Film zaprezentowany publiczności 15 listopada 2006 r. zabiera widzów na Iwo Jimę roku 1945 i prowadzi ich nie ścieżką amerykańskiego mitu, lecz przez doświadczenie japońskich żołnierzy dowodzonych przez generała Tadamichiego Kuribayashiego.

WIDEO

player placeholder

W tym artykule:

  1. „Listy z Iwo Jimy” to film, który pokazuje wojnę z drugiej strony
  2. Ken Watanabe stworzył jedną z najlepszych ról w swojej karierze
  3. Dlaczego film nie zdobył w USA takiej popularności, na jaką zasługiwał?

„Listy z Iwo Jimy” to film, który pokazuje wojnę z drugiej strony

Clint Eastwood już wcześniej mierzył się z tematyką wojenną, ale przy projekcie o bitwie o Iwo Jimę poszedł o krok dalej. Najpierw nakręcił „Sztandar chwały”, film opowiadający o słynnym zdjęciu amerykańskich żołnierzy zatykających flagę na wyspie Iwo Jima. Szybko zrozumiał jednak, że ta historia ma też drugą, znacznie rzadziej opowiadaną perspektywę. Tak powstały „Listy z Iwo Jimy”, czyli opowieść o tym samym konflikcie widziana oczami japońskich żołnierzy.

Zobacz także:

Film przenosi widzów do 1945 roku. Japońscy żołnierze, dowodzeni przez generała Tadamichiego Kuribayashiego, przygotowują się do obrony wyspy przed przeważającymi siłami Amerykanów. Eastwood nie buduje jednak klasycznego wojennego widowiska o bohaterstwie i zwycięstwie. Interesuje go raczej człowiek postawiony w sytuacji granicznej, jego strach, tęsknota, lojalność, wątpliwości i samotność.

film wojenny
Mat. prasowe

Ken Watanabe stworzył jedną z najlepszych ról w swojej karierze

W główną rolę generała Kuribayashiego wcielił się Ken Watanabe. Jego bohater jest postacią pełną sprzeczności. Z jednej strony pozostaje bezwzględnym dowódcą, gotowym walczyć do końca. Z drugiej, zna Amerykę, rozumie jej kulturę i nie przypomina jednowymiarowego filmowego przeciwnika. To właśnie dzięki temu „Listy z Iwo Jimy” wymykają się prostym podziałom na zwycięzców i pokonanych.

Eastwood pokazuje żołnierzy nie jako symbole, lecz jako ludzi. Widzimy ich zmęczenie, lęk, przywiązanie do bliskich i dramatyczne poczucie obowiązku. W tle obecny jest japoński etos bushido, przekonanie o honorze, poświęceniu i śmierci za cesarza, ale reżyser nie zatrzymuje się na historycznej fasadzie. Próbuje zajrzeć pod „samurajski pancerz” swoich bohaterów i pokazać to, co najbardziej uniwersalne.

film wojenny
mat. prasowe

Dlaczego film nie zdobył w USA takiej popularności, na jaką zasługiwał?

„Listy z Iwo Jimy” spotkały się z entuzjastycznym przyjęciem krytyków, ale nie powtórzyły komercyjnego sukcesu „Sztandaru chwały”. Dla amerykańskiej publiczności mogła to być produkcja trudniejsza w odbiorze. Film opowiedziany jest z perspektywy japońskiej, w dużej mierze po japońsku, bez prostego komfortu utożsamienia się z „własną” stroną konfliktu.

I właśnie w tym tkwi jego siła. Eastwood nie próbuje przepisywać historii, ale pokazuje, że wojna nie kończy się na jednej narracji. „Listy z Iwo Jimy” działają najmocniej wtedy, gdy przypominają, że po obu stronach frontu byli ludzie, którzy bali się śmierci, pisali listy do rodzin i próbowali zachować resztki godności w świecie, który już dawno ją utracił.