Reklama

Pamiętamy go jako brutalnego, przerażającego szefa mafii. W jednej ze swoich ostatnich ról James Gandolfini był czułym, niepewnym siebie i absolutnie rozczulającym facetem po pięćdziesiątce. „Ani słowa więcej” to jedna z najcieplejszych i najmądrzejszych komedii romantycznych, jakie kiedykolwiek powstały. To prawdziwa perełka, którą trzeba zobaczyć, zanim 21 maja na dobre zniknie z biblioteki Netflixa.

„Ani słowa więcej” - inteligentna komedia o dojrzałej miłości

To nie jest typowa komedia romantyczna. Zapomnijcie o nierealistycznych scenariuszach i przewidywalnym finale. To opowieść o Evie (genialna Julia Louis-Dreyfus), rozwiedzionej masażystce, która z lękiem myśli o tym, że jej córka zaraz wyjedzie na studia. Na przyjęciu poznaje Alberta (James Gandolfini) - uroczego, zabawnego faceta, który zmaga się z podobnymi problemami. Między nimi od razu iskrzy, ale sprawy komplikują się, gdy Eva, nie wiedząc o niczym, zaprzyjaźnia się z... byłą żoną Alberta, która nie zostawia na nim suchej nitki. Film Nicole Holofcener to subtelna komedia omyłek, ale przede wszystkim niezwykle trafny i ciepły portret ludzi, którzy próbują na nowo ułożyć sobie życie z całym bagażem doświadczeń. Humor jest tu inteligentny, dialogi błyskotliwe, a emocje do bólu prawdziwe.

Ostatnia taka rola Jamesa Gandolfiniego

Jednak to, co czyni ten seans tak wyjątkowym i poruszającym, to rola Jamesa Gandolfiniego. Aktor, który na zawsze zapisał się w historii jako Tony Soprano, tutaj pokazuje zupełnie inną twarz. Jego Albert to gigant o gołębim sercu jest ciepły, nieśmiały, pełen autoironii i niezwykle wrażliwy. To jego kinowe pożegnanie, w którym udowodnił, jak wszechstronnym i wielkim był aktorem.

Elle newsletter
elle.pl

„Ani słowa więcej” znika z Netflixa

Nie przegapcie ostatniej szansy, by zobaczyć ten wyjątkowy film. Znika z Netflixa 21 maja.

Reklama
Reklama
Reklama
Loading...