Anita Włodarczyk bez stadionowego blasku. Ten dokument pokazuje mistrzynię, jakiej jeszcze nie znaliśmy
Trzy złota olimpijskie, rekordy świata i status legendy. Dokument „Anita” nie opowiada jednak o medalach. To intymny portret kobiety, która przez lata nauczyła się wygrywać także z własną głową.

Są sportowcy, których sukcesy trudno objąć jednym zdaniem. Anita Włodarczyk należy właśnie do tej grupy. Trzykrotna mistrzyni olimpijska, wielokrotna rekordzistka świata (rekord 82,98 m. ustanowiony w 2016 roku i dotąd niepobity), zawodniczka, która przez lata właściwie zdefiniowała rzut młotem na nowo. Jej dorobkiem można byłoby obdzielić kilka sportowych karier. A jednak dokument „Anita” nie jest historią o medalach, podium i rekordach. To film o człowieku.
O dziewczynie z Rawicza, która była rozrabiaką. Z którą brat - jak sama przyznaje - nie miał lekko. O kobiecie, która nauczyła się żyć w rytmie treningów, bólu, wyrzeczeń i samotności. O sportowczyni, którą kibice od lat widzą jako symbol siły, perfekcjonizmu i żelaznej dyscypliny, choć pod tym wszystkim kryje się ktoś znacznie bardziej kruchy, emocjonalny i zwyczajny, niż mogłoby się wydawać.

To nie jest film o sukcesie. To film o cenie, jaką płaci się za marzenia

Dokument wyreżyserowany przez Kasię Grabek bardzo szybko zdejmuje z Anity Włodarczyk pomnikowy ciężar. Kamera zagląda tam, gdzie zazwyczaj nie mają wstępu ani media, ani kibice. Widzimy treningi, badania, kontrolę organizmu, zmęczenie, przeciążenia i godziny spędzane na powtarzalnej pracy, która z perspektywy trybun pozostaje kompletnie niewidoczna. Film opowiada też szczerze o cenie, jaką niesie ze sobą życie zawodowego sportowca: ponad trzysta dni w roku poza domem. Z kilkunastu lat kariery - niespełna pięć spędzonych faktycznie we własnym mieszkaniu. Świadoma rezygnacja z rodziny i związku, bo - jak mówi Anita wprost - z nimi wyników by nie było, bo priorytety byłby inne.
Ekipa filmowa towarzyszy Anicie podczas żmudnych, wielogodzinnych bloków treningowych - jedenaście sesji w tygodniu, ponad trzydzieści godzin pracy. I właśnie to robi największe wrażenie.
Film pokazuje brutalną prawdę o sporcie zawodowym. O tym, że mistrzowie nie rodzą się na wielkich stadionach. Rodzą się na podwórkach, w małych miejscowościach, w pierwszych zdartych kolanach, pierwszych siniakach i pierwszych lekcjach WF-u. Rodzą się z uporu i dopingu ze strony autorytetu - który w odpowiednich momentach mówi: „wstań, podnieść się, spróbuj jeszcze raz, teraz Ci się uda”.
W dokumencie pojawia się też bardzo ważny motyw wieku. Anita ma dziś 40 lat - dla wielu sportowców to moment końca. Nie tyle przez metrykę, ile przez zdrowie i przeciążony organizm. Nasza mistrzyni sama doskonale rozumie, że jej ciało wymaga dziś innego rodzaju treningu, większej kontroli i uważności. Obok niej są fizjolodzy, fizjoterapeuci, trenerzy i specjaliści, którzy próbują utrzymać balans między ambicją a rozsądkiem. Nie jest to łatwe, bo Anita - co film pokazuje bardzo wyraźnie - ma niezwykle silny charakter i często najchętniej zrobiłaby wszystko po swojemu.
- Moje życie prywatne w mediach nie istniało - za dużo się o tym nie mówiło. Kibice słyszeli głównie informacje ze sportu więc tutaj trochę tej swojej prywatności odkryłam. Zależało mi na tym, aby po prostu być sobą, aby nie było sztuczności i żeby nie grać w tym filmie aktorki, tylko pokazać siebie - to co mam w środku, żeby pokazać na zewnątrz - i to się udało - opowiedziała po premierze filmu w wywiadzie dla ELLE.pl Anita Włodarczyk.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby YouTube i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
Japonia, Daruma i pytanie, które zostaje po seansie

Ogromną rolę w filmie odgrywa Japonia - miejsce szczególnie ważne dla Włodarczyk. To właśnie tam w Takasaki powstały jedne z najpiękniejszych i najbardziej intymnych kadrów dokumentu. Przed igrzyskami w 2021 roku, Anita również odbywała aklimatyzację i treningi w tym japońskim mieście. To tu powstało hasło - słynny hasztag „daj spokój”, który towarzyszy Anicie od paru lat na zawodach. Podczas treningu jeden z japońskich kibiców chciał wesprzeć naszą mistrzynię banerem z ciepłym słowem napisanym po polsku - i tak zamiast „do boju” napisał „daj spokój”.
Jednak orientalna estetyka nie jest tu jedynie tłem. Staje się znaczącą częścią opowieści o wytrwałości, samotności i ciągłym zaczynaniu od nowa. Bardzo mocno wybrzmiewa motyw japońskich lalek Daruma - symbolicznych tzw. „bańek-wstańek”, które przypominają, że można upaść, ale trzeba się podnieść. Ta metafora idealnie pasuje do historii Anity. Do kontuzji, kryzysów, presji i kolejnych powrotów. W filmie pada też pytanie, które zostaje z widzem długo po seansie: co zostaje, kiedy wygrało się już wszystko?
I okazuje się, że dla Anity odpowiedź wcale nie brzmi: „koniec”. Bo sufit możliwości dla Włodarczyk mam wrażenie jeszcze się nie narodził.
- Mam marzenia jeszcze sportowe, nadal jeszcze trenuje, są jeszcze cele i mam nadzieję, że uda mi się te marzenia zrealizować. Nadal trening sprawia mi przyjemność. Tutaj pozostaje tylko i wyłącznie kwestia mojego zdrowia. Chciałabym bardzo wystartować na tych Igrzyskach Olimpijskich (Los Angeles 2028) - a to duże wyzwanie. I nadal być szczęśliwą. Piękne jest to, że mogę wciąż robić to co kocham, mimo że to jest ogromny wysiłek, mnóstwo wyrzeczeń, mnóstwo pracy, ale zawsze z uśmiechem idę na trening - zdradziła w rozmowie ze mną Anita Włodarczyk.
Najbardziej poruszający fragment filmu

Dokument został poświęcony ojcu Anity. Wziął udział w nagraniach, ale niestety nie doczekał premiery filmu, co nadaje całej historii dodatkowego emocjonalnego ciężaru. Tata Anity Włodarczyk zmarł 25 marca 2026 roku. W wielu scenach czuć, że pamięć o nim jest dla sportsmenki czymś niezwykle ważnym i osobistym. Padają słowa, które wyraźnie nosi w sercu do dziś. To właśnie wtedy film „Anita” przestaje być filmem sportowym. Staje się opowieścią o relacjach, pamięci i życiu podporządkowanym jednej pasji. Poruszająca jest także relacja z trenerem, który pieszczotliwie nazywa ją „Babcią”. Nie ma w tym ironii. Jest czułość, ogromne zaufanie i partnerstwo budowane przez lata wspólnej pracy.
Film subtelnie rozprawia się też z mitami, które przez lata zdążyły urosnąć wokół Anity Włodarczyk do rangi niemal sportowych potworów. Pojawiają się tematy poróżnień z trenerami, napięć w środowisku, konflikt z Fundacją Kamili Skolimowskiej czy trudnych emocji związanych z publicznym ocenianiem jej charakteru. Anita nie ucieka od tych historii, ale też nie próbuje budować sensacji. Opowiada o nich spokojnie, z dystansem i świadomością ceny, jaką płaci się za życie spędzone pod nieustanną obserwacją. W pewnym momencie padają słowa jej taty: „Anita już zrobiła swoje. I pokazała. A ludzie mówili, mówią i mówić będą, bo taki jest świat”. I trudno o lepsze podsumowanie tego, z czym przez lata musiała mierzyć się mistrzyni.
Bardzo poruszający jest również wątek Kamili Skolimowskiej - pierwszej polskiej mistrzyni olimpijskiej w rzucie młotem, która była dla Anity nie tylko sportowym wzorem, ale też ważną osobą w życiu. W filmie wraca symboliczna historia rękawicy Kamili, w której Anita rzucała aż do 2018 roku. To piękny, bardzo emocjonalny detal. Potem przyszło jednak coś, co sprawiło, że musiała ruszyć dalej i zacząć budować własną historię już nie jako „następczyni”, ale jako osobna legenda polskiego sportu.
Reżyserka Kasia Grabek pokazuje Anitę, której niemal nikt nie znał

Największą siłą filmu jest jednak sposób, w jaki opowiada o bohaterce sama reżyserka. Papaya Films po raz kolejny udowadnia, że potrafi tworzyć sportowe dokumenty, które wychodzą daleko poza schemat „od zera do bohatera”. Kasia Grabek nie buduje pomnika. Jej Anita jest momentami zabawna, zadziorna, zmęczona, uparta i bardzo ludzka. Kamera prowadzi widza tak blisko bohaterki, że chwilami ma się wrażenie, jakby mistrzyni olimpijska siedziała obok nas i po prostu opowiadała o swoim życiu.
- Czuję się bardzo wzruszona reakcją publiczności, było dużo śmiechu, kilka westchnień i myślę, że to jest najważniejszy cel, żeby wywołać jakieś emocje. Czuję się też bardzo szczęśliwa, że miałam szansę współpracować z taką osobą jak Anita, bo jest ikoną, ale też przede wszystkim ona jest bardzo szczerą, prawdziwą osobą i to właśnie staraliśmy się ująć w tym filmie - opowiedziała na przedpremierze w rozmowie ze mną dla ELLE.pl reżyserka Kasia Grabek.
To zasługa nie tylko rozmów, ale też przepięknych zdjęć, ujęć, kadrów i spokojnej, bardzo czułej narracji. Reżyserka pokazuje wysiłek, codzienność i emocje także poprzez ludzi ważnych dla Anity - tych, którzy znają ją poza stadionem. I właśnie dlatego ten dokument działa tak mocno. Nie dlatego, że opowiada o rekordach świata. Ale dlatego, że przypomina, iż nawet największe mistrzynie bywają zmęczone, zagubione i pełne wątpliwości.
Film „Anita” został wyprodukowany przez Papaya Films (największe i najczęściej nagradzane studio filmowe w Polsce. Na koncie ma filmy dokumentalne „Lewandowski. Nieznany", „KUBA" o Jakubie Błaszczykowskim, produkcje o Wojciechu Szczęsnym, „Mistrzynie", „Zagrajmy to po swojemu" z Ewą Pajor, dwa sezony serialu „Wilk" oraz film fabularny „Embers") i jeszcze w tym roku trafi do telewizji.
Premierowy pokaz odbędzie się 14 maja w warszawskim Kinie Luna w ramach festiwalu Millennium Docs Against Gravity.

