Reklama

Wyobraźcie sobie, że tworzycie coś, co pokochał cały świat. Wasze obrazy wiszą w każdym domu, ich reprodukcje sprzedają się w milionach, a krytycy, choć kręcą nosem, nie mogą zaprzeczyć waszemu fenomenowi. A teraz wyobraźcie sobie, że cały splendor i wszystkie pieniądze spływają na waszego męża, który każe wam malować w zamknięciu, w oparach terpentyny, bo „sztuka kobiet się nie sprzedaje”. O tym właśnie jest film "Wielkie oczy" w reżyserii Tima Burtona.

Kłamstwo o wielkich oczach

To nie jest scenariusz filmowy, ale prawdziwa, historia Margaret Keane, malarki stojącej za ikonicznymi portretami dzieci o wielkich, smutnych oczach. Jej mąż, Walter, okazał się nie tyle artystą, co demonicznym geniuszem marketingu i manipulacji. Przez lata żył w blasku fleszy jako autor jej dzieł, podczas gdy ona była duchem we własnym domu.

Burton, jakiego nie znacie (OPINIA)

Tę historię opowiedział Tim Burton. Zapomnijcie jednak o gotyckim mroku i dziwacznych stworach. Reżyser schował do kieszeni swoje ulubione rekwizyty i stworzył film subtelny, skąpany w pastelowych kolorach lat 60., w którym największym potworem jest uśmiechnięty, czarujący mężczyzna. To jego najbardziej ludzki i być może, najbardziej przerażający obraz. To nie tyle biografia, co mistrzowski portret psychologiczny gaslightingu. Ten film zostaje pod skórą, bo jest czymś znacznie więcej niż opowieścią o sztuce. To inspirująca, ważna i zrobiona z ogromną klasą historia o odzyskiwaniu własnej tożsamości.

Elle newsletter
elle.pl

Amy Adams i Christoph Waltz

Cała ta iluzja nie udałaby się bez aktorów, którzy wznieśli tę opowieść na wyżyny. Amy Adams jest absolutnie rozdzierająca jako powoli budząca się z letargu artystka. Christoph Waltz z kolei jest tak diabolicznie przekonujący w roli oprawcy.

Film wkrótce znika z katalogu TVP VOD.

Reklama
Reklama
Reklama
Loading...