Jeśli Virginia Woolf miała rację, ten film złamie ci serce. To jedna z najbardziej poruszających opowieści o kobiecej samotności
Są filmy, które ogląda się raz i takie, które zostają w człowieku jak rana. „Godziny” to intymny portret kobiet na granicy wytrzymałości. 22 lata po premierze nadal rozdziera serce i zostawia ciszę, której nie da się zagłuszyć.

Niełatwo opowiadać o emocjach, które są tak ciche, że niemal niewidzialne. O rozpaczy, która nie krzyczy. O depresji, która nie wygląda jak filmowy dramat, tylko jak zwykły dzień: śniadanie, kwiaty, zakupy, uśmiech do kogoś, kto nie ma pojęcia, że w środku właśnie trwa pożar.
I może dlatego „Godziny” Stephena Daldry’ego to film absolutnie wyjątkowy - bo dotyka tematów, o których wciąż mówimy za rzadko i zbyt ostrożnie. To kino, które nie jest dla każdego. I nie dlatego, że jest „ambitne” czy „trudne”. Po prostu: ono trafia w te miejsca w człowieku, które zwykle staramy się zaszyć na głucho.
„Godziny” - o czym jest film, który rozdziera od środka?

„Godziny” to opowieść zbudowana z trzech historii, trzech epok i trzech kobiet, które - choć dzieli je czas - zmagają się z podobnym poczuciem pustki, zagubienia i bólu istnienia. Wszystkie przeżywają jeden dzień, pozornie zwyczajny. Ale to właśnie ten dzień okaże się granicą. Momentem, po którym nic już nie będzie takie samo.
Pierwszą bohaterką jest Virginia Woolf (Nicole Kidman), pisarka zmagająca się z chorobą psychiczną, która w latach 20. XX wieku zaczyna pisać „Panią Dalloway”. Poznajemy ją w czasie, gdy próbuje wrócić do życia po pobycie w szpitalu - przeniesiona na wieś, odcięta od miasta, otoczona troską, która bardziej przypomina kontrolę niż czułość.
Drugą postacią jest Laura Brown (Julianne Moore), gospodyni domowa z lat 50., żona i matka, która - mimo idealnego życia w amerykańskim stylu - czuje się jak więzień własnej codzienności. Jej frustracja nie ma jednego źródła. Jest raczej sumą wszystkiego, co niewypowiedziane i przemilczane.
Trzecia bohaterka to Clarissa Vaughan (Meryl Streep), nowojorska intelektualistka żyjąca współcześnie, nazywana przez znajomych „panią Dalloway”. Jej życie z pozoru wygląda stabilnie, dojrzale, bezpiecznie. Ale to tylko powierzchnia. W środku Clarissa nosi ciężar niespełnienia i świadomość, że czas przecieka jej przez palce.
Wszystkie trzy historie łączy „Pani Dalloway” autorstwa Virginii Woolf - książka, która staje się lustrem, a jednocześnie kluczem do zrozumienia, jak bardzo można być samotnym nawet wtedy, gdy jest się otoczonym ludźmi.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby YouTube i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
Virginia Woolf - kim była pisarka, która stała się sercem „Godzin”?

Virginia Woolf w tym przypadku nie jest jedynie nazwiskiem. To symbol. Biseksualna pisarka, która potrafiła pisać o ludzkiej psychice w sposób tak przenikliwy, że do dziś brzmi to niemal jak zapis cudzych myśli. Urodziła się 25 stycznia 1882 roku w Londynie. Była jedną z najważniejszych brytyjskich pisarek XX wieku i ikoną modernizmu. Jej twórczość, oparta na introspekcji, emocjach i strumieniu świadomości, zmieniła literaturę - sprawiła, że powieść zaczęła przypominać ludzkie wnętrze: nieuporządkowane, bolesne, pulsujące.
Najbardziej znane dzieła Woolf to m.in. „Pani Dalloway”, „Do latarni morskiej” czy „Orlando”. Pisała również eseje, w tym słynny „Własny pokój”, będący jednym z najważniejszych tekstów feministycznych w historii literatury. Jej życie naznaczone było depresją i nawrotami choroby psychicznej. Woolf przez lata walczyła z wewnętrznymi demonami, aż w 1941 roku odebrała sobie życie - obciążyła kieszenie płaszcza kamieniami i weszła do rzeki Ouse. To właśnie ten cień - obecny w jej biografii, prozie i myśleniu - unosi się nad całym filmem Stephena Daldry’ego.
Nicole Kidman, Julianne Moore i Meryl Streep - obsada, która hipnotyzuje

Trudno wyobrazić sobie inny film, w którym obsada byłaby tak bezbłędnie dobrana. Trzy główne role to aktorskie arcydzieło - i właściwie nie ma tu miejsca na fałsz. Nicole Kidman jako Virginia Woolf jest niemal nierozpoznawalna. Charakteryzacja sprawiła, że aktorka znika pod twarzą postaci, ale to nie ona jest najważniejsza. Najważniejsze jest to, co dzieje się w oczach Woolf: apatia, napięcie, zmęczenie i inteligencja, która zdaje się przekleństwem. Kidman stworzyła rolę, która nie prosi o uwagę - tylko ją zabiera. Bez pytania.
Julianne Moore, znana m.in. z „Daleko od nieba” czy „Motyl Still Alice”, gra Laurę Brown z przejmującą kruchością. Jej bohaterka nie jest dramatyczna. Nie robi scen. Nie krzyczy. Ona po prostu powoli gaśnie, aż widz zaczyna rozumieć, że depresja często wygląda właśnie tak: jak spokojne wykonywanie codziennych obowiązków w stanie kompletnego emocjonalnego paraliżu.
No i Meryl Streep - legenda kina („Diabeł ubiera się u Prady”, „Sprawa Kramerów”, „Wybór Zofii”) - w roli Clarissy jest idealnie wyważona. To kobieta, która przez lata nauczyła się funkcjonować w świecie, organizować wszystko, ratować innych… ale nie potrafi uratować samej siebie. Streep gra ją z taką prawdą, że trudno od tego uciec.
W filmie pojawia się również Ed Harris („Truman Show”, „Apollo 13”) jako Richard - poeta chory na AIDS, będący jedną z najbardziej tragicznych postaci całej historii. W drugoplanowych rolach błyszczy Toni Collette („Dziedzictwo. Hereditary”, „Mała miss”), która nawet w krótkich scenach zostawia po sobie emocjonalny ślad. To obsada, która nie gra „o Oscary”. To obsada, która gra o prawdę.
„Pani Dalloway” i trzy kobiety: dlaczego ten film działa tak mocno?

Najbardziej niezwykłe w „Godzinach” jest to, jak film opowiada o sprawach, które w teorii są banalne. Śniadanie. Kwiaty. Przyjęcie. Zakupy. Dom. Urodziny. Ale Daldry pokazuje, że w tych drobnych czynnościach może kryć się dramat. Że można mieć wszystko - i czuć się, jakby nie miało się nic. Że można być kochaną żoną i matką, a jednocześnie marzyć o tym, żeby zniknąć. Każda z bohaterek przechodzi przez moment, w którym zadaje sobie pytanie: czy ja jeszcze żyję? Czy tylko odgrywam rolę?
To film o kobietach, które czują, że żyją dla innych: dla męża, dla dziecka, dla przyjaciół, dla społeczeństwa. I nagle dociera do nich coś potwornego - że może nigdy nie żyły dla siebie. „Godziny” są więc nie tylko historią o depresji. Są filmem o wolności. O cenie, jaką płaci się za bycie „dobrą”. I o tym, jak okrutnie łatwo można zostać zamkniętym w cudzym scenariuszu.
Muzyka Philipa Glassa - dźwięk, który wbija się pod skórę

Nie da się mówić o „Godzinach” bez wspomnienia o muzyce Philipa Glassa. To nie jest zwykła ścieżka dźwiękowa. To puls filmu. Pomost łączący trzy historie, trzy epoki i trzy psychiki. Glass nie prowadzi emocji widza za rękę - on je napędza, zagęszcza, podkręca, aż trudno złapać oddech.
Ta muzyka jest jak myśl, która wraca. Jak lęk, który nie znika. Jak cisza po płaczu. I być może właśnie dlatego „Godziny” zostają w człowieku na długo po seansie - bo ich dźwięk jest niemal fizyczny.
Dlaczego „Godziny” to film, po którym nie da się wrócić do siebie?

Są filmy, które kończą się wraz z napisami. I są takie, które zostawiają w człowieku ciężar - jakby ktoś wyjął z niego coś miękkiego i delikatnego, a potem kazał normalnie żyć. „Godziny” należą do tej drugiej kategorii. To kino, które czasem się dłuży, czasem męczy swoją precyzją, czasem wydaje się chłodne jak perfekcyjnie zaprojektowana rzeźba. Ale potem przychodzi scena, spojrzenie, jedno zdanie - i nagle widz czuje, że coś w nim pęka.
Film nie udaje, że życie ma proste odpowiedzi. Nie sprzedaje taniej nadziei. Nie podsuwa wygodnych morałów. Zamiast tego mówi: tak, czasem boli. Tak, czasem nie wiesz, po co żyjesz. Tak, czasem chcesz zniknąć. I nie jesteś w tym sama. A to jedno z najbardziej brutalnie uczciwych zdań, jakie kino potrafi powiedzieć.
„Godziny” - film, który zmusza do zadania sobie pytania
„Godziny” są jak mroczny poemat. Jak elegia o kobiecej psychice, której nikt nie chce do końca zrozumieć. Jak portret intymnej desperacji, pokazanej bez histerii, bez melodramatycznych skrótów, za to z przejmującą prawdą. To film o tym, że czas mija. Że dni składają się w miesiące. Miesiące w lata. A potem człowiek budzi się nagle i uświadamia sobie, że być może nie przeżył swojego życia - tylko je przetrwał. Dzieło Stephena Daldry’ego można obecnie zobaczyć na platformie Apple TV.
I jeśli istnieje kino, które potrafi zmusić widza do zatrzymania się na moment i zadania sobie pytania: czy ja jestem szczęśliwa?… to właśnie „Godziny”. Można je kochać. Można ich nie rozumieć. Można je odrzucić. Ale nie da się ich obejrzeć obojętnie. Przynajmniej ja nie potrafię.

