z życia wszystkich nominowanych. Pytanie brzmi: czy to jest wiedza, którą świadomie chcę posiadać, czy po prostu płynę z prądem i oglądam 25 rzecz na ten sam temat?
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby Instagram i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
To właśnie jest dziś kluczowe: samodzielnie ograniczanie się, odzyskiwanie sprawczości i nie oddawanie własnych decyzji ani algorytmom, ani chatbotom. AI nie jest żywym bytem, nie ma emocji, więc nie powinniśmy pytać go o nasze emocje. Nie pytajmy go, czy powinniśmy się rozwieść, czy partner nas kocha, czy o to, jak przeprowadzić trudną rozmowę z pracownikiem. Od tego są ludzie - specjaliści, bliscy, przyjaciele. Patrząc na statystyki, widać, że chatbotów używamy dziś często właśnie do pytań o życie. A on przecież nie żyje.
Coraz więcej mówi się o „cyfrowym detoksie”. To chwilowy trend lifestyle’owy czy raczej konieczna strategia przetrwania w świecie nadmiaru bodźców?
To jest konieczna strategia przetrwania. Ale na razie niestety pozostaje dość niszowa. Mam poczucie, że ten trend istnieje jeszcze głównie w magazynach i w bardziej wysublimowanych środowiskach. Wraca tu pytanie, czy offline jest dziś luksusem tylko dla zasobnych. Moim zdaniem nie chodzi przede wszystkim o pieniądze, tylko o świadomość. Jedni już ją mają, inni jeszcze nie. To trochę jak z odżywianiem. Można mieć dostęp do tej samej wiedzy, ale nie łączyć pewnych zachowań z ich konsekwencjami. Dokładnie tak samo jest z technologią. W wielu miejscach widać już, że ludzie zaczynają uważać siedzenie z telefonem przy stoliku w knajpie za coś passé. Ale jednocześnie są całe obszary świata, gdzie dzieci od najmłodszych lat dostają ekran jako podstawowe narzędzie zajęcia się sobą. I jeszcze dużo czasu upłynie, zanim to się zunifikuje - o ile w ogóle się uda. To jednak nie zwalnia nas z odpowiedzialności. Zwłaszcza wobec własnych dzieci.
Po czym poznać, że korzystanie z technologii zaczyna wymykać się nam spod kontroli?
Powiedziałabym tak: spośród wszystkich ludzi, których znam, może 1% nie powinien się martwić. Standardem jest dziś przebodźcowanie. Nie nazwałabym tego od razu uzależnieniem, raczej nadmiernym przyzwyczajeniem, które weszło nam w nawyk. Najprostszy test to wprowadzić sobie ograniczenie. Każdy smartfon ma dziś możliwość blokady czasu ekranowego. Ustawmy sobie limit - powiedzmy maksymalnie dwie godziny dziennie na social media. Jeżeli dużo oglądamy seriali albo siedzimy na platformach streamingowych, tam też możemy ustawić limit. I zobaczyć realnie, ile czasu nam to zabiera. Jeśli po wprowadzeniu limitu okazuje się nagle, że brakuje nam czasu, że jesteśmy rozdrażnieni, że chcemy go natychmiast przedłużać - to jest sygnał. Innym sygnałem jest to, że nie mamy już na nic czasu, a jednocześnie trudno nam powiedzieć, na co ten czas właściwie poszedł. Warto wtedy uczciwie usiąść z kartką i długopisem i rozpisać sobie, ile czasu schodzi nam na konkretne rzeczy. Dopiero wtedy widać skalę.
Często zwracasz uwagę na negatywny wpływ social mediów i ekranów na dzieci. Co dziś jest najbardziej niepokojące w świecie cyfrowym, w którym dorastają najmłodsi?
Najbardziej niepokojący jest brak świadomości dorosłych. Rodzice często nie wiedzą, ile czasu dziecko spędza w sieci, gdzie ten czas spędza i z czym ma tam kontakt. Są jednak dwie warstwy tego problemu. Pierwsza - nazwijmy ją „łagodniejszą" - to po prostu zbyt długi czas przed ekranem: TikTok do piątej rano, niemożność skupienia się, szukanie skrótu do diagnozy ADHD, żeby dostać leki na skupienie przed maturą. To zjawisko, które słyszę od wielu rodziców dzieci w klasach maturalnych, jest niepokojąco powszechne.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby Instagram i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
Ale jest też druga warstwa, znacznie poważniejsza. To nie jest darknet - to normalny internet. OnlyFans dostępny bez weryfikacji wieku, anonimowe relacje z dorosłymi, treści pronarkotykowe, treści samobójcze. Są organizacje pozarządowe, które śledzą tego typu zjawiska i alarmują rodziców, że np. ich czternastoletnia córka utrzymuje relację ze starszym mężczyzną, wysyła mu zdjęcia, dostaje za to pieniądze. Rodzice często nie mają o tym pojęcia. Z kolei badania fundacji Dbam o Mój Zasięg przeprowadzone przez Macieja Dębskiego i jego zespół pokazują, że treści o tematyce suicydalnej trafiają do około 30% młodych ludzi, którzy ich nie szukają. Odsetek ten gwałtownie rośnie między szóstą klasą szkoły podstawowej a trzecią klasą liceum.
Do tego dochodzi brak podstawowej wiedzy o kontroli rodzicielskiej. Dosłownie kilka dni temu jedna matka napisała mi, że zaproponowała na zebraniu szkolnym, żeby wszyscy rodzice wprowadzili blokady na telefonach dzieci. W grupie dwudziestu osób nikt nie wiedział, jak to zrobić. To są naprawdę hardkorowe rzeczy. Dziś po prostu nie można być rodzicem nieświadomym. Rozumiemy, że alkohol, papierosy i narkotyki są szkodliwe. Musimy równie dobrze rozumieć, że technologia może dawać dużo dobrego, ale też dużo złego.
Jak rodzice mogą budować zdrową relację dzieci z technologią, skoro sami często są od niej uzależnieni?
Najpierw trzeba założyć maskę sobie, a dopiero potem dziecku. To działa dokładnie tak samo jak w samolocie. Najpierw trzeba zobaczyć, jak wygląda nasz własny poziom uzależnienia. Ile czasu spędzamy w telefonie, przy serialach, na scrollingu. Czy naprawdę nie mamy na nic czasu, czy po prostu ten czas nam gdzieś ucieka? Dzieci patrzą na nas. Jeśli uczymy je, że telefon przy stole jest niewłaściwy, a sami przy stole scrollujemy, to nic z tego nie będzie. Sama usłyszałam od mojej córki: „Jeśli zakładasz blokadę mnie, załóż też sobie”. I miała rację. Wprowadziłyśmy tę zasadę dla nas obu.
Dziecko potrzebuje rozwijać zdolności manualne, wyobraźnię, relacje. Oczywiście, jeśli lecimy samolotem albo jesteśmy w długiej podróży, pokazanie bajki przez godzinę nie jest problemem. Ale warto pytać: czy to musi być ekran? Może lepiej słuchowisko? Może książka do słuchania? Może wspólne śpiewanie? Kiedy moja córka była mała, bardzo szybko zauważyłam, że przy dłuższej podróży potrafiła siedzieć zahipnotyzowana ekranem przez wiele godzin. Szukałam alternatywy i zzaczęłam puszczać jej słuchowiska. To było cudowne: budowało wyobraźnię, słuchałyśmy razem, śpiewałyśmy razem, a kiedy była zmęczona, po prostu naturalnie zasypiała. To samo dotyczy jedzenia. Jeśli dziecko je tylko z ekranem, trzeba zadać sobie pytanie: jak jadły dzieci dwadzieścia lat temu? Wiadomo, że rodzice są zmęczeni i czasem potrzebują chwili dla siebie. Rozumiem to. Ale pytanie brzmi: jaki jest koszt tej chwili i czy mamy świadomość tego kosztu?
Prowadzisz Digital University i przygotowujesz ludzi do pracy w świecie AI. Czy w przyszłości największą przewagą człowieka mogą być rzeczy bardzo „analogowe”: skupienie, empatia, uważność?
Absolutnie tak. I to widać już dziś. Z jednej strony słyszymy głosy, takie jak Elon Musk czy Jensen Huang, którzy nawołują: tylko kompetencje matematyczne, tylko nauki ścisłe. Ale z drugiej strony popatrzmy, kto zarządza największymi firmami w Dolinie Krzemowej. Statystycznie ponad połowa z nich nie ma wykształcenia technicznego. Ja też go nie mam. To, co nas definiuje, to ciekawość, kreatywność niealgorytmiczna, umiejętność zarządzania sobą, refleksja, odporność psychiczna. A przede wszystkim – umiejętność radzenia sobie z rzeczywistością i z samym sobą w tej rzeczywistości. Świat, w którym trzeba się stale przekwalifikowywać, jest dla wielu ludzi przerażający. Zwłaszcza jeśli są już przebodźcowani, zalęknieni, mają trudności w relacjach i czują, że ich życie polega głównie na konsumowaniu, a nie sprawczości. Dlatego to, czy ktoś nauczy się korzystać z AI, nie jest dziś najważniejsze. To można zrobić dość szybko. Ważniejsze jest to, czy człowiek będzie umiał zachować siebie.
Trzeba też patrzeć na talenty. Matematyki można się nauczyć na poziomie podstawowym, trzeba ją rozumieć, trzeba ćwiczyć analityczne myślenie. Ale talent do bycia matematykiem, fizykiem czy inżynierem to coś innego. I tak samo jest z talentem do bycia psychologiem, socjologiem, artystą. Jeżeli dziecko ma talent artystyczny, pchajmy je w artystyczne rzeczy. One nie znikną. To, co ludzkie, twórcze i głęboko osadzone w doświadczeniu, zostanie z nami.
Firmy coraz chętniej mówią o wellbeingu pracowników. Ale czy są gotowe realnie chronić ich czas offline – nawet jeśli miałoby to oznaczać mniejszą dyspozycyjność?
Myślę, że będą działały tu dwa przeciwstawne trendy. Z jednej strony firmy będą szły w kierunku ekonomizacji, automatyzacji, ograniczania zatrudnienia, zastępowania części pracowników technologią. To już się dzieje i jeszcze będzie się działo. Z drugiej strony rośnie świadomość, że pracownik, który nie jest przebodźcowany, jest bardziej inteligentny, bardziej rozumny, mniej wypalony i po prostu lepiej funkcjonuje. Dobrostan powinien się mieścić w obszarze HR-u i pracy, bez dwóch zdań. Więc tak - wierzę, że firmy zaczną to rozumieć coraz lepiej. Ale jednocześnie przez jakiś czas oba te trendy będą działały równolegle.
Gdybyś miała dać jedną radę osobom, które czują się przytłoczone światem online - od czego powinny zacząć?
Kup sobie piękny zeszyt, długopis i zacznij prowadzić ze sobą dialog. Journaling ma tysiące zalet, ale nie chodzi tylko o technikę – chodzi o to, żeby zacząć słyszeć własne myśli poza ekranem. Żeby zobaczyć, co czujesz, czego chcesz, ile czasu i na co Ci schodzi. I bądź dla siebie łagodny/łagodna. Działaj sukcesywnie, systematycznie, ale łagodnie. Są momenty, kiedy sama odpuszczam swoje rytuały, bo jestem zmęczona, przebodźcowana, bo mi się nie chce. Ale potem przychodzi moment, kiedy wracam do zeszytu, do pisania, do afirmacji, do porządkowania sobie rzeczy w głowie. Te wszystkie narzędzia działają, tylko trzeba je stosować regularnie. I bez biczowania się. Czasem coś nam nie wyjdzie, czasem odpuścimy, ale ważne, żeby do tego wracać.
Uważam, że jedną z najważniejszych kompetencji przyszłości jest designer mindset - przekonanie, że jestem odpowiedzialna za siebie, że jestem kowalem własnego losu, że mogę projektować swoje życie. Z łagodnością, ale też z konsekwencją.
Czy masz swoje rytuały cyfrowego detoksu? Czy da się go zachować w Twojej codziennej pracy?
Jest trudniej, bo jestem mocno związana z tą branżą, ale jestem też bardzo świadoma. I właśnie ta świadomość pomaga. Mam żelazną zasadę: dwie godziny dziennie na social media i praktycznie nigdy tego nie przekraczam. Czasem dorzucę dziesięć minut, jeśli kończę ważny post, ale to wszystko. Nie śpię z telefonem. To też było dla mnie trudne, bo zasypiałam kiedyś przy relaksacyjnej muzyce albo podcaście. Ale zrezygnowałam z tego. Kupiłam sobie zwykły odtwarzacz CD i mp3. Okazało się, że w internecie można znaleźć mnóstwo prostych sprzętów: budzik, aparat cyfrowy, odtwarzacz - rzeczy, które nie są podłączone do internetu. To też jest pewnego rodzaju przyjemność: szukanie takich analogowych rozwiązań, odkrywanie starych płyt CD.
Staram się nie dokumentować swojego życia w całości. Gdy wyjeżdżam – wyłączam się. Trzymam się contentu merytorycznego, nie jestem influencerką lifestylową, więc ta granica jest dla mnie łatwiejsza do utrzymania. Czytam książki, choć gdy jestem przebodźcowana, trudno mi się skupić i muszę się do tego zmuszać. Ale zawsze wracam. Bo to jest ciągła praca nad sobą – z technologią albo bez niej.

