Reklama

Jedno popołudnie, ponad połowa książki za mną i naprawdę trudno się oderwać, aby nie przeczytać jej „na raz”. Martyna Wojciechowska pisze tak, jakby siedziało się tuż obok niej i patrzyło na „zwykłą dziewczynę”, która postanowiła wejść na Everest (no może nie aż tak „zwykłą” bo masa dziewczynek chciała być w tamtych czasach Martyną i prowadzić „Automaniaka” czy „Big Brothera”). Nie ma tu jednak dystansu, pomnika ani narracji „kobiety sukcesu”, którą znamy z okładek magazynów czy telewizji. Jest za to bardzo intymna opowieść o strachu, presji, samotności i cenie życia w ciągłym ruchu. I chyba właśnie to robi największe wrażenie.

Bo „Przesunąć horyzont. 20 lat później” nie jest zwykłym wznowieniem książki z 2006 roku. Tamta opowieść była historią zdobywania marzeń, walki i przekraczania granic. Dziś Martyna wraca do niej jako zupełnie inna kobieta. Rozszerza historię z dziewięciu do dwudziestu ośmiu rozdziałów. Dopisuje emocje, których wcześniej nie umiała albo nie chciała nazwać. Rozprawia się z własnym mitem. I robi to z ogromną dojrzałością.

Sama powiedziała, że tę książkę „dedykuje sobie”. I mam wrażenie, że to najważniejsze zdanie całej tej historii. Bo pierwszy raz - jak podkreśliła - nie próbuje nikomu niczego udowodnić.

Elle newsletter
elle.pl

„Supergirls don’t cry”

Martyna Wojciechowska
mat. prasowe/ fot. Cezary Piwowarski

Pisząc tę recenzję słucham utworu „Supergirls don’t cry”, który swojego czasu był ulubionym utworem Martyny - czego dowiecie się także z tej książki. Wojciechowska w tej historii zdejmuje z siebie zbroję. Pisze o świecie, w którym kobieta musiała być mocniejsza, szybsza i lepsza, żeby traktowano ją poważnie.

„Żeby być traktowaną naprawdę poważnie, czułam, że nie wystarczy robić tego samego co faceci. Trzeba robić więcej. Mocniej. Szybciej.”

I choć to zdanie pada w pierwszych rozdziałach - czyli powstało w książce „przesunąć horyzont”, to czyta się to dziś z zaskakującym poczuciem aktualności. Bo choć minęły dwie dekady, wiele kobiet nadal żyje dokładnie według tej samej zasady. Mamy być ambitne, sprawcze, odporne, najlepiej jeszcze piękne i uśmiechnięte. A jeśli już płakać - to po cichu. Martyna podbija jeszcze emocje i na kolejnych stronach pisze wprost:

„Każda moja słabość zostanie wykorzystana przeciwko mnie.”

I nagle okazuje się, że książka o Martynowym Evereście zaczyna być książką o nas wszystkich. O kobietach wychowanych do dzielności. O kobietach, które nauczyły się mówić „dam radę”, nawet kiedy nie miały już siły wstać z łóżka. O kobietach, które przez lata myliły siłę z samotnością.

Martynę Wojciechowską poznaje się tu kawałek po kawałku

Pamiętnik Martyny Wojciechowskiej
mat. prasowe/ fot. Cezary Piwowarski

To niezwykłe jak za pomocą tej książki można poznać (pokusiłabym się na stwierdzenie - w dość dużym stopniu) Martynę Wojciechowską - kawałek po kawałku. Nie przez wielkie medialne momenty, ale przez drobiazgi, sposób myślenia, pojedyncze zdania. Kiedy pisze o przygotowaniach do Everestu, nie tworzy mitu „niezniszczalnej himalaistki”. Zamiast tego w zapiskach pamiętnika wniesionego i tworzonego na 8-tysięczniku analizuje własne ciało niemal centymetr po centymetrze:

„Gdy postanawiam, że wyruszę na Mount Everest, jest dla mnie oczywiste, że muszę wcześniej wybrać się na jakąś górę, żeby przeprowadzić próbę generalną. Nie wiem, czy zgodnie ze słowami lekarza jestem w stanie wspinać się z plecakiem. Jak zniosę długotrwały wysiłek fizyczny? Czy kręgosłup i kolana dadzą o sobie znać od razu, czy dopiero po jakimś czasie”.

W tych kilku zdaniach widać wszystko: skrupulatność, odpowiedzialność i charakterystyczną dla niej potrzebę przygotowania się na każdy możliwy scenariusz. Martyna nie robi nic „po łebkach”. Nawet marzenia traktuje jak zadanie do wykonania.

Im dalej w książkę, tym bardziej przesuwa się horyzont

Książka Martyny Wojciechowskiej
mat. prasowe/ fot. Cezary Piwowarski

Najbardziej zostały ze mną te późniejsze rozdziały. Nie te o samym zdobyciu szczytu (choć kocham góry, a Everest jest moim marzeniem), ale te, w których Martyna Wojciechowska zaczyna opowiadać o rzeczach znacznie trudniejszych niż góry. O byciu kobietą, którą wszyscy obserwują. O macierzyństwie. O presji. O tym nieustannym poczuciu, że trzeba zasłużyć na prawo do własnych wyborów. I nagle ta historia kompletnie zmienia swój ciężar.

Bo kiedy Wojciechowska wraca do momentu wyjazdu na Antarktydę i opisuje reakcje ludzi na to, że jako matka nadal chce podróżować, pracować i przekraczać granice, trudno nie pomyśleć o tym, jak bardzo kobiety wciąż są rozliczane z każdej decyzji. Z tego, ile pracują. Ile czasu poświęcają sobie. Czy są wystarczająco obecne. Wystarczająco ciepłe. Wystarczająco „dobre”.

„Czy matka w ogóle powinna zrezygnować ze swojego życia i swoich pasji?”

To jedno pytanie otwiera tu znacznie większy temat. Kilka stron później pojawia się bardzo intymne wyznanie:

„Czuję, że dopiero tam narodziłam się jako matka.”

I niemal natychmiast zostaje ono sprowadzone do medialnego nagłówka, który jak satelita zaczyna krążyć w sieci:

„Martyna dopiero na Antarktydzie pokochała swoje dziecko”.

Czytałam to z ogromnym smutkiem i wstydem za „dzisiejszy świat mediów” - bo choć nie tworzę click-bitów, to przedstawiając się jako dziennikarka wiele osób w swojej głowie, przez takie właśnie nagłówki, może wrzucić mnie do tego samego worka. Bo w tych kilku zdaniach mieści się właściwie całe doświadczenie wielu kobiet - świat, który nie daje przestrzeni na skomplikowane emocje, tylko błyskawicznie zamienia je w ocenę. Wojciechowska pisze o tym bardzo spokojnie, bez rozgoryczenia, ale właśnie dlatego wybrzmiewa to jeszcze mocniej. Zwłaszcza kiedy dodaje:

„Matki-himalaistki przez dekady musiały udowadniać coś, czego od ojców-himalaistów nigdy nie wymagano: że pasja i odpowiedzialność się nie wykluczają.”

I wtedy już naprawdę trudno myśleć o tej książce wyłącznie jak o historii zdobycia Everestu. Coraz bardziej staje się opowieścią o kobietach, które przez lata próbowały być jednocześnie silne, ambitne, opiekuńcze, odporne i „wystarczające” dla wszystkich wokół. A przecież to właśnie ten ciężar bywa czasem największą górą do zdobycia.

Everest po latach wygląda inaczej

Premiera książki Martyny Wojciechowskiej
mat. prasowe/ fot. Cezary Piwowarski

20 lat temu „Przesunąć horyzont” było dla mnie historią o zdobywaniu świata. Dziś czytam ją bardziej jak opowieść o człowieku, który próbuje przetrwać samego siebie. Dlatego tak mocno wybrzmiewają fragmenty o słabości.

„Nie chcę dać rady.”

To jedno zdanie właściwie rozsadza cały mit „Martyny, która zawsze daje radę”. Bo ta książka nie opowiada już wyłącznie o sukcesie. Opowiada o tym, co dzieje się później. Co zostaje w człowieku po traumie, po stracie, po nieustannym życiu na najwyższych obrotach. Wojciechowska bardzo dużo pisze o presji. O tym, że nie umiała się zatrzymać. Że ciągle potrzebowała ruchu, celu, kolejnego wyzwania. I chyba pierwszy raz tak otwarcie pokazuje, że czasem ekstremalne życie może być też formą ucieczki.

Potrzebuję dyskomfortu, wręcz bólu i cierpienia, żeby wrócić do siebie.”

To jeden z tych cytatów, które zostają w głowie długo po zamknięciu książki.

„Odwaga zaczyna się od tego, żeby pozwolić się sobą zaopiekować”

Premiera książki Martyny Wojciechowskiej
mat. prasowe/ fot. Cezary Piwowarski

Mój ulubiony fragment? „Bez strachu nie ma odwagi”. To zdanie trochę jak motto towarzyszy mi w najtrudniejszych chwilach od czasu, gdy przeczytałam pierwszą wersję „Przesunąć horyzont” z 2006 roku. Chwilę później w nowej książce pada zdanie, które pokazuje, jak bardzo zmieniła się dziś Martyna Wojciechowska:

„Czasem prawdziwa odwaga zaczyna się od tego, żeby pozwolić się sobą zaopiekować.”

Dlatego ta książka działa tak mocno. Bo nie jest już opowieścią o niezniszczalnej bohaterce. Jest opowieścią o człowieku. O kobiecie, która przez lata próbowała być „supergirl”, aż w końcu zrozumiała, że nie musi już nikomu udowadniać swojej siły.

Premiera książki Martyny Wojciechowskiej „Przesunąć horyzont. 20 lat później” pełna symboli i ludzi, którzy tworzyli historię

mat. prasowe/ fot. Cezary Piwowarski
mat. prasowe/ fot. Cezary Piwowarski

Oficjalna premiera książki odbyła się 18 maja - dokładnie w dniu, w którym Martyna Wojciechowska 20 lat temu stanęła na Evereście. I mam wrażenie, że trudno byłoby wymyślić bardziej symboliczny moment. Na premierze pojawiło się mnóstwo osób, które przez lata były częścią jej drogi. Była Elżbieta Dzikowska - „podróżnicza mama” Martyny. Był Krzysztof Wielicki, człowiek, przed którym góry zdają się nie mieć tajemnic. Był Andrzej Bargiel, który od lat redefiniuje granice niemożliwego. Pojawił się także Dariusz Załuski - operator i dokumentalista, który filmował wejście Wojciechowskiej na Everest.

Był również Bedoes, który ostatnio razem z Łatwogangiem zorganizował akcję charytatywną dla dzieci chorych na raka jakiej w Polsce jeszcze nie było. Był Grzegorz Krychowiak. Był Mark Brzezinski - ambasador Stanów Zjednoczonych w Polsce w latach 2022–2025. Była także prezydentowa Joanna Kwaśniewska, która od lat wspiera Martynę w wielu akcjach. I dziesiątki innych osób ze świata kultury, mediów, sportu i podróży, których wymienienie zajęło by kolejne strony tego artykułu.

A paradoksalnie ten wieczór wcale nie był o gwiazdach, które wsparły autorkę swoją obecnością. Był o Martynie, która po 20 latach wróciła do własnej historii i opowiedziała ją od nowa. Tym razem uczciwiej. Ciszej. Jeszcze bardziej intymnie. Jeszcze bardziej dokładnie. Martyna pisze w książce:

„Najważniejsze są ludzkie historie.”

I mam poczucie, że ta książka jest dowodem, że w końcu własną historię też potraktowała z taką samą uwagą jak historie innych ludzi - które dzięki jej determinacji mogły zobaczyć i przez to pokochać miliony widzów.

Martyna Wojciechowska „Przesunąć horyzont. 20 lat później”. To nie jest książka o górach

Premiera książki Martyny Wojciechowskiej
mat. prasowe/ fot. Cezary Piwowarski

Choć kocham książki o górskich wyprawach - a to nie jest książka o górach, to polecam ją z całego serca. Niech was nie zwiedzie Everest umieszczony na rancie okładki. To nie jest książka wyłącznie o wspinaczce. To książka o tym symbolicznym Evereście, który każdy z nas widzi gdzieś w swoim życiu. Czasem jest nim strata. Czasem samotność. Czasem lęk, którego nie umiemy nazwać. A czasem zwykłe zmęczenie ciągłym udowadnianiem światu, że damy radę. Może dlatego tak łatwo odnaleźć w tej historii kawałek siebie.

Od jutra „Przesunąć horyzont. 20 lat później” trafia do regularnej sprzedaży w księgarniach. Pojawi się również audiobook czytany przez samą Martynę Wojciechowską. Jak przyznała podczas premiery - nagrywanie go było momentami jeszcze trudniejsze niż samo pisanie.

I po przeczytaniu tej książki doskonale rozumiem dlaczego.

Premiera książki Martyny Wojciechowskiej
mat. prasowe/ fot. Cezary Piwowarski
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...