Romantyczny dramat z gwiazdorską obsadą zachwyca polskich widzów. „Nie pamiętam bym kiedykolwiek oglądała piękniejszy film o miłości”
Film „Four Letters of Love” właśnie trafił na polską platformę streamingową i porwał widzów. Zachwyca zdjęciami, muzyką i historią, która sprawi, że niewielu romantykom uda się nie wpaść w jego sidła.

Kiedy „Four Letters of Love” (pol. „Dotknięci miłością”) wchodził 18 lipca 2025 roku do kin w Wielkiej Brytanii od razu stał się tematem rozmów nie tylko wśród miłośników ekranizacji. Polly Steele wyreżyserowała historię napisaną na nowo przez autora pierwowzoru, Nialla Williamsa. Równolegle prowadzone losy Nicholasa Coughlana i Isabel Gore rozgrywają się między Dublinem lat 70. a zachodnim wybrzeżem Irlandii, wśród wysp, skał i nieustannie obecnego oceanu.
Film trwa 1 godzinę i 49 minut. I to wystarczy, aby całkowicie przepaść w tę historię.
Dwie rodziny, jeden ocean i dorastanie, które boli. O czym jest nowy film „Four Letters of Love”?

Narracja splata losy dwóch domów: Coughlanów i Gore’ów. Nicholas dorasta z doświadczeniem porzucenia, gdy jego ojciec William (Pierce Brosnan) odchodzi, zostawiając rodzinę z konsekwencjami tej decyzji. Isabel startuje z zupełnie innego miejsca: ma obok siebie matkę Margaret (Helena Bonham Carter), ojca Muirisa (Gabriel Byrne) i brata Seana (Dónal Finn), czyli miękką, ale mocną siatkę bezpieczeństwa, która w kinie bywa równie ważna jak wielkie zwroty akcji.
To, co dzieje się później, ma rytm przypływu i odpływu. Nicholas wraca w myślach do swojej dublińskiej młodości, a film korzysta z flashbacków i melancholijnego voice-overu. William, dotąd urzędnik o zapiętym pod szyję życiu, podejmuje decyzję o wyjeździe na zachód Irlandii, by zostać malarzem. W tym samym czasie Isabel trafia do katolickiej szkoły z internatem pilnowanej przez zakonnice i próbuje oddychać pełną piersią w warunkach, które nie są dla wolnych duchów.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby YouTube i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
Irlandzkość w wersji total look: gaelicki, piszczałki i krajobraz, który gra pierwsze skrzypce

Część recenzentów widzi w filmie coś, czego nie da się podrobić jak sezonowego trendu: gęstą, wyraziście irlandzką atmosferę. Kamera wraca do zachodnich wysp i wybrzeża, a krajobraz zyskuje rangę bohatera, jak w kinie, które kocha miejsce akcji równie mocno jak swoich protagonistów. W kadrach pojawiają się też elementy codzienności, które budują lokalny puls: gaelicki język, muzyka piszczałek, domowe sceny na tle skał i traw, ocean jako stała obecność, raz kojąca, raz surowa.
Ten ton współgra z konstrukcją opowieści: zamiast efekciarskich fajerwerków film ma być przede wszystkim studium relacji. Długie rozmowy, drobne gesty, napięcia między rodzicami i dziećmi, między rodzeństwem, między tym, co wypowiedziane, a tym, co przemilczane, tworzą emocjonalną mapę dorastania. Isabel nie jest tu jedynie „dziewczyną z wątku miłosnego” - jej historia biegnie równolegle, a doświadczenie opresyjnej szkoły z internatem staje się ważną osią jej dojrzewania.
Szczerze, ale czy wystarczająco filmowo?

Druga linia odbioru jest bardziej wymagająca wobec formy. Film bywa oceniany jako serdeczny i szczery, ale jednocześnie zbyt „zaprojektowany literacko”: jakby mechanizmy powieściowe zostały wmontowane w kino bez pełnego przełożenia na język obrazu. Pojawiają się też uwagi o tym, że zachód Irlandii pokazano momentami w sposób zbyt przewidywalny, z szerokimi, widokowymi ujęciami wybrzeża, które łatwo pomylić z pocztówką.
W tym sporze swoje dokłada muzyka: orkiestrowe brzmienia wzmacniają melodramatyczny przepływ scen, przez co całość może sprawiać wrażenie bardziej telewizyjnego niż kinowego doświadczenia. Są też obecne elementy realizmu magicznego, lecz nie dominują stylistycznie - pozostają raczej funkcjonalne wobec fabuły niż tajemnicze czy wizualnie ryzykowne.
Gwiazdorska obsada podbija stawkę. Gdzie obejrzeć „Four Letters of Love”?

Niezależnie od tego, po której stronie dyskusji się stoi, powtarza się jeden wniosek: aktorstwo wyraźnie podnosi stawkę. Pierce Brosnan jako William i Fionn O’Shea jako Nicholas tworzą duet ojca i syna naznaczony decyzjami, których nie da się odkręcić jak nietrafionego zakupu. Ann Skelly prowadzi Isabel z energią i uporem, a Gabriel Byrne wnosi do rodzinnych scen spokój i zmęczenie, które rzadko bywają tak przekonujące.
Najmocniej wybrzmiewa jednak Helena Bonham Carter jako Margaret: postać jednocześnie błyskotliwa, niejednoznaczna i moralnie trudna do zaszufladkowania. W filmie, który opowiada o miłości i przeznaczeniu, to właśnie ona przypomina, że życie rodzinne częściej układa się z półcieni niż z deklaracji. A wtedy „Four Letters of Love” działa najlepiej: gdy zamiast obiecywać wielką, schludną odpowiedź, zostawia widza z emocją, która jeszcze chwilę szumi jak ocean po napisach końcowych.
Film „Four Letters of Love” w Polsce dostępny jest na platformie HBO Max. Widzowie od razu go pokochali - tytuł wskoczył nie tylko do TOP 10, ale zajął zaszczytne 3 miejsce w najczęściej oglądanych. Ocena na Filmweb 5,9 może zmylić - jednak większość komentarzy jakie zostawiają widzowie jest pozytywna. „Mądry, pouczający i romantyczny film...”, „Film, gdzie poezja, plastyka i duchowość spotkały się i… zagrało. I ta obsada… Wrócę”, „Subtelna liryczna i nastrojowa opowieść o uczuciu dwojga ludzi, osadzona w surowym wyspiarskim klimacie. Magiczny sentymentalny klimat. Bardzo dobre kino”. Jak jest naprawdę? Oceńcie sami.

