„Love Story: John F. Kennedy Jr. i Carolyn Bessette” - bajka o miłości, której zakończenia wolelibyście nie znać [RECENZJA]
Z jednej strony bajka o miłości, z drugiej lekcja, jak brutalne bywa życie publicznych osób. Ten serial przeniesie was do lat 90., zachwyci stylem Carolyn, sprawi, że będziecie kibicować parze, której znacie tragiczny los i odkryjecie, że jest to nieodparcie emocjonujące.

Uwielbiam ten moment, kiedy serial przestaje być tylko serialem, a zaczyna być nastrojem. U mnie tak właśnie stało się z „Love Story: John F. Kennedy Jr. i Carolyn Bessette” - produkcją sygnowaną przez Ryana Murphy (reż. American Horror Story), która od paru dni króluje na Disney+ i sprawia, że cały dzień słucham soundtrackowej listy utworzonej przez fanów serialu na Spotify - przez co czuję się jakbym naprawdę mieszkała w Nowym Jorku w 1995 roku.
To nie jest zwykła biograficzna opowieść o „najgorętszej parze Ameryki”. To jest stan zakochania. W nich. W epoce. W tej energii, która pachnie minimalizmem Calvina Kleina, papierosowym dymem w klubach na Manhattanie i poczuciem, że świat - mimo wszystko - jest jeszcze prostszy.
Zakochałam się w latach 90. (i nie chcę z nich wracać)

Od pierwszej sceny wiedziałam, że przepadnę. Ziarnisty obraz, miękkie światło, długie ujęcia, cisza, która mówi więcej niż dialog. Odbudowane wieże World Trade Center w tle - jak wyrzut sumienia historii. Nowy Jork pulsuje, ale nie jest przerysowany. Jest intymny. Jest jak marzenie...
I Carolyn. Jej marynarki. Białe koszule. Proste dżinsy. Włosy - idealnie niedoskonałe. Oglądając ją, miałam ochotę zamknąć laptop, wyjść z domu i kupić pierwszą lepszą slip dress, jakby od tego zależało moje życie uczuciowe. Serial nie tylko opowiada historię - on wpływa na to, jak chcesz wyglądać, jak chcesz się poruszać, jak chcesz kochać.
Od kilku dni słucham w kółko The Cranberries, Sade, En Vogue, Seal - utworów których gdy słuchałam ich ostatnio to musiałam kliknąć play na walkmanie. Ten soundtrack nie jest tłem. On jest emocją. I dokładnie tak samo działa ten serial - nie oglądasz go, tylko w nim jesteś.
„Love Story: John F. Kennedy Jr. i Carolyn Bessette”. Miłość, której kibicujesz, choć znasz finał

Historia Johna F. Kennediego Jr. i Carolyn Bessette-Kennedy jest jak współczesna bajka. On - amerykański książę, syn legendy. Ona - dziewczyna z branży mody, która nie chciała być księżniczką. Ich pierwsze spojrzenia są subtelne. Nic tu nie jest krzykliwe. Nawet sceny intymne mają w sobie miękkość i prawdę - nie są „pod publiczkę”. To nie jest romans zbudowany na skandalu. To romans zbudowany na spojrzeniach, niedopowiedzeniach, napięciu.
I właśnie dlatego boli bardziej. Bo kibicujesz im. Mimo że wiesz, jak to się skończy. Wiesz o lipcowej nocy 1999 roku. Wiesz o samolocie. Wiesz o oceanie. A jednak łapiesz się na tym, że przez chwilę chcesz uwierzyć, że tym razem historia się zmieni i zakończy happy endem.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby YouTube i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
Historia, której możemy nie pamiętać

Oglądając ten serial, złapałam się na czymś niewygodnym. Nie pamiętałam tej historii. O zamachu na 35. prezydenta Stanów Zjednoczonych uczymy się w liceum. Nazwisko John F. Kennedy znamy wszyscy. To polityka, podręczniki, archiwalne nagrania, wielka narodowa trauma Ameryki. Ale jego syn?
Siedziałam przed ekranem i uświadomiłam sobie, że data 16 lipca 1999 roku nic mi nie mówi. Że nazwisko John F. Kennedy Jr. było dla mnie bardziej ikoną stylu z czarno-białych zdjęć niż realnym człowiekiem z realnym końcem. Że Carolyn Bessette-Kennedy kojarzyłam z moodboardów na Pintereście, nie love story, która zakończyła się tragedią. I może mam do tego prawo. Ameryka jest kilka tysięcy kilometrów stąd. To były lata 90. ich mit, ich żałoba transmitowana na żywo.
A jednak, kiedy serial prowadzi mnie przez ich spojrzenia, czułość, drobne sprzeczki i wielkie gesty, czuję coś w rodzaju wstydu. Bo nagle ta historia przestaje być „amerykańska”. Staje się ludzka. Intymna. Bliska. I w pewnym momencie dociera do mnie coś jeszcze: ten serial jest tak dobry, że zaczynam wierzyć, że oglądam ich miłość, wiedząc, że ona już się skończyła. A oni - w tych scenach, w tamtym momencie - jeszcze o tym nie wiedzą.
Casting, który sprawia, że zapominasz, że to rekonstrukcja

Największe zaskoczenie? Dobór aktorów. Dawno nie widziałam tak dobrze zrealizowanego castingu. Aktorzy tak mocno przypominają realne postacie, że ciężko uwierzyć, że to tylko serial.
W roli Johna oglądamy Paula Kelly'ego (debiutującego aktora o tej samej magnetycznej energii, co Kennedy Jr.) - i to jest wybór ryzykowny, ale absolutnie trafiony. To nowy crush kobiet - zamiast Jacoba Elordiego z „Wichrowych Wzgórz”. Nie próbuje kopiować archiwalnych gestów. Nie robi z Johna pomnika. Gra go miękko. Z uśmiechem chłopca, który wie, że wszyscy na niego patrzą, i z cieniem w oczach kogoś, kto całe życie próbuje wyjść z cudzego nazwiska. Jest w nim coś rozbrajającego. Coś, co sprawia, że rozumiesz, dlaczego Ameryka go kochała.
A Carolyn? W tej roli Sarah Pidgeon (znana widzom z Wielkich małych historii) jest hipnotyzująca. Nie gra „ikony stylu”. Gra kobietę, która próbuje oddychać pod ciężarem cudzych oczekiwań. Jej minimalizm jest perfekcyjny - oszczędne gesty, spojrzenia rzucane spod rzęs, cisza, która boli bardziej niż krzyk. To nie jest krzykliwa rola. To rola oparta na napięciu. I właśnie dlatego działa. Między nimi jest chemia, która nie eksploduje. Ona się tli. W półuśmiechach. W drobnych dotknięciach. W scenach, które trwają o kilka sekund za długo - i właśnie dlatego wydają się prawdziwe.
Cena bycia „amerykańską parą idealną”

Serial nie idealizuje życia John F. Kennediego Jr. i Carolyn Bessette. Pokazuje coś, o czym rzadko myślimy, przeglądając archiwalne zdjęcia z paparazzi: presję. Życie pod lupą. Ciągłe komentarze. Oczekiwania wobec niej - że będzie drugą Jackie. Wobec niego - że dorówna ojcu. W cieniu serialu unosi się duch Jacqueline Kennedy Onassis - władczej, eleganckiej, perfekcyjnej. Kobiety, która wiedziała, jak powinno wyglądać nazwisko Kennedy.
I nagle ta miłość przestaje być tylko prywatna. Staje się projektem narodowym. Patrząc na Carolyn, miałam w sobie jedną myśl: chyba nigdy nie chciałabym zakochać się w kimś sławnym. Nawet jeśli miałby oczy Johna i uśmiech chłopca, który nigdy nie przestał być dzieckiem po traumie zamachu na ojca. Bo kiedy kochasz kogoś takiego, kochasz go razem z całym światem.
Dlaczego serial „Love Story: John F. Kennedy Jr. i Carolyn Bessette” działa tak mocno?

Bo to nie jest klasyczny biopic. To nie jest sensacyjna rekonstrukcja wypadku. To opowieść o napięciu między prywatnością a legendą. O tym, jak bardzo chcemy wierzyć w romantyczne historie - nawet jeśli kończą się tragedią. Ja jestem zauroczona. Tą estetyką. Tą melancholią. Tą muzyką, którą nucę od rana. I tym dziwnym uczuciem, że czekanie na kolejny odcinek przypomina czekanie na telefon od kogoś, w kim jesteś zakochana.
„Love Story” to nie jest serial do binge-watchingu w tle. To serial, który wchodzi pod skórę. Który sprawia, że chcesz na chwilę przenieść się do Nowego Jorku lat 90., zakochać się bez kalkulacji i wierzyć, że miłość może być większa niż legenda. A potem zostajesz z ciszą. Z muzyką w słuchawkach. I z pytaniem, czy naprawdę da się kochać kogoś, kto nigdy nie będzie tylko „twój”.

