Reklama

Fabuła jest prosta, ale oparta na mocnym haczyku. Clay Beresford (Christensen) to młody milioner z nieuleczalną wadą serca. Gdy pojawia się szansa na przeszczep, i to tuż po potajemnym ślubie z Sam (Alba), wszystko wydaje się zmierzać ku happy endowi. Problem w tym, że operacja zamienia się w koszmar: bohater podczas narkozy pozostaje świadomy, sparaliżowany i odczuwający ból. Tak, chodzi o tzw. anesthesia awareness – motyw, który działa na wyobraźnię do dziś.

Większość akcji rozgrywa się na sali operacyjnej, a napięcie budowane jest bardziej psychologicznie niż sensacyjnie. Clay, unieruchomiony, słyszy rozmowy lekarzy i bliskich, stopniowo odkrywając, że jego życie wcale nie było tak idealne, jak sądził. W tle pojawia się temat zdrady, pieniędzy i toksycznej relacji z matką Lilith (świetna, chłodna Lena Olin), która kradnie każdą scenę.

„Przebudzenie” nie jest thrillerem idealnym – tempo bywa nierówne, a część zwrotów akcji można przewidzieć. Ale film nadrabia klaustrofobiczną atmosferą, niekomfortowymi scenami operacji i pomysłem, który wciąż potrafi zaniepokoić. To bardziej psychologiczny dramat w szpitalnym anturażu niż klasyczny dreszczowiec.

Serwis prasowy

Dlaczego „Przebudzenie” ogląda się dziś lepiej niż 15 lat temu?

Choć „Przebudzenie” powstało w 2007 roku, jego główny motyw wyjątkowo dobrze rezonuje ze współczesnym widzem. Do tego dochodzi estetyka wczesnych thrillerów XXI wieku: mniej efektów specjalnych, więcej napięcia budowanego dialogiem i ciszą. Dla widzów zmęczonych szybkimi, algorytmicznymi produkcjami „Przebudzenie” działa jak nieoczywisty powrót do kina, które stawiało na pomysł, a nie tempo. To właśnie ta „stara szkoła” sprawia, że film dziś nie tyle szokuje, co niepokoi – i zostaje w głowie na dłużej.

Reklama
Reklama
Reklama