Między absurdem a światem, który sam siebie nie rozumie. Ten film zdobył aż 13 nominacji do tegorocznych Oscarów. Oto dlaczego [RECENZJA]
Film Paula Thomasa Andersona, nominowany do 13 Oscarów i okrzyknięty jednym z najważniejszych dzieł 2025 roku, to czarna komedia‑thriller, która wciąga, irytuje i nie zostawia obojętnym - bo opowiada o Ameryce rozdartej, w której jedna bitwa zaczyna się tam, gdzie kończy się druga.

„Jedna bitwa po drugiej” to film jak żadne inne z ostatnich lat - brutalny, zabawny, gorzki i przewrotny. Reżyser Paul Thomas Anderson (twórca „Magnolii”, „There Will Be Blood” czy „Licorice Pizza”) łączy w nim action, satyrę, dramat i komentarz społeczny w sposób, który nie tyle tłumaczy współczesną Amerykę, ile obrazuje ją w całej jej złożoności.
Akcja oparta jest luźno na powieści Thomasa Pynchona Vineland i podąża za Bobem Fergusonem - byłym bojownikiem radykalnej grupy sprzed lat, w którego wciela się Leonardo DiCaprio. Gdy na horyzoncie pojawia się dawno niewidziany wróg, Ferguson zostaje wciągnięty w kolejną walkę - tym razem nie tyle o ideologię, ile o własną rodzinę, tożsamość i sens tego, co robił kiedyś. Świat w jakim się porusza - pełen ekstremizmów, absurdów i szaleństw codzienności - wydaje się miejscem, gdzie granice między komedią a tragedią zacierają się bez ostrzeżenia.
„Jedna bitwa po drugiej” czyli gorzka satyra i przewrotna komedia w jednym

To nie jest klasyczny thriller ani typowa satyra polityczna. Anderson świetnie łączy czarny humor z ostrym spojrzeniem na temat ekstremizmów, uprzedzeń i podziałów społecznych. Film balansuje między śmiechem a niepokojem - sceny galopujących akcji przeplatają się z gorzkimi komentarzami o współczesności i własnej tożsamości. Najlepiej widać to w sposobie, w jaki postaci reagują na kolejne „bitwy”: nie tylko te fizyczne, ale i te w głowach bohaterów.
Ten styl bywa czasem męczący - bo Anderson nie oszczędza widza. Ale w tej kompozycji intensywnej akcji, groteski i refleksji jest coś magnetycznego: film ciągle zaciera granice między tym, co poważne, a tym, co absurdalne, pokazując, że w teatrze dzisiejszego świata jedno nie istnieje bez drugiego.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby YouTube i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
Obsada, bohaterowie i chemia na ekranie

Wielowątkowa obsada tego kina to nie tylko zestaw nazwisk - to prawdziwe silosy aktorskie:
DiCaprio jako Ferguson jest surowy, cierpiący i chwilami zabawny w swojej desperacji - jak ktoś, kto wciąż nie może się pogodzić z przeszłością i własnymi błędami.
Sean Penn, choć w roli antagonistycznej, wnosi do filmu chłód i bezwzględność, która popycha historię ku nieoczekiwanym zwrotom.
Benicio Del Toro pojawia się jako przewrotny „mistrz zen”, kontrastując z chaosem akcji i absurdami fabuły.
Teyana Taylor i Chase Infiniti dopełniają kalejdoskop postaci, które balansują między empatią, cynizmem i impulsem walki.
To ensemble, które naliczyło rekordowe siedem nominacji do SAG Awards, jest jednym z powodów, dla których film jest jednym z najczęściej dyskutowanych tytułów sezonu oscarowego.
Struktura narracji: rytm bitew, rytm życia

„Jedna bitwa po drugiej” nie opowiada historii liniowo. To raczej seria rytmicznych uderzeń - bitew, flashbacków i bitew w psychice bohaterów. Anderson potrafi sprawić, że nawet najbardziej chaotyczne sceny mają swoją muzykę i sens: każdy pojedynek, każda konfrontacja to drobna odsłona ludzkich lęków, obaw i potrzeb.
Musze przyznać, że narracja w tym filmie pędzi jak lawina - w jednej chwili śmiejesz się z przewrotności sytuacji, w następnej czujesz ciężar bólu i historii, którą niosą postaci. To kino, które działa na wielu poziomach: intelektualnym, emocjonalnym i visceralnym (film oddziałuje na widza nie tylko intelektualnie czy emocjonalnie, ale przede wszystkim bezpośrednio na ciało i instynkty, wywołując fizyczne reakcje).
Anderson, znany z perfekcyjnego kunsztu wizualnego, tym razem sięga po bogatą paletę obrazu: scena pustynnej akcji kontrastuje z klaustrofobicznymi wnętrzami, realistyczne detale przeplatają się z surrealistycznymi ujęciami pamięci i lęku. Kameralna intymność miesza się tu z epickim rozmachem scen bitewnych, a muzyka - często niepokojąca - podkreśla napięcie fabularne. Tak jak w najlepszych filmach Andersona, obraz mówi tu równie dużo co słowa.
Nagrody, sezon i Oscary dla „Jedna bitwa po drugiej”

Nie sposób pisać o tym filmie, nie wspominając o jego statusie w sezonie nagród. Po triumfie na Critics Choice Awards jako najlepszy film roku, zwycięstwach na Golden Globes i dominacji podczas BAFTA, gdzie zdobył aż sześć nagród, „Jedna bitwa po drugiej” (ang. „One Battle After Another”) jest jednym z głównych pretendentów do Oscarów 2026 - w tym w kategorii Najlepszy Film, Reżyseria i aż kilku aktorskich wyróżnień. (W tym dla DiCaprio - posiadającego w swojej karierze tylko jednego Oscara - za najlepszego aktora pierwszoplanowego)
Ale Oscary to tylko część narracji tego filmu - nie jako nagrody same w sobie, ale jako dowód, że kino z dużym budżetem może być zarówno ambitne, jak i masowe, a jednocześnie przemawiać do serc i umysłów widzów.
Refleksja: „Jedna bitwa po drugiej” to kino, które odbija nasz świat

To nie jest film idealny - momentami zbyt gęsty, zbyt eklektyczny, a narracja potrafi przytłoczyć. Ale w jego niedoskonałości tkwi też siła: przypomina nam, że świat nie składa się z prostych opowieści, że każdy konflikt, każdy lęk i każda emocja ma swoje głębsze echo.
Anderson pokazuje, że nawet w chaosie współczesności można znaleźć spójność serca i umysłu - że kino może być formą opowieści, której tempo jest właśnie tak szybkie, nieprzewidywalne i wielowymiarowe, jak nasze własne życie.
„Jedna bitwa po drugiej” to film wyzywający, emocjonalny i błyskotliwy. To kino akcji, które potrafi wstrząsnąć tak samo jak refleksja nad kondycją współczesnego świata. W Polsce dostępny jest na platformach HBO Max oraz Apple TV. Jeśli kochasz kino, które nie boi się zadawać pytań i mieszać gatunków - ten film to uczta, która zostaje w głowie długo po napisach końcowych.

