Reklama

W domu letniskowym nad fiordem zostają znalezione ciała dwóch nastolatek - Evy i Heddy. Obie należały do bliskiego kręgu zaginionego przed laty syna Kari Voss. To, co miało być lokalną tragedią, szybko zamienia się w sprawę znacznie bardziej niepokojącą. „Ici” otwiera nowy cykl kryminalny osadzony w norweskich fiordach, ale od pierwszych stron nie sprzedaje czytelnikowi malowniczej Skandynawii. Tu krajobraz nie łagodzi napięcia, tylko je wzmacnia. Im piękniejsze otoczenie, tym mocniej wybrzmiewa brutalność zbrodni.

O czym jest kryminał „Ici”?

Punktem wyjścia jest podwójne zabójstwo, jednak autorzy bardzo szybko pokazują, że nie chodzi tylko o ustalenie, kto zabił. Eva i Hedda nie są przypadkowymi ofiarami, a ich śmierć uruchamia sprawy, które od dawna nie dawały spokoju Kari Voss. To właśnie ona staje się centralną postacią tej historii. Kari współpracuje z policją w Oslo jako ekspertka od zachowań i analizy mowy ciała. Potrafi wychwycić to, czego nie ma w protokołach: zawahanie, fałszywy spokój, gest wykonany o sekundę za wcześnie. W tym śledztwie zawodowe doświadczenie miesza się jednak z czymś dużo bardziej osobistym. Siedem lat wcześniej bez śladu zniknął jej syn, a sprawa nigdy nie została wyjaśniona. Kiedy giną dziewczyny, które go znały, dawna rana otwiera się na nowo.

ici1
mat. prasowe

W klasycznym kryminale przyznanie się podejrzanego mogłoby oznaczać początek końca. W „Ici” jest dokładnie odwrotnie. Głównym podejrzany niespodziewanie bierze winę na siebie. Z pozoru wszystko zaczyna układać się w logiczną całość, a śledztwo mogłoby zmierzać do szybkiego finału. Problem w tym, że Kari nie wierzy w tę prostą wersję wydarzeń. Jako ekspertka od mowy ciała widzi zbyt wiele nieścisłości, by uznać sprawę za zamkniętą. I właśnie tutaj ten kryminał zaczyna działać najmocniej - nie wtedy, gdy pojawia się trup, ale wtedy, gdy okazuje się, że prawda wcale nie chce współpracować z oficjalną narracją.

„Ici” - kryminał inny niż wszystkie

Najciekawsze w „Ici” jest to, że autorzy nie opierają całej konstrukcji wyłącznie na pytaniu „kto zabił?”. Równie istotne staje się to, kto kłamie, czego nie mówi i dlaczego tak bardzo zależy mu na podtrzymaniu określonej wersji wydarzeń. Mowa ciała nie jest tu efektownym dodatkiem, ale realnym narzędziem śledczym. To ona pozwala rozszczelnić pozornie spójną historię. Dzięki temu „Ici” ma tempo dobrego kryminału, ale unika oczywistości. Zamiast prostych zwrotów akcji dostajemy narastające poczucie, że pod powierzchnią tej sprawy kryje się coś więcej: stary sekret, przemilczana trauma albo układ, który miał nigdy nie wyjść na jaw.

Jednym z najmocniejszych elementów książki jest także sceneria. Norweskie fiordy nie są tu dekoracją ani turystycznym wabikiem. Stają się pełnoprawną częścią opowieści - surową, odizolowaną i niepokojącą. Mała społeczność, dom letniskowy nad wodą, chłód, cisza i świadomość, że każdy może wiedzieć więcej, niż mówi, tworzą klimat, który idealnie pracuje na rzecz gatunku. To właśnie ten kontrast działa najlepiej: miejsce, które powinno koić, zamienia się w przestrzeń napięcia, strachu i przemocy. W „Ici” przyroda nie daje wytchnienia. Raczej przypomina, jak łatwo człowiek może zniknąć w krajobrazie - albo w cudzej wersji wydarzeń.

Nowy cykl ma mocne otwarcie

Wspólny projekt Johany Gustawsson i Thomasa Engera już na starcie zapowiada serię, która może przyciągnąć fanów skandynawskich kryminałów z wyższej półki. „Ici” ma wszystko, czego ten gatunek potrzebuje: mocny punkt wyjścia, bohaterkę z osobistym ciężarem, zamkniętą społeczność, podejrzanego, który być może mówi prawdę - i śledztwo, które z każdą odpowiedzią rodzi kolejne pytania. Najważniejsze jest jednak to, że ten kryminał nie próbuje być tylko historią o zbrodni. To opowieść o tym, jak łatwo uznać sprawę za wyjaśnioną, kiedy tak naprawdę dopiero zaczyna się rozumieć, co wydarzyło się naprawdę.

Jeśli lubisz kryminały, w których napięcie buduje nie tylko akcja, ale też psychologia postaci, „Ici” zapowiada się na jeden z tytułów, którym naprawdę warto się przyjrzeć.

Reklama
Reklama
Reklama