Oscarowa opowieść Tarantino wkrótce trafi na Netflix. Pokazuje Hollywood lat 60. w zupełnie nowym świetle
Choć Tarantino słynie z krwawych thrillerów i bezkompromisowej przemocy, jego „Pewnego razu… w Hollywood” to nostalgiczna podróż do lat 60., pełna ciepła, humoru i emocji. Gwiazdy, wielkie kino i polski akcent sprawiają, że już teraz nie możemy się doczekać premiery na Netflix.

Hollywood. Blask fleszy, czerwone dywany, fortuny wydawane w dolarach, wielkie kontrakty i jeszcze większe gwiazdy. To miejsce, w którym każdy krok jest obserwowany, a sukces waży tyle co skandal, który może go zniszczyć. Ale nie zawsze tak było. Kiedyś za tym blichtrem kryły się zakamarki, o których wolelibyśmy nie wiedzieć.
Świat filmowego snu bywa złudny, a pod złotymi światłami kryją się historie ludzi, którzy zapłacili ogromną cenę za sławę i marzenia. „Pewnego razu… w Hollywood” - 9 film Quentina Tarantino odkrywa te sekrety w swojej charakterystycznej, nostalgicznej i zarazem przewrotnej opowieści. To Oscarowy klasyk, który trzeba choć raz w życiu zobaczyć.
O czym jest „Pewnego razu… w Hollywood”?

Film opowiada historię Ricka Daltona (Leonardo DiCaprio), kiedyś gwiazdora popularnego serialu, który dziś desperacko walczy o powrót na szczyt. U jego boku jest Cliff Booth (Brad Pitt), lojalny kaskader i przyjaciel, który w niebezpiecznych scenach ryzykuje życie. W tle przewija się tragiczna historia Sharon Tate (Margot Robbie) i jej męża Romana Polańskiego. Tarantino proponuje alternatywną wersję wydarzeń z sierpnia 1969 roku - morderstwa dokonane przez członków sekty Mansona nie dochodzą do skutku, a bohaterowie zyskują wymarzony happy end.
To nostalgiczny list miłosny do Hollywood. Pełen humoru, drobnych gestów i retrospekcji, w których Tarantino miesza fikcję z rzeczywistością. Przestrzeń filmową wypełniają kultowe plakaty, stare westerny, kawałki muzyki z list przebojów i codzienne życie gwiazd, pokazane z czułością, której dotychczas w jego „krwawych” filmach brakowało.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby YouTube i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
Polski akcent w hollywoodzkiej opowieści od Tarantino

Choć „Pewnego razu… w Hollywood” to przede wszystkim hollywoodzki blichtr, film ma też wyraźny polski akcent. Aktor Rafał Zawierucha (znany z filmu „Bogowie”, „Listy do M. 4”) wciela się w Romana Polańskiego, polskiego reżysera - twórcę takich hitów jak „Dziecko Rosemary” czy „Pianista” - i męża Sharon Tate, przypominając o prawdziwych wydarzeniach z sierpnia 1969 roku.
Jego rola jest niewielka, ale znacząca: choć mówi tylko kilka zdań, obecność Polaka w filmie łączy fikcję Tarantino z rzeczywistością tamtych czasów.
Prawdziwa historia Sharon Tate

Sharon Tate była wschodzącą gwiazdą Hollywood, pełną życia, uroku i ambicji. W 1969 roku, będąc w ósmym miesiącu ciąży, mieszkała wraz z mężem Romanem Polańskim w willi przy Cielo Drive w Los Angeles. Jej świat nagle przerwała brutalna zbrodnia - członkowie sekty Charlesa Mansona zamordowali ją i cztery osoby towarzyszące jej w domu. To tragiczne wydarzenie wstrząsnęło całym Hollywood i na zawsze stało się symbolem końca pewnej ery beztroskiego blasku i blichtru filmowego świata.
Quentin Tarantino w „Pewnego razu… w Hollywood” odwraca jednak bieg historii. Tworzy alternatywną rzeczywistość, w której Sharon Tate przeżywa, a jej los splata się z fikcyjnymi bohaterami, oddając tym samym hołd ikonie kina lat 60.
„Pewnego razu… w Hollywood” trafi na Netflix

Film zdobył aż 10 nominacji do Oscara, w tym za najlepszy film, reżyserię i aktorstwo. Brad Pitt otrzymał Oscara za rolę drugoplanową, a obraz jest uznawany za jedno z najważniejszych dzieł Tarantino. Krytycy chwalą zarówno wykonanie aktorskie, jak i nostalgiczną wizję Hollywood, które autor przywołuje z charakterystycznym dla siebie humorem i przesadną starannością detali.
Mimo upływu 7 lat od premiery (2019 rok) produkcja wciąż ma bardzo dobry wynik w gregatorze opinii Rotten Tomatoes. Jego tomatometer (czyli ocena krytyków) wynosi około 85–86 %, co oznacza, że zdecydowana większość recenzji jest pozytywna i film cieszy się uznaniem zarówno krytyków, jak i widzów.
Na szczęście „Pewnego razu… w Hollywood” 31 stycznia trafi na Netflix, więc nawet ci, którzy ominęli seanse kinowe, będą mogli zanurzyć się w świecie hollywoodzkiego blichtru, wielkich gwiazd i alternatywnej historii, która choć nie wydarzyła się naprawdę to i tak fascynuje.

