Reklama

MAJA CHITRO: Skąd jesteś? Warhol w swojej słynnej wypowiedzi twierdził, że pochodzi znikąd.

MICHAŁ SZYMKO: Ja też jestem z tego „nikąd”. Określam tak wioskę na pograniczu polsko-łemkowsko-słowackim. Dla ciebie to Łemkowszczyzna, region w Polsce. Dla mnie Lemkowyna – moja ojczyzna. Stąd pomysł na wystawę „Formy obecności. Sztuka Łemków/Rusinów Karpackich”. A zaczęło się od form milczenia. Szymborska pisała: „Ktoś tutaj był i był, i nagle zniknął i uporczywie go nie ma”. Jako badacz, wykładowca akademicki nie mogę się na to godzić. Więc ekspozycja staje się manifestem przywracania Łemkom głosu. Jako Łemkowie, Rusini Karpaccy, mieszkamy w obrębie terytorium Polski, Słowacji, Serbii, Chorwacji, Rumunii, Czech, Ukrainy, USA, Kanady, Argentyny, Węgier. Nasza sztuka jest więc częścią dziedzictwa tych państw, lecz w muzeach nie widuję kontekstu łemkowskiego. Oto forma milczenia.

Wykluczenie kultury łemkowskiej w polskiej świadomości jest znaczące. Wciąż za mało mówi się o akcji Wisła, do której doszło w 1947 roku, choć to jedna z najczarniejszych kart w naszej historii. Siłą na ziemie zachodnie i północne przesiedlono 140 tysięcy Łemków.

Zdaję sobie sprawę z kontrowersyjności tego stwierdzenia, ale uważam, że była to czystka etniczna. Przerwano transmisję naszej bytności i tożsamości. Oderwano nas od naszej ojczyzny. W języku łemkowskim istnieje pojęcie „na czużyni” – na obczyźnie, jak nazywa się te ziemie. Początkowo władza zachęcała Łemków do wyjazdu do ZSRR. Ci, którzy pozostali, dostali symboliczną godzinę, by spakować cały dobytek i przygotować się na wygnanie. Myślę tu szczególnie o moich pradziadkach, których deportowano, oraz o cioci Kapłończykowej, doskonale pamiętającej tamte czasy. Opowiadała mi wielokrotnie, że na wygnaniu jej matkę napadli Polacy – pobili ją i próbowali wyrwać język tylko dlatego, że mówiła do córki po łemkowsku. Finalnie udało jej się wrócić do Zyndranowej, lecz dom musiała odkupić od pani Bolkowej, która go sobie przywłaszczyła. Wielu Łemków przeżyło całe życie w strachu. Zresztą jeżdżę z tatą po łemkowskich wioskach i spisuję te historie po to, by formy milczenia wreszcie przepadły. Mam świadomość, że te historie są jak łączy się żar. Jeśli nie podtrzymamy ich, zgasną na zawsze, a bez tych głosów nie będziemy w stanie zrozumieć, kim naprawdę jesteśmy.

A gdy zaczynasz mówić o sztuce łemkowskiej, często słyszysz pewnie, że to folklor. Błędne myślenie?

Błędne. Tym bardziej, że na wystawie zobaczymy prace m.in. Andy’ego Warhola, Epifaniusza Drowniaka, czyli Nikifora, czy Jerzego Nowosielskiego zestawione w nieoczywistym kontekście, wśród twórców, których historia próbowała wymazać, takich jak choćby Mykołaj Fedak. Jego obrazy odkryłem przypadkiem w łemkowskiej wsi Olchowiec, w chyży pana Kiełbasińskiego. Byłem u niego w odwiedzinach. A obok szafy leżał obraz podpisany cyrylicą: „M. Fedak”. Kim był ten Łemko? To pytanie długo nie dawało mi spokoju. Z czasem dotarłem do strzępów jego losów: najbliższych Fedaka upchnięto podczas wywózek w pociągu do Chersonia i wszelki ślad po nich zaginął. Do Olchowca przychodziły potem tylko pojedyncze kartki świąteczne z Kiszyniowa, jedyny znak, że Mykołaj żyje. Zacząłem więc pisać do lokalnych instytucji kultury, krok po kroku składając tę historię jak rozbite naczynie. Po miesiącu przyszła odpowiedź: „Mykołaj zmarł w sierpniu 2024 roku, ale wciąż żyje jego żona Rita”. Poleciałem więc do niej. Spędziliśmy trzy dni w ich mieszkaniu. Kilkukrotnie podkreślała, że mąż do końca wierzył, że Łemkowie kiedyś jeszcze sobie o nim przypomną. I właśnie dlatego nazywanie tej sztuki folklorem jest nie tylko błędem, lecz także powtórzeniem przemocy milczenia, na którą się nie godzę.

Jak znaleźć w takim razie wspólny pierwiastek dla tak odrębnych artystów, jak Warhol czy Fedak, żeby opowieść o nich płynęła wartko?

Wystawa jest podzielona na trzy części, a pierwszą z nich poświęciliśmy pamięci. Pojawia się tu m.in. portret Aleksandra Duchnowycza, naszego budziciela narodowego, który wypowiedział słynne: „Rusinem byłem, jestem i będę”. Narracja prowadzi od historii takich twórców, jak Mykołaj Fedak czy Dawid Zdobylak, aż po przedmioty z kolekcji Państwowego Muzeum Etnograficznego – rzeczy, które kiedyś należały do konkretnych ludzi. Weźmy choćby kierpce: nie wiemy, kto w nich chodził po Łemkowynie, jakie były losy tej osoby, co zapamiętała, a czego nie zdradziła nikomu opowiedzieć....

W popkulturze wiedzę o tradycyjnych strojach łemkowskich w projektach popularyzuje m.in. Zofia Chylak.

I na szczęście coraz więcej tych nazwisk wybrzmiewa – o swoim łemkowskim pochodzeniu mówią Zosia, Igor Herbut, Misia Furtak czy Dorota Nieznalska, której praca zresztą pojawi się również na wystawie. To mocny głos, sygnał informujący o tym, że my jesteśmy. Istniejemy.

Pamięć to część pierwsza. Jaka jest druga?

Przenosi nas w Karpaty, w krajobraz gór i doświadczenie natury. Na pierwszy rzut oka to przestrzeń kojąca, dająca wytchnienie. Ale pod spodem pulsuje opowieść o utracie i tęsknocie. To tutaj po raz pierwszy spotyka się Nowosielski z XVII-wieczną ikoną sądu ostatecznego ze zbiorów muzeum w Świdniku w Słowacji, którą zestawiono z ikonami pisanymi współcześnie przez Mirosława Trochanowskiego. Co istotne dla mnie, jako kuratora, historyka sztuki i łemkowskiego badacza wewnętrznego ogromne znaczenie ma fakt, że ta wystawa powstaje właśnie w Państwowym Muzeum Etnograficznym. Placówka ma świadomość obowiązku krytycznej refleksji nad tym, jak przez lata pokazywano mniejszości etniczne. Co więcej, nie boi się stawiania pytań o wykluczenie, asymilację i mechanizmy przemocy – przywraca jednocześnie obecność tym, których historię próbowano wymazać. Misją muzeum jest pokazywanie kultury mniejszości jako zjawiska dynamicznego, żywego i globalnego, dalekiego od stereotypów sztuki ludowej. „Formy obecności” mają uświadomić, że etnografia to nie tylko przeszłość, lecz także współczesność i przyszłość.

Przechodzimy więc do sali trzeciej...

Którą zdecydowałem się nazwać Transpop – to przestrzeń, gdzie zderzam popkulturę z tradycją. Wisi tu praca Warhola „Marilyn Monroe”, jest też 36-krotnie powielona postać Mikołaja z ikony XVII-wiecznej ikony św. Mikołaja z Muzeum Regionalnego w Sanoku. Chcę pokazać, jak radykalnie zmienia się funkcja ikonicznego przedstawienia: ikona przeszłości i ikona nowoczesności, skonfrontowane z sobą w jednym miejscu.

Nieczęsto w kulturze masowej wspomina się o Warholu w kontekście jego rusińskich korzeni.

No właśnie, a przecież silny wpływ miała na niego i jego sztukę matka Julia Warhola. To ona wymyśliła słynną warholowską czcionkę. W ten sposób pisała na co dzień, nauczyła go tego jeszcze w austro-węgierskiej szkole, do której uczęszczała. Miała więc niezaprzeczalny wpływ, choć pośredni, na historię sztuki amerykańskiej. Zbyt łatwo przychodzi nam zapominanie o korzeniach Andy’ego, jego głębokiej wierze...

Stąd to słynne zdjęcie artysty z papieżem Janem Pawłem II zrobione w kwietniu 1980 roku na Placu św. Piotra w Rzymie. Wielu publicystów z najbardziej opiniotwórczych magazynów na świecie komentowało to spotkanie jako wynik nawrócenia Warhola po uniknięciu śmierci z rąk Valerie Solanas, autorki skrajnego, feministycznego manifestu „SCUM”, rozgoryczonej brakiem artystycznego wsparcia. Był 1968 rok i po tym incydencie Warhol nigdy już nie osiągnął zadowalającej formy zdrowotnej. Ale Twoja opowieść poszerza tę historię i w zasadzie odkrywa ją na nowo. Mówisz o warholowskiej religijności wpojonej przez matkę, co można dostrzec w jego pracach powstałych na długo przed zamachem na jego życie.

Zgadza się! O tym, jak ważna była religia w życiu Warhola świadczy choćby fakt, że na jego pogrzebie modlono się po rusińsku i angielsku. Przez całe życie matka zwracała się do niego wyłącznie po rusińsku. I to właśnie Julia zaszczepiła w synu głęboką religijność – opowiadała mu choćby żywoty świętych, a mały Andy chłonął te historie, zanim zamienił je na biografie gwiazd i celebrytów. Kojarzysz małe, ochronne obrazki rozdawane w kościołach i cerkwiach? Kolekcjonowała je, a Warhol później przetworzył ten gest w sztuce. Skąd wzięły się jego słynne multiplikacje? Właśnie z rytuału powtarzania, z ikon, które znał z domu. Matka opowiadała mu też o swojej wsi Mikovej położonej w Słowacji, o krowach, które zapamiętała, o zapachu gór w sadzie. Przecież to wszystko Warhol później wplatał w sztukę. Zachowało się podanie asystenta Warhola, który miał przedstawić mu pomysł na wykorzystanie motywu krów, a znudzony Andy się na to zgodził, choć sam wcześniej wspominał o pracy z nimi, co warto jeszcze zweryfikować w biografii. Właśnie z tego impulsu powstały słynne portrety krów. Mimo to, co szczególnie uderzające, żadna dotąd wystawa nie odczytywała jego twórczości w tym łemkowskim/rusińskim kontekście, choć jest on obecny w źródłach i otwiera zupełnie nową perspektywę interpretacyjną.

Więc w wystawie „Formy obecności” spotykamy obecności, których zupełnie się nie spodziewamy. A jakie jest dziś największe marzenie Michała Szymki – Łemka?

Marzę o tym, żebyśmy my, Łemkowie byli. Po prostu byli.

Michał Szymko to historyk sztuki, ukrainista, doktor nauk humanistycznych. Łemko. Kurator wystawy „Formy obecności. Sztuka Łemków/Rusinów Karpackich”. Państwowe Muzeum Etnograficzne w Warszawie, od 17.01.2026.

Reklama
Reklama
Reklama