Poruszyło was „Dojrzewanie”? Przy nowym dokumencie Netflixa to bułka z masłem
Jeśli „Dojrzewanie” wydawało się mocne, to „W głębi manosfery” idzie o krok dalej. Ten dokument Netflixa nie tylko szokuje, ale zostawia z niewygodnym poczuciem, że to nie jest odległy świat z Internetu - tylko rzeczywistość, która dzieje się tu i teraz.

Są takie filmy, które ogląda się z rosnącym niepokojem - nie dlatego, że są brutalne czy przerysowane, ale dlatego, że z każdą kolejną minutą coraz trudniej odsunąć od siebie myśl: „to naprawdę się dzieje”. „W głębi manosfery” Louisa Therouxa właśnie do takich należy. Nie ma tu dramatycznej muzyki ani prób szokowania na siłę. Jest za to spokojna obserwacja świata, który - choć istnieje teoretycznie gdzieś „obok”, w Internecie, za oceanem - w rzeczywistości przenika do naszej codzienności szybciej, niż chcielibyśmy przyznać.
Bo manosfera nie jest już niszą. To język, który słyszymy w social mediach, w komentarzach, w rozmowach. To narracje, które oglądają nie tylko „czyjeś dzieci”, ale też nasi znajomi, partnerzy, bracia siedząc obok nas na kanapie.
Co to jest manosfera?

Zanim jednak wejdziemy głębiej w świat pokazany przez „W głębi manosfery”, warto na chwilę zatrzymać się przy samym pojęciu. Manosfera nie jest jedną organizacją ani spójnym ruchem - to raczej rozproszona sieć internetowych twórców, forów i społeczności, które łączy wspólna narracja o „kryzysie męskości”. W jej centrum znajduje się przekonanie, że współczesny świat działa na niekorzyść mężczyzn, a jedyną drogą do odzyskania kontroli jest siła, status i pieniądze.
„Ładna kobieta zostanie zaproszona na jacht i może wieść luksusowe życie. My musimy na ten jacht zarobić i pokazać swoją męskość.”
To jedno z najbardziej wymownych ujęć filozofii manosfery - pokazuje, że w ich świecie kobieta staje się nagrodą, a mężczyzna musi udowodnić swoją wartość przez status i pieniądze.
Manosferta to także przestrzeń, w której młodzi chłopcy trafiają na proste odpowiedzi na trudne pytania - o relacje, odrzucenie czy własną wartość. Problem w tym, że te odpowiedzi bardzo często opierają się na lęku, frustracji i potrzebie dominacji, a nie na realnym zrozumieniu rzeczywistości.
„W głębi manosfery” - nowy dokument Netflixa, który powinien każdy zobaczyć

„W głębi manosfery” to dokument, w którym Louis Theroux robi coś, co wychodzi mu najlepiej - zamiast oceniać, wchodzi do środka i słucha. Spotyka się z influencerami, którzy dla milionów młodych mężczyzn są dziś autorytetami. Rozmawia z nimi, obserwuje ich codzienność, pozwala im mówić. I właśnie to jest najbardziej niepokojące.
Bo za drogimi zegarkami, idealnie wyrzeźbionymi sylwetkami i opowieściami o „sukcesie” kryje się bardzo prosty przekaz: mężczyzna musi dominować, zarabiać i kontrolować. Kobieta? W tej narracji często przestaje być partnerką, a zaczyna funkcjonować jako nagroda. W jednej ze scen pada zdanie, które brzmi jak manifest:
„Gdybym robił tylko dobre rzeczy, nie byłbym tu, gdzie jestem”.
I trudno nie odnieść wrażenia, że to zdanie mówi więcej o współczesnym Internecie niż niejeden raport.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby YouTube i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
To nie tylko mizoginia. To też samotność

Najłatwiej byłoby odrzucić ten świat jako skrajny, przerysowany, oderwany od rzeczywistości. Problem w tym, że dokument Therouxa pokazuje coś znacznie bardziej złożonego. Bo choć kobiety są oczywistymi ofiarami tej narracji, to młodzi mężczyźni również bywają jej zakładnikami. Szukają odpowiedzi, poczucia sensu, wskazówek - i trafiają do świata, który oferuje im proste rozwiązania: pieniądze, siłę, dominację. Jak mówi sam Theroux:
„Mężczyźni są także wykorzystywani. Trzeba widzieć ich jednocześnie jako sprawców i ofiary tej kultury”.
I to jest moment, w którym ten dokument przestaje być tylko opowieścią o kontrowersyjnych influencerach. Zaczyna być opowieścią o potrzebach, które ktoś nauczył się perfekcyjnie monetyzować.
Algorytmy wiedzą, co robią

„W głębi manosfery” pokazuje też coś jeszcze - mechanizm, który napędza cały ten świat. To nie jest przypadek, że te treści trafiają do młodych ludzi. Algorytmy kochają emocje: gniew, kontrowersję, skrajności. A manosfera dostarcza ich w idealnych proporcjach.
Krótki, prowokacyjny filmik → viral → podcast → zamknięta społeczność → płatne kursy.
Theroux rozmawia z influencerami, którzy uczą młodych mężczyzn „jak być mężczyzną” i zarabiają na tym ogromne pieniądze. To już nie jest internetowa subkultura, która niewinnie wspiera chłopaków w potrzebie. To dobrze działający model biznesowy.
Dlaczego ten dokument tak bardzo uwiera?

Bo nie daje prostych odpowiedzi. Theroux nie próbuje naprawiać świata, nie moralizuje, nie wskazuje winnych palcem. Zostawia nas z pytaniem, które wybrzmiewa długo po seansie:
co się dzieje z chłopcami, którzy uczą się o relacjach z TikToka i podcastów?
I może jeszcze ważniejsze - dlaczego właśnie tam szukają odpowiedzi?
To nie jest „ich problem”. To jest nasza rzeczywistość

Najbardziej niepokojące w „W głębi manosfery” nie jest to, co mówią jego bohaterowie. Tylko to, jak bardzo ten świat przestał być odległy. To nie są już anonimowi twórcy z drugiego końca świata. To treści, które - dzięki algorytmom - trafiają do naszych telefonów, naszych domów, naszej codzienności.
I właśnie dlatego ten dokument zostaje w głowie. Bo trudno już udawać, że to nas nie dotyczy.
„W głębi manosfery” dostępne jest na Netflixie. Czy to dobry seans na Wielkanoc? Trudny - ale im szybciej się z nim zmierzymy tym jest nadzieja, że szybciej zrozumiemy. To jeden z tych tytułów, po których: trochę się wkurzasz, trochę nie dowierzasz, a potem zaczynasz się zastanawiać, co się właściwie dzieje - i jak to zatrzymać.

