Reklama

Na pierwszy rzut oka to jedna z tych historii, które brzmią jak fikcja napisana z myślą o podkręceniu napięcia. Spokojne miasteczko pod Salt Lake City, hermetyczna społeczność, silna religijna tożsamość. A jednak to wydarzyło się naprawdę. Brutalne morderstwo młodej Brendy Lafferty i jej kilkunastomiesięcznej córeczki wstrząsnęło nie tylko Utah, ale całymi Stanami Zjednoczonymi. Serial Pod sztandarem nieba” przenosi nas w sam środek tej historii – i robi to w sposób, który trudno z siebie strząsnąć.

To nie jest klasyczny kryminał, który ogląda się dla zagadki. Tu od początku wiemy, że wydarzyło się coś potwornego. Pytanie brzmi: jak to było możliwe?

Wiara, która zaczyna pękać

Śledztwo prowadzi detektyw Jeb Pyre – w tej roli Andrew Garfield, jeden z tych aktorów, którzy potrafią grać ciszą. Pyre jest oddanym mormonem, człowiekiem rodzinnym, kimś, kto wierzy w porządek świata oparty na zasadach i wspólnocie. Gdy trop prowadzi do dwóch braci z tej samej rodziny – Rona i Dana Laffertych – jego rzeczywistość zaczyna się kruszyć.

Serwis prasowy

To, co najmocniej wybrzmiewa w serialu, to nie brutalność samej zbrodni, lecz powolny proces erozji przekonań. Pyre, wspierany przez partnera Billa Tabę (w tej roli świetny Gil Birmingham), musi zmierzyć się nie tylko z dowodami, ale też z pytaniem, czy system wartości, który go ukształtował, może rodzić przemoc. Andrew Garfield prowadzi tę postać subtelnie – jego spojrzenia, zawahania, chwile milczenia mówią więcej niż dialogi.

Oglądając te sceny, trudno nie pomyśleć o tym, jak cienka bywa granica między wiarą a jej radykalnym wypaczeniem.

Fanatyzm pod płaszczykiem objawienia

Ron i Dan Lafferty nie ukrywają motywów. Twierdzą, że działali z polecenia Boga. Właśnie ten element – przekonanie o boskiej misji – czyni tę historię tak niepokojącą. Serial, stworzony przez Dustina Lance’a Blacka (laureata Oscara), nie atakuje religii jako takiej. Raczej przygląda się temu, co dzieje się, gdy wspólnota staje się zamkniętym systemem, a krytyczne myślenie zostaje zastąpione ślepym posłuszeństwem.

„Pod sztandarem nieba” pokazuje mechanizmy presji, wykluczenia i duchowej manipulacji. To opowieść o tym, jak ideologia – religijna, polityczna, jakakolwiek – może stać się narzędziem przemocy, jeśli zostanie oderwana od empatii i odpowiedzialności.

Nie ma tu taniej sensacji. Jest za to chłodna, duszna atmosfera, która narasta z odcinka na odcinek.

Serwis prasowy

Thriller psychologiczny z dokumentalnym ciężarem

Serial powstał na podstawie głośnej książki non-fiction Jona Krakauera z 2003 roku. Twórcy zachowują dokumentalny rdzeń historii, ale opowiadają ją w konwencji thrillera psychologicznego. Napięcie budowane jest powoli, poprzez retrospekcje i stopniowe odsłanianie rodzinnych oraz doktrynalnych konfliktów.

Wizualnie produkcja jest oszczędna, niemal surowa – zdjęcia realizowane w Calgary i prowincji Alberta oddają chłód i izolację, które współgrają z emocjonalnym klimatem opowieści. To serial, który nie epatuje przemocą, a mimo to zostawia widza z poczuciem ciężaru.

Po seansie długo trudno wrócić do codzienności. I to nie dlatego, że zobaczyliśmy brutalne sceny, ale dlatego, że zostajemy z pytaniami.

Kontrowersje i rozmowa, która wciąż trwa

Produkcja wzbudziła sprzeciw części rodzin ofiar oraz osób zaangażowanych w prawdziwe śledztwo, które podkreślały, że serial nie oddaje w pełni faktów. Jednocześnie została doceniona przez branżę – zdobyła nagrodę Satelita dla najlepszego miniserialu oraz nominacje do Emmy i Złotych Globów. Obok Garfielda na ekranie pojawiają się m.in. Sam Worthington, Wyatt Russell, Daisy Edgar-Jones i Christopher Heyerdahl.

„Pod sztandarem nieba” (dostępny na Disney+) to jedna z tych produkcji, które nie oferują prostych odpowiedzi ani komfortowego domknięcia. To serial o wierze, ale też o władzy. O rodzinie, która miała być bezpiecznym azylem, a stała się przestrzenią radykalizacji.

I o tym, że największy niepokój budzi nie samo zło, lecz moment, w którym ktoś zaczyna wierzyć, że działa w dobrej wierze.

Reklama
Reklama
Reklama