Ten głośny serial stał się numerem 1 na Netflix w dobę od premiery. Zetki go uwielbiają
Pierwsza część 4. sezonu „Bridgertonów” właśnie trafiła na Netflixa i jak zwykle od razu znalazła się na szczycie rankingu. Sprawdziłam, czy ten świat wciąż działa tak samo mocno jak kiedyś. I dlaczego pokolenie Z nazywa ten sezon najbardziej feministycznym w historii serialu.

Długo czekałam na ten powrót. Może nawet dłużej, niż chciałabym przyznać. Kiedy więc Netflix udostępnił pierwszą część 4. sezonu „Bridgertonów”, obejrzałam ją jednym ciągiem - bez przerw, bez scrollowania telefonu, dokładnie tak, jak ogląda się historie, które mają dać czystą przyjemność.
I bardzo szybko zauważyłam, że jeszcze tego samego dnia kiedy „Bridgertonowie” weszli na platformę Internet podzielił się na dwa obozy. Jedni zachwyceni - dokładnie tak, jak przy poprzednich sezonach. Drudzy krytyczni, rozczarowani, znudzeni. Tej drugiej grupy, przyznam, nie do końca rozumiem.
W tym artykule:
- 4. sezonu „Bridgertonów” nr. 1 na Netflix. Historia Kopciuszka, która wciąż działa
- W końcu ktoś zobaczył służbę
- Benedict, którego można lubić… i przestać
- Lady Bridgerton i kobiety 50+
- Dlaczego Zetki kochają 4. sezon „Bridgertonów”
- „Bridgertonowie” - serial, który nie pyta o to kim jesteś
4. sezonu „Bridgertonów” nr. 1 na Netflix. Historia Kopciuszka, która wciąż działa
Czwarty sezon opiera się na jednej z najbardziej znanych bajek świata. Jest bal. Jest północ. Jest ucieczka. Zamiast pantofelka - rękawiczka. Zamiast królewskiego pałacu - dom Bridgertonów. Znamy tę historię na pamięć i choć może wydawać się oklepana, to wciąż - patrząc, że „Bridgertonowie” są nr 1. na Netflix - chcemy ją oglądać. Może właśnie dlatego, że działa na jakimś bardzo pierwotnym poziomie: obietnicy, że ktoś nas dostrzeże i pokocha.
Ale dla mnie ta pierwsza część 4. sezonu nie opiera się wyłącznie na historii kopciuszka i romansie Benedicta i Sophie. To coś znacznie więcej.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby YouTube i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
W końcu ktoś zobaczył służbę

Najbardziej poruszyło mnie to, jak 4. sezon w końcu pokazuje los służby - ludzi, którzy przez dekady oddawali swoje życie arystokratycznym rodom. Byli zawsze dostępni, zawsze dyspozycyjni, często pozbawieni szacunku i prawa do własnych granic. „Jeśli ci się nie podoba, możesz odejść” - brzmi jak wolność, ale w praktyce oznaczało brak wyboru.
Historia Sophie wybrzmiewa właśnie w tym kontekście najmocniej. To nie tylko wariacja na temat Kopciuszka, ale opowieść o klasie, zależności i godności. I być może pierwszy raz „Bridgertonowie” tak wyraźnie oddają głos tym, którzy zwykle byli tylko tłem.
Benedict, którego można lubić… i przestać

Benedict od początku był tym Bridgertonem, który nie mieścił się w ramach. Trochę artysta, trochę obserwator, zawsze krok obok rodzinnych oczekiwań. Lekki duch - nie w znaczeniu niepoważny, raczej wolny. Taki, który nie chce żyć według scenariusza, nawet jeśli ten scenariusz jest piękny, bogaty i społecznie akceptowalny.
W 4. sezonie ta jego „lekkość” staje się jeszcze wyraźniejsza. Benedict nie goni za małżeństwem, nie potrzebuje tytułów ani stabilizacji tylko dlatego, że tak wypada. Jego tożsamość - także ta queerowa - jest czymś naturalnym, niewymuszonym, obecnym w tle, ale znaczącym. I właśnie to Zetki cenią w tej postaci najbardziej.
Warto też powiedzieć to wprost: serialowy Benedict jest znacznie łagodniejszy niż ten z książek Julii Quinn. Bardziej współczesny, bardziej uważny, mniej okrutny. A jednak są momenty - zwłaszcza w relacji z Sophie - po których można na chwilę przestać go lubić. I dobrze. Bo to nie jest sezon o idealnym bohaterze, tylko o dojrzewaniu do odpowiedzialności.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby YouTube i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
Lady Bridgerton i kobiety 50+

Najmocniejsze sceny? Dla mnie należą do Violet Bridgerton. Jej niepewność, szczerość, momenty, w których mówi: „chcę, ale się boję”. To opowieść o ciele, które się zmieniło. O pragnieniu bycia piękną dla kogoś - nawet jeśli dawno już nie było się czyimś obiektem pożądania. O kobiecie, która jak wiele matek - poświęciła się dla swoich dzieci i zapomniała o sobie.
Te sceny są czułe, delikatne i niezwykle potrzebne. Dla kobiet 50+, 60+, ale też dla młodszych, które rzadko widzą takie historie opowiedziane bez ironii, albo pozostawione w niedopowiedzeniu. Których nikt nie nauczył, że o „tych sprawach” można, a wręcz trzeba rozmawiać i nie należy się tego bać - bo przecież jak cudownie i prosto podsumowuje ochmistrzyni Bridgertonów: „każdy pije herbatę”.
Dlaczego Zetki kochają 4. sezon „Bridgertonów”

Pokolenie Z nie bez powodu zachwyca się tym sezonem. W ich rozmowach, komentarzach „Bridgertonowie” przestają być tylko romansidłem, a zaczynają być manifestem. „To pierwszy sezon, który naprawdę mówi o szacunku”, „Nie chodzi o ślub, tylko o wybór”, "To najbardziej feministyczna część ever".
Dla Zetek ten sezon jest feministyczny nie dlatego, że krzyczy hasłami, ale dlatego, że pokazuje różne drogi. Że nie każda historia musi kończyć się tym samym scenariuszem. Że pragnienia, lęki i granice są równie ważne jak miłość. Czwarty sezon „Bridgertonów” mówi o rzeczach, o których wciąż rozmawiamy za mało: o klasie, o pracy opiekuńczej, o cielesności, o strachu przed bliskością, o prawie do wyboru. To sezon mniej o fajerwerkach, bardziej o znaczeniach. I może właśnie dlatego tak mocno rezonuje z tymi, którzy oglądają go uważnie.
„Bridgertonowie” - serial, który nie pyta o to kim jesteś

Wśród tej lawiny niepochlebnych komentarzy, które często skupiają się na scenach seksu i oklepanej historii Kopciuszka warto pamiętać po co „Bridgertonowie” zostali stworzeni. Od pierwszego sezonu serial ten ma w sobie siłę, której nie da się zaplanować ani wyprodukować algorytmem. To obraz, który trafia do wszystkich - niezależnie od statusu, zasobności portfela czy stanowiska wpisanego w stopce maila. Tak samo porusza businesswoman wracającą wieczorem z biura, jak panią ekspedientkę z Żabki, która odpala Netflixa po zamknięciu sklepu.
Bo tu nigdy nie chodziło wyłącznie o bale, suknie, romanse czy gorące sceny - choć przyznajmy kochamy romansować i marzyć o takich historiach. Chodziło o emocje, które są wspólne. O pragnienie bycia zauważoną. O potrzebę bezpieczeństwa. O marzenie, że ktoś wybierze nas nie dlatego, że tak wypada, ale dlatego, że chce.
To właśnie ta uniwersalność sprawia, że „Bridgertonowie” wymykają się klasowym podziałom, które sami tak dobrze znamy. Serial mówi prostym językiem o rzeczach ważnych, a jednocześnie nikogo nie wyklucza. Nie trzeba znać kodów kulturowych ani teorii feministycznych, żeby poczuć, że ta historia jest także o nas. I może dlatego - mimo zmieniających się bohaterów, kolejnych sezonów i znanych historii - wciąż działa tak samo. Jak wspólne doświadczenie, które łączy ludzi po obu stronach ekranu.

