Reklama

Lata 90. były złotą erą stylowych thrillerów i kina akcji, które miało w sobie coś więcej niż tylko pościgi i wybuchy. To czas, gdy w kinach królowały „Mission: Impossible”, „Speed” czy „Face/Off” - produkcje budujące napięcie na charyzmie aktorów, podwójnych tożsamościach i moralnych dylematach. Właśnie w tym klimacie powstał „The Saint” (pol. „Święty”) - film, który krytycy chłodno przyjęli, ale widzowie pokochali bez zastrzeżeń.

Hit lat 90. na Netflix. O czym jest kultowy film „Święty”?

Święty
mat. prasowe

W 1997 roku Val Kilmer był na szczycie popularności. Po sukcesach takich jak „Batman Forever” czy Heat” wcielił się w Simona Templara - mistrza kamuflażu i złodzieja o dwunastu tożsamościach inspirowanych imionami katolickich świętych. Templar nie istnieje. A właściwie istnieje w wielu wersjach naraz.

Zostaje wynajęty przez rosyjskiego oligarchę, by wykraść formułę zimnej fuzji amerykańskiej fizyczce. Zlecenie wydaje się proste, dopóki między złodziejem a naukowczynią nie pojawia się napięcie, które wykracza poza zawodową grę. I nagle film o kradzieży staje się historią o tożsamości - o tym, kim jesteśmy, gdy zdejmujemy maskę.

Topowi aktorzy z lat 90.

Święty
mat. prasowe

Partneruje mu Elisabeth Shue, świeżo po oscarowej nominacji za „Leaving Las Vegas”. Jej Emma Russell nie jest klasyczną „dziewczyną z thrillera”. To inteligentna, czujna kobieta, która widzi więcej, niż Templar chciałby pokazać. Ich ekranowa chemia to jeden z powodów, dla których film działa do dziś.

Za kamerą stanął Phillip Noyce, twórca politycznego thrillera „Clear and Present Danger” („Stan zagrożenia” z Harrisonem Fordem). I choć „Święty” nie ma ciężaru jego wcześniejszych filmów, ma coś innego - lekkość i elegancję, która dziś wydaje się niemal luksusowa.

Krytycy kontra widzowie

Święty
mat. prasowe

To jeden z tych tytułów, w których rozjazd opinii jest spektakularny. Na Rotten Tomatoes krytycy przyznali mu 30%, podczas gdy widzowie - 63%. Zarzucano mu tonalną niespójność: zbyt romantyczny jak na polityczny thriller, zbyt poważny jak na komercyjne kino akcji.

Ale publiczność widziała coś innego - aktorską popisówkę Kilmera, stylowe lokacje od Londynu po Moskwę i tempo, które nie polega wyłącznie na wybuchach. To film do „binge watchingu” w klimacie retro, trochę jak powrót do czasów, gdy kino akcji miało twarz i charakter.

Dlaczego warto wrócić do „Świętego”?

Święty
mat. prasowe

Bo to czyste guilty pleasure lat 90. - eleganckie garnitury, hotelowe lobby, podszywanie się pod kogoś innego i romans, który nie jest oczywisty. To także przypomnienie, że kino akcji potrafiło być zmysłowe, nie tylko głośne. Oglądając go po latach, złapałam się na tym, że ten film ma w sobie coś kojącego. Może to nostalgia, a może fakt, że w świecie nieustannego chaosu historia o człowieku, który próbuje wreszcie stać się kimś prawdziwym, wybrzmiewa dziś mocniej niż w 1997 roku.

„Święty” jest już dostępny na Netflixie i co ciekawe trafił do TOP 10 platformy. Wygląda na to, że widzowie nie ulegli wieloletniej presji krytyków i wciąż wiedzą swoje.

Reklama
Reklama
Reklama