Reklama

Przyznać się do bezwarunkowej miłości do romansów to dziś niemal akt odwagi. Trochę jak wyznać, że nie przepadasz za sushi, nigdy nie próbowałaś detoksu sokowego albo – herezja – nie interesuje cię koreańska pielęgnacja. Powiedzieć głośno, że poruszyło cię „Pozwól się znienawidzić”, a „Duma i uprzedzenie” to dla ciebie najpiękniejsza powieść świata, bywa wręcz niewyobrażalne.

W efekcie, w towarzystwie pseudointelektualnych znajomych z przesadnym zapałem wychwalasz „Ulissesa” Joyce’a – choć tak naprawdę nigdy nie byłaś pewna, czy w pełni go rozumiesz.

I dlatego chwała czytnikom e-booków, dzięki którym możesz czytać to, na co naprawdę masz ochotę, sprawiając wrażenie, że pochłaniasz najnowszą książkę Baricco. Inaczej nawet podróż metrem wymagałaby literackiej fikcji.

Romans od lat traktowany jest jak literatura drugiej kategorii. Co więcej, bywa oskarżany o mizoginię. Ale czy słusznie?

Rewanż gatunku, który podbił także telewizję

Fakty są takie: literatura romantyczna tworzona jest głównie przez kobiety i dla kobiet. Już to powinno budzić większą uważność wobec gatunku, który niemal nigdy nie jest traktowany na równi z „ambitną” prozą, a którego intencjom rzadko daje się kredyt zaufania.

Jej głębia jest stale podważana – mimo że liczby mówią same za siebie. To najbardziej dochodowy segment rynku wydawniczego. Od czasów Sophie Kinselli krzywa sprzedaży nie przestaje rosnąć. Oczywiście spektakularny skok przyniósł fenomen pana Greya, ale prawdziwą konsekrację zapewnił dopiero #BookTok.

Książki wiralowo zdobywają popularność, tropy fabularne przenikają do codziennego języka, a kolejne ekranizacje biją rekordy oglądalności. „Bridgertonowie”, „Tego lata stałam się piękna”, a wcześniej klasyczne „Wichrowe Wzgórza” – wszystkie czerpią z tradycji romansu i potwierdzają jego kulturową siłę.

Oda do bohaterek współczesnych powieści

getty images//Getty Images Sex and the City

O ile klasyka bywa traktowana z większą pobłażliwością, o tyle współczesne romanse wciąż spotykają się z nieufnością. A przecież to z nich wyrosły bohaterki, które na trwałe zapisały się w zbiorowej wyobraźni i jednoznacznie symbolizowały kobiecą emancypację na ekranie 16:9.

Czwórka z „Seksu w wielkim mieście”, bohaterki „Diabeł ubiera się u Prady”, „Wyznania zakupoholiczki” czy „Dziennika Bridget Jones” – wszystkie narodziły się na kartach książek. I to właśnie literackie źródło jest ich największą siłą, bo żaden scenariusz nie tworzy postaci tak złożonych jak dobra powieść. Z wadami, niepewnościami i ambicjami, bohaterki te zdefiniowały swoją epokę i przekształciły krajobraz kulturowy.

Współczesna literatura „kobiecego różu” odświeżyła swoje kanony, kreśląc portrety złożonych, fascynujących kobiet – dalekich od perfekcyjnych ideałów rodem z bajek Disneya. Trzymają one w rękach własną przyszłość, są naturalnymi spadkobierczyniami Emmy Woodhouse i Elizabeth Bennet, które już w XIX wieku potrafiły doskonale o siebie zadbać.

To kobiety, które szukają miłości, ale równocześnie walczą o satysfakcjonującą, uznaną pracę. Stawiają przyjaźń na pierwszym miejscu i nieustannie redefiniują siebie. Przeżywają seksualność bez tabu – w relacjach opartych na wzajemnej zgodzie, świadomej eksploracji i braku przymusu.

Czy romans jest lekturą feministyczną?

W tym sensie powieści romantyczne można uznać za w pełni feministyczne. Ciągłe ich deprecjonowanie wydaje się kolejnym sposobem na umniejszanie kobiecego świata – jego potrzeb, pragnień i narracji.

Jak zauważa dr Smith w rozmowie z „Bustle”: „Romans oferuje modele zgody i rozmowy o seksie oraz seksualności, których próżno szukać gdzie indziej. Kobiety w romansach mają nie tylko prawo prosić o to, czego chcą w relacjach i w seksie – one czują, że to im się należy. Oczekują satysfakcji i równości. Prawo do przyjemności przez wieki było zarezerwowane dla mężczyzn, ale przynajmniej w literaturze romantycznej staje się również kobiecą prerogatywą. Bohaterki współczesnych powieści to bardzo silny symbol emancypacji”.

Trudno się z tym nie zgodzić.

Reklama
Reklama
Reklama