Zniknął z Netflixa, wskoczył na HBO. Ten wybornie aktorsko film krytycy oceniają 96/100
Jeśli odkładałeś „Czarne bractwo” na później, to właśnie straciłeś ostatnią wymówkę. Film co prawda zniknął z Netflixa, ale trafił na HBO Max - a jego 96/100 od krytyków tylko potwierdza, że to seans, który trzeba nadrobić.

Produkcja Spike’a Lee, oparta jest na faktach z końcówki lat 70. w USA. W centrum tej historii stoją Ron Stallworth, pierwszy czarnoskóry detektyw w Colorado Springs, i Flip Zimmerman, biały policjant żydowskiego pochodzenia, który pomaga mu w ryzykownej infiltracji Ku Klux Klanu.
Operacja, która brzmi niewiarygodnie, a wydarzyła się naprawdę

W tej opowieści napięcie nie wynika z pościgów, tylko z detali: telefonu, głosu, tonu rozmowy i perfekcyjnie utrzymanej przykrywki. Stallworth, jako czarnoskóry funkcjonariusz, nie mógł pojawić się na spotkaniach organizacji, do której próbował się zbliżyć. Dlatego „w terenie” jego rolę przejmował Zimmerman. Dwóch policjantów o innym pochodzeniu musiało funkcjonować jak jedna osoba, w miejscu, gdzie najmniejsza rysa w legendzie oznaczała kłopoty.
Ważnym elementem śledztwa jest wątek kontaktu Stallwortha z Davidem Dukiem, ówczesnym Grand Wizardem KKK. Film pokazuje, jak organizacja próbowała „ugrzecznić” swój wizerunek i przesunąć się w stronę politycznego mainstreamu. To właśnie ten dysonans najbardziej niepokoi: przemocowa ideologia, która zamiast krzyczeć, potrafi mówić gładko, spokojnie - i dalej działa tylko, że w białych rękawiczkach.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby YouTube i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
Spike Lee miesza komizm z grozą i nie pozwala odwrócić wzroku

„BlacKkKlansman” (pol. „Czarne bractwo”) z 2018 roku jest kinem głośnym, ale nie hałaśliwym: potrafi jednocześnie uwodzić rytmem, energią scen i czarnym humorem, a chwilę później zostawić z ciężarem, od którego trudno uciec. Ten kontrast nie jest ozdobą. Reżyser Spike Lee wykorzystuje go, by obnażyć absurd rasistowskiej ideologii, a jednocześnie przypomnieć, że jej konsekwencje nie są ani abstrakcyjne, ani odległe.
Film bywa opisywany jako manifest przeciw rasizmowi i krytyka amerykańskiego systemu sprawiedliwości. W tle stale pulsuje napięcie relacji między policją a Afroamerykanami: formalna władza, codzienna podejrzliwość, niepewność miejsca w strukturach, które mają chronić. Lee nie ucieka też od współczesnych skojarzeń, bo opowiadając o przeszłości, pokazuje mechanizmy, które potrafią odradzać się w nowych dekoracjach.
Na ekranie szczególnie wybrzmiewa duet aktorski: John David Washington jako Stallworth oraz Adam Driver jako Zimmerman. Ich role są prowadzone precyzyjnie, bez efektownych skrótów, dzięki czemu historia trzyma emocjonalny balans między determinacją a ryzykiem, między zimną policyjną kalkulacją a osobistą stawką.
„Czarne bractwo” dostępne na HBO Max

Z perspektywy widza to jeden z tych tytułów, które zostają w głowie nie tylko jako sprawnie opowiedziany dramat kryminalny, lecz także jako film o społecznym rezonansie. Liczby pokazują, jak mocno „Czarne bractwo” przebiło się do szerokiej publiczności: w USA zarobił 48,6 mln dolarów, a jego odbiór był wyjątkowo dobry także w agregatorach opinii. Rotten Tomatoes notował 96% w Tomatometer i 83% w ocenie widzów (Popcornmeter).
Film miał swoją premierę kinową w USA 10 sierpnia 2018 roku, później tytuł trafił na platformy cyfrowe (od 23 października 2018), a 25 stycznia 2019 doczekał się reedycji kinowej. Dziś jednak najważniejsza jest prosta informacja dla wszystkich, którzy lubią mieć kontrolę nad własnym repertuarem: „Czarne bractwo” jest dostępne na HBO Max.
Jeśli ten film miał być seansem na wieczór w tygodniu albo na weekend z ambitniejszym kinem, lepiej nie odkładać go na później. Bo co jeśli znów zniknie?

