Reklama

Przyzwyczailiśmy się, że północ Europy to przede wszystkim mroczne historie, duszne thrillery i bohaterowie, którzy więcej milczą, niż mówią - od „Most nad Sundem”, przez „Forbrydelsen” czy historie z „Harrym Holem” po klasyk, który wielu widzom otworzył drzwi do skandynawskich tytułów: „Millennium: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”. Tym razem jest inaczej.

„Je m’appelle Agneta” - nowość na Netflix - sięga po zupełnie inny ton - lżejszy, bardziej czuły, ale wcale nie mniej trafny. To opowieść o momencie w życiu, który trudno nazwać kryzysem, ale jeszcze trudniej zignorować.

Elle newsletter
elle.pl

„Je m’appelle Agneta” - skandynawska komedia romantyczna na Netflix

„Je m’appelle Agneta”
mat. prasowe

Agneta ma 49 lat i poczucie, że wszystko, co miało się wydarzyć, już się wydarzyło. Dzieci poszły własną drogą, małżeństwo dawno przestało być tym, czym było, a praca - jak się okazuje - nie była tak pewna, jak mogło się wydawać. To właśnie ten moment zawieszenia staje się punktem wyjścia. Bohaterka podejmuje decyzję, która z zewnątrz wygląda jak impuls, ale w rzeczywistości dojrzewała w niej od dawna - wyjeżdża do Francji, do pracy, której do końca nie rozumie.

Na miejscu okazuje się, że „opieka nad dzieckiem” oznacza coś zupełnie innego, niż można było się spodziewać. Einar, którym ma się zająć Agneta, to starszy, ekscentryczny mężczyzna zmagający się z demencją. Ich relacja od początku wymyka się schematom. To nie jest klasyczna historia opiekunki i podopiecznego - raczej spotkanie dwóch osób, które w różny sposób próbują odnaleźć się w rzeczywistości, która przestała być przewidywalna.

„Je m’appelle Agneta” to historia o drugich szansach

„Je m’appelle Agneta”
mat. prasowe

Z czasem między Agnetą a Einarem pojawia się coś, czego nie da się łatwo nazwać - bliskość, która nie wynika z obowiązku, tylko z potrzeby. To właśnie w tej relacji film znajduje swój najciekawszy punkt. Zamiast dramatycznych zwrotów akcji dostajemy emocje, które rozwijają się powoli, ale zostają na dłużej.

W roli głównej oglądamy Eva Melander, znaną m.in. z filmu „Granica”. Jej Agneta jest jednocześnie wycofana i uważna - to postać, którą poznajemy bardziej przez spojrzenia niż słowa. Na ekranie towarzyszą jej m.in. Claes Månsson, Jérémie Covillault oraz Anne-Marie Ponsot, tworząc świat, który balansuje między szwedzką powściągliwością a francuskim luzem.

Bestseller, który doczekał się ekranizacji

Je m’appelle Agneta
mat. prasowe

Film powstał na podstawie powieści autorstwa Emmy Hamberg, która w Szwecji stała się prawdziwym wydawniczym fenomenem. Sprzedaż przekroczyła 200 tysięcy egzemplarzy, a książka zdobyła najważniejsze lokalne nagrody i szybko trafiła do czytelników poza Skandynawią.

Ekranizacja pojawiła się kilka lat później, zachowując jedynie najważniejsze elementy historii - ale nadając jej bardziej wizualny, europejski charakter.

Dlaczego warto obejrzeć „Je m’appelle Agneta”?

Je m’appelle Agneta
mat. prasowe

Bo to historia, która nie próbuje być spektakularna. Zamiast tego skupia się na emocjach, które są zaskakująco uniwersalne - poczuciu niewidzialności, potrzebie zmiany i odwadze, żeby zrobić coś wbrew sobie sprzed lat. To także opowieść o tym, jak łatwo w pewnym momencie życia zniknąć - nie dosłownie, ale gdzieś pomiędzy codziennymi obowiązkami, oczekiwaniami i rolami, które odgrywamy przez lata. Agneta jest jedną z tych bohaterek, w których można przejrzeć się niemal natychmiast: nie dlatego, że jej historia jest wyjątkowa, ale właśnie dlatego, że wydaje się tak znajoma.

Film dostępny od 29 kwietnia na platformie Netflix bardzo subtelnie pokazuje, że zmiana nie zawsze zaczyna się od wielkich decyzji, tylko od małego impulsu - jednego kroku w stronę czegoś, co jeszcze chwilę wcześniej wydawało się niemożliwe. I że czasem trzeba wyjechać naprawdę daleko, żeby w końcu zobaczyć siebie wyraźniej.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...