Widzowie czekali na ten powrót 4 lata. Jeden z największych hitów HBO Max od dzisiaj w streamingu. To początek końca?
Fani czekali naprawdę długo, ale w końcu się doczekali. Od dzisiaj widzowie HBO Max mogą zobaczyć początek 3. sezonu „Euforii”. Jednak zamiast entuzjazmu pojawia się coraz więcej znaków zapytania.

Uwaga: artykuł zawiera spoilery.
To ważny moment dla całej produkcji, bo poprzednia odsłona zadebiutowała jeszcze w 2022 roku, więc przerwa między sezonami była wyjątkowo długa. Powrót jednego z największych hitów platformy miał być wielkim wydarzeniem – tymczasem pierwsze reakcje sugerują, że nowa seria może podzielić widzów.
Dotychczas serial należał do najmocniejszych tytułów HBO Max i przez lata uchodził za jeden z pewniaków platformy. Dwa pierwsze sezony zbierały solidne recenzje i cieszyły się dużym uznaniem krytyków, ale przy 3. sezonie nastroje są wyraźnie chłodniejsze. To może być sygnał, że twórcy mają problem z utrzymaniem poziomu, do którego przyzwyczaili odbiorców. Tym bardziej że od miesięcy pojawiają się spekulacje, iż nowa odsłona może być zarazem początkiem końca całej historii.
„Euforia” po czterech latach przerwy
To, że „Euforia” wydaje się dziś zupełnie innym serialem, nie powinno nikogo zaskakiwać. Kiedyś dało się ją jeszcze względnie trafnie nazwać opowieścią o licealistach. Dziś surrealistyczny, często duszny portret nastoletniego życia w Los Angeles wymyka się prostym kategoriom, bo jego bohaterowie wpadli już w zakręt dorosłości i pędzą dalej bez trzymanki.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby YouTube i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
Od finału drugiego sezonu, wyemitowanego w lutym 2022 roku, minęły cztery lata. W tym czasie wydarzyło się naprawdę wiele – także rzeczy tragicznych. Zmarły trzy osoby związane z serialem: Angus Cloud, odtwórca roli Fezco, który w 2023 roku przedawkował narkotyki; producent Kevin Turen, który również odszedł nagle w 2023 roku na zawał; oraz Eric Dane, zmarły w lutym z powodu niewydolności oddechowej wywołanej ALS. Na końcu odcinka twórcy oddali im hołd planszą dedykacyjną. „Euforia” w 2026 roku nie miała wyjścia – musiała się zmienić, musiała wyglądać inaczej.
Auto na granicy jako metafora całego serialu
Już na początku pierwszego odcinka długo wyczekiwanego trzeciego sezonu „Euforii” pojawia się scena, która – być może nieintencjonalnie – staje się idealną metaforą tego, czym dziś jest ten serial. Rue (Zendaya), kilka lat po ukończeniu liceum, przewozi fentanyl przez granicę z Meksykiem, próbując spłacić gigantyczny dług wobec narkotykowej bosski Laurie (Martha Kelly). W pewnym momencie usiłuje przedostać się samochodem przez mur graniczny i wrócić do Stanów Zjednoczonych. Udaje jej się rozpędzić auto po dwóch rampach przygotowanych przez przekupionego strażnika. Problem w tym, że samochód zatrzymuje się dokładnie na szczycie muru i zaczyna niebezpiecznie się chwiać. Rue musi wydostać się z pojazdu i ostrożnie zsunąć z powrotem na amerykańską stronę.

„Chwianie się nad przepaścią” to zresztą najlepszy opis tego, co robi dziś sama „Euforia” – przynajmniej w tym pierwszym odcinku trzeciego, a być może ostatniego sezonu. Życie absolwentów East Highland High School jest niestabilne, zwłaszcza życie Rue, która próbuje skorygować kurs i zwraca się ku chrześcijaństwu, ale wciąż nie potrafi zjechać z drogi prowadzącej prosto do samozagłady. Serial także chwieje się twórczo. Sam Levinson, autor scenariusza i reżyser premiery, ambitnie próbuje nadrobić zaległości i opowiedzieć, co dzieje się z niemal nieporęcznie dużą liczbą bohaterów, z których każdy żyje dziś w zupełnie innej rzeczywistości. Problem w tym, że te zmiany tonów nie zawsze do siebie pasują. W najlepszych momentach ten odcinek jest napięty, szorstki i zaskakujący – zwłaszcza wtedy, gdy skupia się na Rue. W najgorszych zmusza nas do oglądania tego, co dzieje się z Cassie i Nate’em, którzy sprawiają wrażenie, jakby istnieli nie tylko w innej rzeczywistości, ale wręcz na innej planecie.
Nowa „Euforia” przypomina western?
A dziś wygląda przede wszystkim jak western. I, jak Levinson powiedział „New York Timesowi”, jest to całkowicie zamierzone. Praca Rue jako kurierki narkotykowej regularnie prowadzi ją przez zakurzone krajobrazy Meksyku i Teksasu. Na chwilę znajduje schronienie na farmie należącej do Millerów – skrajnie konserwatywnej chrześcijańskiej rodziny. Ale westernowy klimat budują tu także inne elementy. Levinson rozszerzył format obrazu do proporcji 2.20:1 – dokładnie takich, jakich używano w wielu klasycznych filmach tego gatunku. Na ścieżce dźwiękowej pojawia się Waylon Jennings. Konfrontacja Rue z właścicielem strip clubu – mężczyzną o znaczącym, niemal symbolicznym nazwisku Alamo Brown (Adewale Akinnuoye-Agbaje, tak, ten sam, który grał Mr. Eko w „Lost”) – kończy się sceną z postrzeleniem jabłka nad jej głową, co przywołuje skojarzenia ze spaghetti westernem.
Z kolei obrzydliwa sekwencja, w której Rue połyka absurdalną liczbę baloników z narkotykami, przywołuje słynną scenę „Nikt nie zje pięćdziesięciu jajek” z „Nieugiętego Luke’a”. To technicznie nie jest western, ale w centrum także stoi buntownik idący pod prąd systemowi, czyli – w pewnym sensie – kowboj. A gdyby ktoś się zastanawiał, jak szybko podczas premiery „Euforii” może poczuć mdłości, odpowiedź brzmi: po 14 minutach.
Rue jako antybohaterka Dzikiego Zachodu
Sama Rue – bezmyślna, bezprawna, rzucająca się w wir ryzyka – też jest jakimś rodzajem kowboja. A może raczej jak Caine z „Kung Fu”, który po prostu wędruje przez świat. Chociaż w tej wersji świata dorabia też jako kierowczyni Ubera, bo nawet duchowy nomada musi dziś mieć side hustle.
Tak czy inaczej, Levinson wyraźnie chce pokazać, że nawet w miejskim Los Angeles wszystko zaczyna przypominać Dziki Zachód: zasady nieustannie się przesuwają, o ile w ogóle jeszcze istnieją, a ludzie próbują zagarnąć tyle, ile się da, póki jeszcze mogą. „To miasto się rozpada” – mówi Rue jeden z pasażerów Ubera, kiedy wiezie go przez Los Angeles. „Ktoś musi coś zrobić z tą przestępczością”. W najzabawniejszym momencie odcinka kamera odjeżdża, ujawniając, że mężczyzna jest przebrany za Batmana.
Co słychać u Maddy i Lexi?
Tymczasem Maddy (Alexa Demie) pracuje jako asystentka menedżerki i pomaga aktorom oraz influencerom budować ich marki. Haruje bez przerwy, a pieniędzy i tak z tego niewiele. Lexi (Maude Apatow), co akurat nikogo nie dziwi, pracuje na planie serialu pod okiem wpływowej showrunnerki granej przez Sharon Stone.
Nocna opera mydlana „L.A. Nights”, którą nadzoruje Patricia Lance, bardziej przypomina „Melrose Place” niż cokolwiek, co dziś można zobaczyć w streamingu czy telewizji. Pokój scenarzystów – pełen ostentacyjnie progresywnych, palcami strzelających autorów – wygląda jak koszmar senny wyznawcy MAGA. Levinson najwyraźniej celuje tu w satyrę na Hollywood, choć nie jestem jeszcze przekonana, czy niedzielne wieczory HBO potrzebują aż dwóch seriali rozgrywających się na tym polu. Trzeci sezon „The Comeback” robi to już bardzo skutecznie, nie wspominając nawet o „Hacks” czy „The Studio” od Apple TV+. Wszystko wskazuje też na to, że Lexi w końcu wpisze własne życie do fabuły „L.A. Nights”, co – miejmy nadzieję – doprowadzi do powstania „Our Life: The Series”.
Jules, Fezco i bohaterowie poza kadrem
Nawet bohaterowie, o których tylko się mówi, ale których nie widzimy na ekranie, zdają się po drodze gubić moralność, godność albo jedno i drugie. Z rozmowy z Maddy dowiadujemy się, że Jules pracuje jako sugar baby. Fezco wciąż żyje, ale siedzi w więzieniu i tęskni za Lexi, która nie ma nawet ochoty do niego zadzwonić.
A potem są jeszcze Nate (Jacob Elordi) i Cassie (Sydney Sweeney), przy których naprawdę trudno powstrzymać się od pytania: przepraszam, ale co tu się właściwie dzieje?
Cassie i Nate są dziś w zupełnie innym serialu
Według wspomnianego artykułu w „New York Timesie”, Sweeney przed rozpoczęciem sezonu 3 powiedziała Levinsonowi: „Zrób mi tylko jedną przysługę: dopilnuj, żeby Cassie była szalona”. Cóż, misja została wykonana z nawiązką. W trzecim sezonie Cassie kompletnie odpłynęła – i to w sposób, który nie do końca współgra z tym, kim była wcześniej.
W czymś, co ewidentnie brzmi jak meta-komentarz do medialnej obsesji na punkcie ciała Sweeney, a także jej rzekomo konserwatywnych poglądów, Cassie żyje dziś – jak mówi Rue – w „prawicowej podmiejskiej bańce, udając boginię na TikToku”. Kiedy widzimy ją po raz pierwszy, jest przebrana za seksownego szczeniaczka, chodzi na czworakach, z otwartymi ustami i wywieszonym językiem, wszystko po to, by podbić swoje zasięgi w mediach społecznościowych.
Ona i Nate, którzy właśnie planują ślub, mieszkają w absurdalnie wielkiej posiadłości typu McMansion, urządzonej tak, jakby nikt nie zmieniał tam wystroju od 2001 roku. Czy odziedziczyli ten dom? A może specjalnie urządzili go właśnie w ten sposób? Czy to tylko ostentacyjny sposób Levinsona na pokazanie, że Cassie i Nate desperacko próbują odgrywać wersję sukcesu, jaką sprzedało im społeczeństwo?
Ślub, OnlyFans i amerykański kult pieniędzy
Nate przejął firmę budowlaną, którą wcześniej prowadził jego ojciec Cal (Eric Dane), zapewne nadal przebywający w więzieniu. Jest śmiertelnie zestresowany inwestycją mieszkaniową dla seniorów. „Jeden boomer umiera co 15 sekund” – mówi potencjalnemu inwestorowi. „Przyspiesz o dziesięć lat i dostaniesz falę śmierci na gigantyczną skalę”. Ach tak – nic nie rozpala prawdziwego amerykańskiego kapitalisty bardziej niż wizja dochodowej fali zgonów.
Krótko mówiąc: Cassie i Nate – który, nawiasem mówiąc, jeździ Cybertruckiem, a to odkrycie niemal sprawiło, że prysnęło mi chardonnay nosem – są po prostu koszmarni. Jasne, można powiedzieć, że zawsze tacy byli: skupieni na sobie, gotowi stawiać własne potrzeby ponad wszystkich innych. Ale dwa pierwsze sezony traktowały ich z pewnym wyczuciem. Pokazywały ich słabości, emocjonalne pęknięcia i okoliczności, które uczyniły z nich ludzi zamkniętych, egoistycznych, czasem wręcz okrutnych.

Tymczasem premiera trzeciego sezonu sprowadza ich do ledwie naszkicowanych karykatur, na których Levinson zawiesza rozmaite społeczne obsesje – choćby amerykańskie uwielbienie dla pieniędzy. Cassie postanawia założyć OnlyFans, żeby zarobić na kwiaty ślubne za 50 tysięcy dolarów. „Nie czekałam całe życie na weselę z getta” – mówi z pełną powagą podczas kolacji w otoczeniu mniej więcej 97 zapalonych świec. Cassie może i oszalała, ale jest tu też małostkowa i głupia – a wcześniej nie wydawała mi się ani jednym, ani drugim. Przynajmniej nie przez cały czas.
Problem z przemianą Nate’a
Podobnie średnio przekonuje mnie pomysł, że Nate tak wyraźnie staje się swoim ojcem. W drugim sezonie oddał Cala w ręce policji – czy naprawdę nie robiłby wszystkiego, by nie skończyć dokładnie tą samą drogą? A może Levinson próbuje zasugerować, że powtórzenie tego wzorca było nieuniknione?
Tak czy inaczej, oboje są po prostu zbyt młodzi, by wiarygodnie funkcjonować w tej groteskowej wersji dorosłości, co tylko pogłębia wrażenie sztuczności. Na tym etapie Cassie i Nate nie żyją już nawet w „prawicowej podmiejskiej bańce”. Oni są po prostu w zupełnie innym serialu niż reszta bohaterów „Euforii”.
Levinson prowadzi Rue w stronę odkupienia
Pośród całego tego dziwactwa widać jednak, że Levinson próbuje zmierzać ku odkupieniu – zwłaszcza w przypadku Rue. Po wizycie na farmie Millerów często o nich myśli i wraca do obrazu ich pozornie idyllicznego życia poza systemem. Nie mają dostępu do internetu. Czy można w ogóle wyobrazić sobie taki luksus?
Rue zaczyna zastanawiać się, czy nie powinna zwrócić się ku religii. „Nie będę przyjaźnić się z chrześcijanką” – mówi Lexi, kiedy Rue opowiada jej o Millerach. „Dlaczego?” – pyta Rue. „Bo są oceniający” – odpowiada Lexi. To mimowolnie ironiczna kwestia, która równie dobrze mogłaby paść z ust Hannah Horvath – i traktuję to jako komplement.
Wiara czy desperacka potrzeba zmiany?
Dziwi mnie jednak, że w scenie retrospekcji z Alim (Colman Domingo, jak zwykle znakomity w swoich kameralnych dialogach z Zendayą) Rue z takim zapałem atakuje wszystkie fragmenty Biblii, które stoją w sprzeczności z jej wartościami, a jednocześnie w teraźniejszej osi fabularnej ani razu nie komentuje tego, że ci „wspaniali” chrześcijańscy Millerowie są wyraźnie uprzedzeni wobec Meksykanów. Czy jako kobiety kolorowej naprawdę by jej to nie poruszyło?
Nie jestem też przekonana, że Rue na tym etapie naprawdę wierzy w Boga. Bardziej niż duchowego przebudzenia pragnie chyba osobistej przemiany, której nie potrafi osiągnąć samodzielnie. „Na tym polega piękno kraju, który nazywamy Ameryką” – mówi jej Alamo, wywołując w jej zwykle zamglonych od narkotyków oczach coś na kształt nadziei. „Każdy może wymyślić siebie na nowo”.
Czy Rue da się jeszcze uratować?
Później Rue tłumaczy Alamo, że właśnie w tym momencie zaczęła się zastanawiać, czy to sam Bóg nie zaprowadził jej do tego burdelu i do tego mężczyzny, który z dumą oznajmia, że jest „w biznesie cipki” – co z niewiadomych przyczyn brzmi dla Rue zaskakująco kusząco, zapewne dlatego, że desperacko szuka jakiejkolwiek drogi ucieczki od życia sprowadzonego do połykania narkotyków i odrabiania długu wobec Laurie.
Tyle że nie jest wcale jasne, czy ludzie z otoczenia Alamo mają ochotę wpuścić ją do tego swojego „biznesu” – zwłaszcza Bishop (Darrell Britt-Gibson), który od pierwszej chwili patrzy na nią z podejrzliwością. A jeśli to naprawdę Bóg ją tu przyprowadził, nie jestem pewna, czy po to, żeby mogła zacząć wszystko od nowa.
Bo nawet jeśli taka szansa istnieje, czy Rue w ogóle jest jeszcze zdolna do prawdziwej przemiany? Czy nie zagubiła się już za bardzo? Na razie – jak ten samochód zawieszony na szczycie muru granicznego – jej próba wynalezienia siebie na nowo, a może nawet odkupienia, może równie dobrze skończyć się w jedną, jak i w drugą stronę.
Artykuł ukazał się w oryginale na ELLE.com

