Reklama

Oscary zawsze wywołują emocje. Od jakiegoś czasu mają opinię mniej ekscytujących niż kiedyś, że już nie są tym, czym były - a jednak powiedzmy sobie szczerze Oscar to wciąż Oscar. To wyróżnienie, które zostaje z filmem i aktorem na zawsze. Zwroty „oscarowy film”, czy „oscarowe arcydzieło” przyciągają widzów jak magnes. I w tym tkwi siła tej nagrody, o którą każdego roku walczy nie tylko Hollywood, ale cały świat kina.

Kiedy ogłoszono tegoroczne nominacje w kategorii Najlepszy Film, byłam szczerze zaskoczona - „sportowy” film o wyścigach w nominowanej 10-tce? Spodziewałam się kilku innych tytułów, myślałam, że to pomyłka. Dopóki nie zobaczyłam „F1”. I wtedy zrozumiałam, że nominacja jest całkowicie zasłużona.

O czym jest film „F1”?

F1
mat. prasowe

„F1” opowiada historię Sonny’ego Hayesa (Brad Pitt), kierowcy Formuły 1 starej szkoły, który po tragicznym wypadku w młodości wraca na tor, by stawić czoła przeszłości i poprowadzić młody, nieprzystosowany zespół do zwycięstwa. Sonny to indywidualista, buntownik, który żyje na własnych zasadach, balansując między ryzykiem a pasją, między wyluzowaną arogancją a geniuszem taktyki.

Joseph Kosinski - reżyser „Top Gun: Maverick” - przenosi nas w świat wyścigów na prawdziwych torach w Londynie, Abu Zabi czy Monako. Mistrzowskie ujęcia z wnętrza kabiny i zewnętrzne, panoramiczne ujęcia, które pozwalają poczuć prędkość i napięcie - wszystko tworzy widowisko audiowizualne, które zapiera dech w piersiach. To kino, które nie tylko pokazuje sport, ale też ludzi stojących za kierownicą - z ich lękami, ambicjami i potrzebą życia na własnych zasadach.

Obsada „F1”

F1
mat. prasowe

Brad Pitt jest sercem i duszą tego filmu. Uwielbiam go od lat - nawet reklamy, w których parzy kawę, są wciągające. A 62-letni Brad w „F1” pokazuje, że wciąż może wszystko. Grany przez niego Sonny Hayes to bohater pełen spokoju, luzu i charyzmy, który niczego nie musi udowadniać, a mimo to hipnotyzuje widza przy każdym zakręcie i przy każdej scenie.

Damson Idris jako Joshua Pearce wnosi młodzieńczą niepewność, ambicję i ego, Kerry Condon jako Kate - inteligencję i urok, a Javier Bardem jako Ruben Cervantes spokój i doświadczenie, które scala zespół. Drugoplanowe role, jak Callie Cooke (Jodie), Kim Bodnia (Kasper), Tobias Menzies (Banning), dopełniają film, tworząc pełen emocji, dynamiczny i realistyczny świat. Chemia między aktorami sprawia, że każda scena jest wciągająca i żywa.

Co działa w tym filmie i dlaczego jest wart zobaczenia

F1
mat. prasowe

„F1” to przede wszystkim spektakularne kino rozrywkowe. Adrenalina, wyścigi, spektakularne wypadki - wszystko zrealizowane w taki sposób, że widz czuje się częścią toru, częścią zespołu, częścią historii. To nie jest tylko pokaz samochodów - to historia ludzi, ich pasji, ambicji i emocji.

Joseph Kosinski z operatorem Claudio Mirandą budują napięcie mistrzowsko - kamery w kabinach bolidów, zewnętrzne ujęcia, dynamika montażu sprawiają, że widz siedzi na krawędzi fotela. Hans Zimmer (ten od „Gladiatora”) dostarcza epickiego soundtracku, wzmacniając każdy moment emocji, a klasyczne utwory Queen czy Led Zeppelin dodają nostalgii i mocy.

Każdy element filmu - od precyzyjnie wykreowanego świata Formuły 1, przez świetnie napisane postaci, po wizualną i dźwiękową stronę widowiska - działa razem, tworząc doświadczenie, które nie pozwala oderwać wzroku od ekranu.

Czy „F1” powinno otrzymać Oscara?

F1
mat. prasowe

Po seansie wiem jedno - tak, „F1” zasługuje na Oscara. To nie tylko widowisko, to emocje, napięcie, perfekcyjnie poprowadzona narracja i doskonałe aktorstwo. Pitt, Idris i Condon tworzą bohaterów, którym kibicujesz od pierwszej minuty, a film pokazuje, że kino rozrywkowe może być jednocześnie spektakularne, emocjonalne i głębokie. Dzieło Josepha Kosinskiego dostępne jest na platformach Amazon Prime Video oraz Apple TV.

Oczywiście przy „Hamnecie”, „Frankensteinie” czy „Wartości sentymentalnej” a także najliczniej w historii nominowanym filmie jakim są „Grzesznicy” ciężko będzie wyszarpać statuetkę za Najlepszy film - choć historia pokazuje, że w świecie kina wszystko jest możliwe.

Bez względu na to, czy „F1” otrzyma statuetkę czy nie to warto zobaczyć ten film. Bo to opowieść o pasji, rywalizacji, miłości, strachu i mierzeniu się z własnymi ograniczeniami, która zręcznie łączy widowisko sportowe z ludzkimi historiami zostającymi w pamięci. I choć na początku byłam sceptyczna, to po seansie nie mam wątpliwości - „F1” jest oscarowe, bo przypomina, że kino potrafi zachwycić, porwać i wzruszyć jednocześnie. A Kosinski znów pokazuje, że kino rozrywkowe może być epickie, wciągające i zaskakujące - i za to biję mu brawo.

Reklama
Reklama
Reklama