Reklama

Historia, którą znamy z podręczników, przez lata była opowiadana głównie z jednej perspektywy. Kobiety pojawiały się w niej rzadko – najczęściej jako ciekawostki, bohaterki pojedynczych anegdot lub symboliczne postacie, które tylko na chwilę przebijały się przez dominującą narrację. A przecież były tu zawsze: pracowały, walczyły, tworzyły, zmieniały rzeczywistość. Dlaczego więc tak niewiele o nich wiemy?

W książce „Brakująca połowa dziejów. Krótka historia kobiet na ziemiach polskich” Anna Kowalczyk próbuje odpowiedzieć właśnie na to pytanie. Autorka zaprasza czytelników do odkrywania historii kobiet – zarówno tych, które były naszymi przodkiniami, jak i tych, które współtworzyły dzieje miejsca, w którym dziś żyjemy. Publikujemy fragment tej książki.

Rozdział 1: Ciało i umysł

Czekam na nią na ławce w parku w piękny letni dzień. Specjalnie dla niej ubrałam się cała na różowo i brokatowo – wszak róż od stóp do głów jest jej znakiem rozpoznawczym. Od lat go oswaja, przeobraża i rzuca światu jak wyzwanie. Jest artystką, akademiczką i herstoryczką – bada, opisuje i popularyzuje życiorysy oraz dokonania innych artystek. Jest też aktywistką „wcielającą feminizm”, „ciałaczką” – jak to ładnie ujęła Karolina Sulej1. Jej sztuka to głównie miękkie i obłe obiekty przestrzenne skoncentrowane wokół cielesności, nade wszystko kobiecej, ale nie tylko. Jeden z nurtów tej sztuki – nazwany przez nią samą „waginatyzmem” – skupia się na wydobyciu i odczarowaniu najbardziej stabuizowanej i zawstydzanej części kobiecego ciała: u zarania kultur szanowanej, a nawet czczonej jako „źródło wszechrzeczy” i „brama istnienia”, ale od wieków wstydliwie skrywanej oraz dyscyplinowanej kosmetykami i zabiegami, a także deprecjonującym, wulgarnym językiem.

Profesorka Iwona Demko zmierza ku mnie sprężystym krokiem w krótkiej różowej sukience i różowych sandałkach, z różową walizką na kółkach. Jest wcieloną afirmacją kobiecości – właśnie tej najbardziej stereotypowej i lekceważonej. Przez lata szokowała kadrę i osoby studiujące na krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych nie tylko swoją waginiczną sztuką, ale także sposobem bycia i ubierania się – minispódniczkami, cekinami, różowymi szpilkami, mocnym makijażem. Z rozmysłem wnosiła w mury Akademii kobiecość skoncentrowaną, uwypukloną, a nawet przerysowaną, bardzo fizyczną i bardzo cielesną. I niosła ją na różowym sztandarze, osłaniając swoim profesorskim autorytetem. Dziś wszyscy trochę przywykli do „różowej profesorki w cekinach i piórach”, dla której kobiecy manifest i feministyczny performans stały się drugą skórą. Waginiczne prace Demko coraz lepiej radzą sobie na rynku sztuki, budząc już mniej zdziwienia i kontrowersji. Jej Wilgotna Pani, półtrorametrowa złota wulwa w purpurowej pelerynie, stanęła we foyer stołecznego Teatru Dramatycznego, jej Clitoris Wielkiej Boginii, zwana w skrócie Clito, szkatułka z puchatą złotą łechtaczką, pielgrzymuje od lat po domach kobiet, które chcą ją ugościć i uczcić. Pytam więc właśnie ją – prawdziwą ekspertkę od oswajania tabu kobiecego ciała – czy jesteśmy wreszcie od niego wolne? Czy choćby ona sama jest? „Ależ skąd! Może nam się zdawać, że już tyle na ten temat powiedziano i napisano. Ale tak naprawdę to my dopiero od kilku lat uczymy się akceptować nasze ciała takimi, jakie są. To jest mgnienie oka w skali wielowiekowej opresji”.

Anatomia, czyli przeznaczenie?

Ciało kobiety „nigdy nie stanowiło jej własności. Wielu nim władało i wielu czegoś od niego żądało. Było obiektem tysiącletnich przemyśleń, zabobonów i uprzedzeń, pogardy, podziwu, katowania i uwielbienia… narzędziem służącym do przedłużania gatunku lub naczyniem, w którym mężczyzna gasił pragnienie” – pisała Karin Utrio w Córkach Ewy, historii kobiety europejskiej. Dziś bardzo wiele mówi się i pisze o odzyskiwaniu własności i kontroli nad naszymi ciałami, głównie w kontekście praw reprodukcyjnych. Jednak władza nad kobiecym ciałem ma dużo głębsze znaczenie oraz skomplikowaną historię. Wierzę, że jej znajomość stanowi klucz do dziejów kobiet w ogóle.

Zygmunt Freud, który dla zrozumienia skomplikowanych i delikatnych przepływów między ciałem a umysłem zrobił tyle samo dobrego, co złego, pisał o tym fenomenie: „anatomia jest przeznaczeniem”. Jednak w jego optyce (podobnie jak dla tysięcy jego uczonych poprzedników) to kobiece ciało było wybrakowane i niekompletne, tęskniące i „zazdrosne o penisa”. A przecież, nie ma w tej wizji niczego oczywistego – wszak za taki sam „defekt” można by równie dobrze uznać brak piersi u mężczyzn albo to posiadanie penisa uważać za anormalny nadmiar czy narośl na standardowym ciele człowieczym, które penisa nie posiada. Absurdalne, czyż nie? A jednak rzekoma ułomność kobiecego ciała stanowiła przez wieki dyżurny argument na rzecz istnienia hierarchii płci.

Ciało kobiety – choć przecież zdolne do niewyobrażalnego trudu i cudu rodzenia nowych ludzi, wytrzymałe na długotrwałe zmęczenie i ból, częstokroć niemniej niż ciało przeciętnego mężczyzny (a być może bardziej – naukowcy wciąż się o to spierają) – przez wieki uznawano za gorsze i podrzędne. A z jego domniemanej słabości czy niekompletności wywodzili rzekomo naturalne i nieuchronne przyczyny podporządkowania kobiet w większości sfer życia. Owszem, anatomia kobiety została uznana za jej przeznaczenie. Jednak wcale nie musiało to być przeznaczenie gorsze, bowiem ono „nie leży w biologicznie zdeterminowanej anatomii, lecz w anatomii podporządkowanej pojęciu rodzaju (gender) i umieszczonej w znaczącym kontekście. Anatomia jest przeznaczeniem, bo takie znaczenie nadało jej społeczeństwo” – pisała amerykańska psycholożka Ellyn Kaschak i trafiała w sedno.
Tymczasem kobiece ciało – jego niewątpliwie swoista anatomia i fizjologia – nie musiało i nie zawsze było postrzegane przez pryzmat słabości. Nie zawsze było uznawane za gorsze7. I to nie ciało samo w sobie, a jego postrzeganie, ocena i mitologia – słowem wszystko to, co na temat tego ciała wyobrażali sobie uczeni mężczyźni – stały się najważniejszymi przyczynami kulturowych i społecznych różnic między płciami, które do dziś często uznaje się za „różnice naturalne”. A były to rzeczy niebywałe.

Postawmy więc sprawę jasno: domniemana „słabość płci niewieściej” – zarówno ta fizyczna, jak i umysłowa – jest niczym więcej jak wytworem zbiorowej wyobraźni, stereotypem i błędnym założeniem, które trzyma się tak mocno, że nie przeszkadzają mu żadne dowody empiryczne ani naukowe, choć zdawać by się mogło, że mit ten obalono już po tysiąckroć. Przyczyn takiego stanu rzeczy jest wiele, ale jedną z najważniejszych i najprostszych do objęcia umysłem jest definicja normy i tego, co uważamy za normalne.

Kobieta jest Innym

Człowieczą normą, wzorem z Sèvres istoty ludzkiej – i dziś, i przez stulecia – jest i był mężczyzna: jego anatomia, jego fizjologia, jego behawior. Simone de Beauvoir pisała o tym fenomenie tak: „Ludzkość jest rodzaju męskiego, mężczyzna określa kobietę nie jako taką, lecz w odniesieniu do samego siebie (…). Mężczyzna jest Podmiotem, jest Absolutem; kobieta jest Innym”8. To mężczyzna równa się człowiek, co ma odzwierciedlenie w wielu językach świata określających przedstawiciela rodzaju ludzkiego oraz przedstawiciela płci męskiej jednym i tym samym słowem: angielski man, niemiecki Mann, francuski homme, hiszpański hombre, włoski uomo, czy hebrajski םָדאָ (’adam) – imię pierwszego człowieka w Biblii, które do dziś znaczy po prostu „człowiek”. To męskie jest uniwersalne i domyślne, to męskie jest normalne. Wszystko, co niemęskie, jest więc siłą rzeczy inne, dziwne i anormalne. Stanowi odstępstwo, wyjątek od reguły, aberrację. A że dotyczy połowy ludzkości? Tym gorzej dla tej połowy.

O korzeniach i konsekwencjach takiej definicji człowieczej normy obszernie pisze Caroline Criado-Perez w swojej ważnej książce Niewidzialne kobiety. Na licznych przykładach wykazuje, że niemal każde osiągnięcie cywilizacji – począwszy od medycyny, przez motoryzację, na architekturze i urbanistyce kończąc – skrojone było pod uśrednionego mężczyznę i przeważnie nijak ma się do potrzeb i możliwości kobiecego ciała oraz realiów kobiecego życia. Kiedy rozmawiałam z Caroline dla „Wysokich Obcasów”, mówiła mi: „Przywykliśmy myśleć o mężczyźnie jako człowieku uniwersalnym, jak gdyby pozbawionym płci. W tej optyce kobieta jest tylko «podtypem» człowieka, odstępstwem od «neutralnej płciowo» normy”. I jakkolwiek absurdalnie by to nie brzmiało, tak właśnie wygląda nasza rzeczywistość. Konsekwencje tego stanu rzeczy można rozpiąć na osi rozciągającej się od przykrości i niedogodności po dotkliwe wykluczenia, które nieraz kosztowały kobiety zdrowie, a nawet życie. Ostatecznie całkiem nieźle udaje nam się funkcjonować wśród mebli standardowo niedopasowanych do wzrostu przeciętnej kobiety, w długich kolejkach do damskich toalet czy w biurach klimatyzowanych nadmiernie jak na nasze optima termiczne. Stajemy na palcach, by sięgnąć najwyższej półki, odczekujemy swoje w kolejce do WC i zakładamy dodatkowy sweter, gdy nam zimno w pracy. Jak zawsze radzimy sobie, nie pytając wcale: czy może dałoby się ten świat jakoś lepiej urządzić? A dałoby się.

Wystarczyłoby, zamiast drwić z rzekomego przesiadywania kobiet w publicznych toaletach, by pudrować nosy i plotkować, dostrzec, że po prostu potrzebujemy ich częściej i na dłużej niż mężczyźni – choćby dlatego, że mamy krótsze cewki moczowe oraz miesiączkujemy. Męska anatomia i fizjologia nie są, jak nam wmawiano, neutralne i ogólnoludzkie. Świat skrojony pod mężczyzn jest dla kobiet nie tylko niewygodny – bywa też śmiertelnie niebezpieczny, gdy z powodu nieadekwatnych algorytmów postępowania diagnostycznego umierają one na nierozpoznane zawały serca albo gdy giną w samochodach, których systemy bezpieczeństwa testowano wyłącznie na męskich fantomach. Nie chcę tu powtarzać ogromu liczb i dowodów przytaczanych przez Criado-Perez – choć jestem przekonana, że warto jej książkę przeczytać, i to nie raz10. Chcę za to spojrzeć szerzej na historyczne tło postrzegania męskości jako normy, a kobiecości jako odstępstwa od niej, bo – moim zdaniem – tłumaczą one naprawdę wiele, żeby nie powiedzieć: wszystko.

„Naturalna” różnica

Jak pisałam w pierwszej części Brakującej połowy dziejów, już ojcowie europejskiej medycyny i anatomii Hipokrates i Arystoteles uważali kobiety za „wybrakowane”, a słabość kobiecego umysłu wynikać miała wprost z niedoskonałości kobiecego ciała. Niemal wszyscy ojcowie Kościoła także byli przekonani o duchowej podrzędności kobiet związanej z ich fizycznością. Dziewczynka miała otrzymywać duszę (i to od razu gorszą) znacznie później niż chłopczyk. Święty Tomasz z Akwinu uważał, że – dla dobra ogółu – jedni powinni podlegać władzy drugich, mądrzejszych od siebie. Stąd kobieta, jako słabsza w wigorze duszy i krzepkości ciała, została już przez samą naturę podporządkowana mężczyźnie. Święty Ambroży twierdził wprost, że mężczyzna jest umysłem (mens), a kobieta zmysłem (sensus), i nie miał wątpliwości, kto tu kogo przewyższa. Kolejne wieki przyniosły nowe i jeszcze bardziej zmyślne uzasadnienia męskiej dominacji zarówno fizycznej, jak też intelektualnej i duchowej. Zwolennicy teorii humoralnej przypisywali słabość płci kobiecej dominacji zimnych i wilgotnych humorów, a więc flegmy i czarnej żółci.

Orędownicy późniejszej teorii waporów tłumaczyli ją zgubnym działaniem toksycznych wyziewów unoszących się z macicy i zatruwających cały organizm, a późniejsi twórcy frenologii – mniejszym rozmiarem kobiecych czaszek: „Diagramy pokazujące mózgi kobiece różnych ras i narodowości dają podstawę do wysunięcia oczywistych wniosków, że znakomita większość kobiecych czaszek, bliższa jest objętością przeciętnemu gorylowi niż jakiemukolwiek wyedukowanemu mężczyźnie rasy europejskiej”1 – pisał pod koniec XIX wieku pewien znamienity brytyjski uczony, abstrahując jednakowoż od wielkości czaszek, dajmy na to, słoni. Inny przedstawiciel tej raczkującej „nauki” Johann Spurzheim wyciągał z owego faktu daleko idące wnioski: „Istnieje naturalna różnica między umysłowymi dyspozycjami u mężczyzn i kobiet. Różnica w ilości i jakości, różnica, jakiej edukacja nie jest w stanie usunąć”12. „Musimy mieć świadomość, że skoro mężczyźni przewyższają kobiety objętością swoich mózgów, naturalną koleją rzeczy jest fakt przewyższania ich władzą intelektualną co najmniej w podobnych proporcjach” – wtórował mu austriacki neurolog Franz Gall.

Rewolucyjna – bo kwestionująca dogmat boskiego stworzenia – teoria ewolucji Darwina mogła podważyć, a jednak ugruntowała przekonanie o niższości kobiet. W Doborze płciowym pisał on: „Główna różnica w zdolnościach intelektualnych między obiema płciami objawia się tym, że mężczyzna osiąga wyższe niż kobieta wyniki we wszystkim, czego się podejmuje – czy wymaga to głębokiego przemyślenia, rozumu lub wyobraźni, czy tylko zastosowania narządów zmysłowych i rąk”1. Z kształtu świata, który go otaczał, Darwin wysnuł wniosek, jakoby męska supremacja wynikała z biologii, inaczej: z natury. A więc tak to już musi być. Co poradzisz, jak nic nie poradzisz? Zdania nie zmienił do końca życia – choć w swojej przedwcześnie zmarłej córce Annie dostrzegał największy potencjał intelektualny na tle wszystkich swoich dzieci (a miał ich dziesięcioro) i to rozpacz po jej śmierci popchnęła go do pracy, która zrewolucjonizowała naukę splecioną dotąd nierozerwalnie z teologią. Jednak w odpowiedzi na list amerykańskiej sufrażystki Caroline Kennard, która w 1881 roku zwróciła się doń po ostateczne rozstrzygnięcie, czy słuszne jest powoływanie się na darwinizm przez przeciwników tezy o równości kobiet, orzekł jednoznacznie: „Uważam, naturalnie, że kobiety, choć moralnie wartościowsze, ustępują mężczyznom intelektem. Z praw dziedziczenia (o ile je właściwie pojmuję) wydaje się wynikać, że niezwykle trudno będzie im ich doścignąć”15. Czas pokazał, że nie pojmował ich właściwie.

Teza Darwina spotykała się z żywiołową reakcją wielu działaczek ruchu kobiecego, z których najciekawszą, choć niestety nie dość wpływową, była książka Elizy Burt Gamble z 1894 roku The Evolution of Woman. An Inquiry into the Dogma of Her Inferiority to Man (Ewolucja kobiety. Weryfikacja dogmatu o jej niższości wobec mężczyzny). Amerykańska emancypantka przestudiowała dostępną wiedzę i z tych samych danych, którymi posługiwał się Darwin, wyciągnęła zgoła odmienne wnioski. To nie biologia, a społeczeństwo powstrzymuje kobiety przed dokonywaniem tego, co mężczyźni. To nie rozmiary ani siła fizyczna świadczą o przewadze mężczyzn nad kobietami, tak jak wielkość goryli nie oznacza, że mają one przewagę nad ludźmi. To nieprawda, że poddaństwo kobiet jest odwieczne i uniwersalne, skoro już w Mahabharacie możemy przeczytać, że kobiety były wolne do czasu wynalezienie małżeństwa. Niestety praca Elizy Burt Gamble – choć dostrzeżona i komentowana – nie zdołała podważyć ugruntowanego przez darwinizm poglądu o „naturalnej” supremacji mężczyzn. I tak to trwa – gdzieniegdzie do dziś.

Teorie Darwina, mimo wszystko, pomogły zakwestionować religijne argumenty za słusznością kobiecego poddaństwa. Skoro kobieta jednak nie powstała z żebra Adama, to można było zacząć dyskutować o tym, jak powstała i po co. Bardzo długo różnice między płciami tłumaczono boskim planem i zamysłem, a to dla wierzących (czyli nieomal wszystkich) musiał być argument zamykający każdą dyskusję. Wydawałoby się jednak, że wraz z rozwojem nowoczesnej nauki, opartej na empirii i dowodach, musi się to zmienić. Tymczasem, jak pisze Angela Saini, autorka książki Gorsze. Jak nauka pomyliła się co do kobiet, do dziś to nie nastąpiło.

Sądzimy, że w metodzie naukowej z definicji nie ma miejsca na stronniczość ani uprzedzenia. Mylimy się. Zagadka rażąco nielicznej obecności kobiet w nauce odgrywa kluczową rolę w wyjaśnieniu, skąd się bierze ta stronniczość. Nie dlatego, by miała coś wspólnego z rzeczywistymi zdolnościami albo predyspozycjami kobiet, lecz dlatego, że pokazuje, z jakiej przyczyny nauka nie uwolniła nas od stereotypowego pojmowania roli płci i niebezpiecznych mitów, od wieków zaciemniających nasze myślenie. Na szczycie akademickiej hierarchii jest tak mało kobiet, ponieważ przez setki lat traktowano je jako gorsze intelektualnie i z rozmysłem nie dopuszczano ich na uniwersytety. Nie powinniśmy się więc dziwić, że akademickie autorytety stworzyły wypaczony obraz naszej płci.

Jakkolwiek teksty starożytnych filozofów i średniowiecznych teologów stanowią fundament naszego kręgu kultury, nie znaczy to wcale, że kobiecość od zawsze uznawana była za ułomność. Bynajmniej. Wystarczy zajrzeć trochę głębiej w przeszłość, by przekonać się, że u zarania dziejów kobiecego ciała nie deprecjonowano, przeciwnie – ceniono je, wielbiono i oddawano mu cześć.

Reklama
Reklama
Reklama