Reklama

W „Życiu Chucka” apokalipsa nie nadchodzi z hukiem jednego wydarzenia. Świat rozpada się stopniowo: kolejne kataklizmy, wojny, rewolucje, masowe samobójstwa, zanik porządku społecznego. Internet przestaje działać, ludzie porzucają pracę, próbują odnaleźć bliskich albo po prostu czekają. To nie spektakl zagłady, lecz stan zawieszenia - niepokojąco bliski temu, co znamy z codziennych newsów.

W tej rzeczywistości poznajemy Marty’ego Andersona (Chiwetel Ejiofor), nauczyciela, który w obliczu nieuchronnego końca świata wyrusza, by odnaleźć byłą żonę Felicię (Karen Gillan). Ich prywatna próba domknięcia przeszłości toczy się równolegle z czymś jeszcze bardziej zagadkowym.

Kim jest Chuck i dlaczego dziękuje mu cały świat?

"Życie Chucka"
mat. prasowe

W miastach, na billboardach, ekranach i witrynach sklepowych pojawia się wizerunek mężczyzny z podpisem: „Dziękujemy za 39 wspaniałych lat”. Charles „Chuck” Krantz. Księgowy o profesjonalnym uśmiechu. Nikt nie wie, kim jest. Nikt nie rozumie, dlaczego jego twarz towarzyszy końcowi świata.

I właśnie w tym momencie film robi coś, co wyróżnia go na tle większości ekranizacji Kinga: zamiast budować napięcie grozą, zaczyna opowieść… od końca. Historia Chucka (granego przez Toma Hiddlestona, a także Jacoba Tremblaya, Benjamina Pajaka i Cody’ego Flanagana) rozwija się wstecz, jakby pamięć próbowała uporządkować życie w obliczu śmierci.

„Życie Chucka” - adaptacja Stephena Kinga, ale tym razem bez horroru

"Życie Chucka"
mat. prasowe

„Życie Chucka” powstało na podstawie noweli Stephena Kinga z tomu „Jest krew…” (2020). Za kamerą stanął Mike Flanagan - twórca znany z mrocznych adaptacji i serialowych hitów Netfliksa („Nawiedzony dom na wzgórzu”, „Nocna msza”, „Doktor Sen”). Tym razem jednak Flanagan niemal całkowicie rezygnuje z horroru.

Zamiast strachu dostajemy czułość. Zamiast napięcia - refleksję. Nawet scena apokalipsy, jedna z najbardziej zapamiętywalnych w ostatnich latach, bardziej wzrusza, niż przeraża.

Życie Chucka” bywa naiwne, czasem zbyt dosłowne, miejscami balansuje na granicy patosu. Ale bije z niego szczerość, która rozbraja. To film o tym, że nawet najbardziej przeciętne życie ma kosmiczny wymiar - bo składa się z emocji, relacji i pamięci. Nie próbuje udawać arcydzieła. Nie epatuje filozofią. Zamiast tego proponuje coś prostszego i trudniejszego zarazem: chwilę zatrzymania.

Film o tym, że życie składa się z drobiazgów

"Życie Chucka"
mat. prasowe

Flanagan opowiada historię Chucka jako opowieść o zwyczajności. O tańcu na ulicy z nieznajomą kobietą. O dziecięcych wspomnieniach. O chwilach, które wydają się nieistotne - dopóki nie spojrzymy na nie z perspektywy końca.

Słynna scena tańca Toma Hiddlestona (znanego z takich filmów jak: „Thor”, czy hitowego serialu „Nocny recepcjonista”) jest kwintesencją filmu: kamera nie popisuje się formalnie, a mimo to rejestruje coś niezwykle intymnego - czyste „tu i teraz”. Przez moment Chuck nie jest ani symbolem, ani zagadką. Jest po prostu człowiekiem.

„Życie Chucka” ma aż 87 proc. na Rotten Tomatoes

"Życie Chucka"
mat. prasowe

Nieprzypadkowo „Życie Chucka” ma aż 87 proc. pozytywnych opinii na Rotten Tomatoes. Krytycy i widzowie podkreślają, że to jedna z najlepszych adaptacji Kinga, która powstała w ostatnich latach - film „mądry, poruszający, afirmujący życie”, który zostaje w widzu na długo po seansie.

Jak piszą recenzenci: to kino, które nie boi się zadawać egzystencjalnych pytań, ale robi to bez krzyku. Z empatią.

„Życie Chucka” od dziś na Prime Video

Od dziś „Życie Chucka” można oglądać na platformie Amazon Prime Video - i to idealny moment, by dać się tej historii poprowadzić. Nie po to, by bać się końca świata, ale by przypomnieć sobie, dlaczego w ogóle warto być tu i teraz.

Bo w pewnym sensie wszyscy jesteśmy Chuckiem.
I wszyscy mamy swoje „39 wspaniałych lat”.

Reklama
Reklama
Reklama