„Mildred Pierce” to mini-serial HBO z Kate Winslet, do którego wracam co roku. Tak pachniała Ameryka, zanim ktokolwiek pomyślał o Internecie
Cofnijmy się do Ameryki lat 30.: kobiety w sukienkach w groszki, kuchnie pachnące świeżo upieczonym ciastem, pastelowe lodówki w których w szklanych butelkach chłodzi się coca-cola. Szerokie krawaty, mężczyźni w kapeluszach, chromowane samochody lśniące jak marzenie i radio grające melodie, które dziś kosztują fortunę na winylach.

Serial „Mildred Pierce” oparty na powieści Jamesa M. Caina zabiera nas do Kalifornii lat 30., gdzie Mildred - w tej fenomenalnej, wielowarstwowej kreacji zobaczymy Kate Winslet - rozpoczyna życie od nowa. Zdradzona, zostawiona, z dwójką dzieci i garścią marzeń. W świecie, w którym kobiety nie miały mieć ambicji, Mildred bierze los w swoje ręce. Najpierw zostaje kelnerką, potem właścicielką restauracji, a w końcu staje się symbolem lokalnego sukcesu.
Haynes z czułością i chirurgiczną precyzją pokazuje, jak powstaje mit kobiety „silniejszej niż czasy, w których przyszło jej żyć”. Winslet gra ją z niezwykłą kontrolą emocji: jednocześnie twardą i kruchą, dumną i rozsypującą się na każdym zakręcie. W każdym spojrzeniu widać walkę o godność. W każdym jej uśmiechu - zmęczenie, które może udźwignąć tylko ktoś, kto musi.
Mildred ma w sobie coś z Rose z „Titanica”, trochę z „April z „Drogi do szczęścia”, a także z postaci granej przez Kate Winslet w najnowszym filmie „Lee. Na własne oczy”. Wszystkie te kobiety, tak świetnie zagrane przez angielską aktorkę łączy jedno... walka o siebie, swoje uczucia i marzenia.
„Mildred Pierce”. Serial o miłości matki do córki, która uzależnia jak narkotyk
Ta historia nie byłaby tak elektryzująca, gdyby nie Veda (Evan Rachel Wood) - córka równie utalentowana, co okrutna, snobistyczna i emocjonalnie niebezpieczna. Mildred kocha ją do granic zatarcia siebie, do granic zdrowego rozsądku. Próbuje sprostać wysokim wymaganiom córki Vedy, spragnionej możliwości, lecz pogardzającej fizyczną pracą matki.
W tym serialu miłość macierzyńska jest jak narkotyk - słodki, bolesny, niemożliwy do rzucenia. Mildred, mimo sukcesów, potyka się na najważniejszej relacji życia. Nie potrafi oddać pola, nie potrafi też zatrzymać dziecka, które wymyka się jej między palcami. Haynes nie boi się pokazać toksyczności, która rośnie po cichu: manipulacji, pogardy, duszących oczekiwań. To Veda wprowadza bohaterów w stany graniczne. To ona popycha fabułę w rejony, w których moim zdaniem - zasługujący na Oscara - melodramat staje się emocjonalnym thrillerem.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby YouTube i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
Dlaczego wracam do „Mildred Pierce”?
Sięgam po „Mildred Pierce” (dostępne w stałej ofercie na HBO Max) co roku, gdy tylko robi się chłodno, a długie wieczory domagają się historii, które pachną innym światem. I choć widziałam ten mini-serial już tyle razy to wciąż z zapartym tchem oglądam te pięć odcinków - za każdym razem jakby po raz pierwszy - i przeżywam losy bohaterów. Ich decyzje, rozterki, wybory. Bo ten serial to pięć godzin absolutnie wybitnej telewizji: nagrodzonej Emmy, Złotym Globem, SAG i Satellite, zagranej z teatralną elegancją i kinową intensywnością. To rzadki portret kobiety, który - choć napisany w latach 40. - jest bardziej współczesny niż większość dzisiejszych opisów bohaterek.
To także Ameryka, jakiej już nie ma: lśniąca, pachnąca, surowa i mroczna jednocześnie. Świat porcelanowych talerzyków, kryzysowych emocji i wielkich ambicji, które rodzą się w małych kuchniach.
I choć w centrum jest Mildred i jej uzależniająca, niszcząca relacja z córką, warto zatrzymać się też przy postaci Berta, w przejmującej i subtelnej roli Guya Pearce’a. Bert odchodzi do innej kobiety - to prawda. Zdradził, zawiódł, zostawił. A jednak w każdej ważnej chwili stoi po stronie Mildred: pomaga przy dzieciach, w kryzysie zawsze wraca, troszczy się o edukację córek, dba o ich byt, a jej zawodowe ambicje dopinguje z absolutną szczerością. Niby nic wielkiego - w końcu to równie oczywisty obowiązek mężczyzny jak kobiety. A jednak… ile kobiet dziś toczy wojnę o to, by ich partner potrafił zachować się choć w połowie jak Bert?
A gdy pojawiają się napisy końcowe, zawsze zadaję sobie to samo pytanie: jak silna może być matczyna miłość - i czy matka jest w stanie powiedzieć o własnym dziecku: „do diabła z nią”? I jeśli tak, to co ją do tego zmusiło.

