Reklama

Są aktorzy, których nie trzeba przedstawiać. Robert De Niro to legenda kina - od „Taksówkarza” i „Ojca chrzestnego II”, przez „Wściekłego byka”, aż po „Chłopców z ferajny” czy „Przebudzenie”. To aktor, który przez dekady definiował kino amerykańskie, tworząc postacie pełne napięcia, wewnętrznego rozdarcia i niezwykłej intensywności.

Po drugiej stronie stoi Robin Williams - człowiek, który potrafił rozśmieszyć całe pokolenia w „Pani Doubtfire” czy „Flubberze”, a jednocześnie poruszyć do łez w „Stowarzyszeniu umarłych poetów”, „Buntowniku z wyboru” czy właśnie „Przebudzeniu”. Aktor o niezwykłej wrażliwości, który balansował między komedią a dramatem jak mało kto.

Ich wspólne spotkanie na ekranie ma w sobie coś wyjątkowego - zderzenie dwóch aktorskich światów, dwóch temperamentów i dwóch legend kina. I choć film zamyka się w ramach kadru, energia, jaką wnoszą, wykracza daleko poza niego.

Elle newsletter
elle.pl

„Przebudzenia” jeden z najlepiej ocenianych filmów na Netflix

Przebudzenia
mat. prasowe

Film 1990 roku w reżyserii Penny Marshall wraca dziś do rozmów o kinie, które nie krzyczy, tylko precyzyjnie trafia w czułe miejsca. Punktem wyjścia jest historia zainspirowana prawdziwymi wydarzeniami i książką amerykańskiego neurologa Olivera Sacksa. W tej opowieści dramat medyczny nie jest zimnym zapisem przypadków, lecz tłem dla emocji, które narastają jak muzyka w dobrze skomponowanej scenie.

Doktor Malcolm Sayer trafia do szpitala Bainbridge w nowojorskim Bronksie i nagle musi zamienić spokojną pracę badawczą na codzienność oddziału. To przestrzeń ludzi dotkniętych skutkami epidemii śpiączkowego zapalenia mózgu z lat 20. XX wieku. Wielu pacjentów od lat pozostaje w stanie przypominającym uśpienie: nieruchomi, odłączeni od świata, jakby zatrzymani w czasie, gdy reszta rzeczywistości zdążyła już zmienić dekoracje.

Sayer nie godzi się na tę ciszę. Zaczyna badać, sprawdzać, szukać śladów świadomości pod warstwą bezruchu. W końcu podejmuje decyzję o zastosowaniu L-Dopy, leku nowego i nie do końca poznanego, z niepewną dawką i nieznanymi skutkami ubocznymi. Pierwszym pacjentem jest Leonard Lowe. Gdy chorzy zaczynają się „budzić”, przez oddział przechodzi fala radości i ulgi, ale szybko okazuje się, że powrót do życia nie jest prostą drogą do szczęścia. To raczej wejście do świata, który nie czekał, nie zatrzymał się i nie daje obietnicy, że wszystko będzie jak dawniej.

Williams i De Niro grają ciszą, a emocje robią resztę

Przebudzenia
mat. prasowe

Obsada nadaje tej historii puls. Robin Williams, kojarzony przez wielu widzów z rolami lżejszymi, tu prowadzi postać neurologa z delikatnością i skupieniem. Malcolm Sayer nie jest pomnikiem pewności siebie; uczy się, waha, obserwuje, z czasem coraz lepiej rozumie, że medycyna to także relacja, uważność i odpowiedzialność za nadzieję, którą się budzi.

Robert De Niro - aktor nominowany za tę rolę do Oscara - tworzy portret Leonarda Lowe z intensywnością, która nie potrzebuje wielkich gestów. Leonard jest pacjentem, dla którego „wybudzenie” oznacza nie tylko odzyskanie kontaktu ze światem, ale też bolesne spotkanie z czasem: z tym, co przepadło bezpowrotnie, i z tym, czego nie da się nadrobić, choć ciało i umysł na chwilę dostają nowy oddech. To kino o kruchości życia i o potrzebie bliskości, opowiedziane w sposób, który zostaje z widzem długo po seansie.

Oceny widzów nie pozostawiają złudzeń

Przebudzenia
mat. prasowe

Warto też zauważyć, że film wciąż trzyma wysoki poziom w odbiorze publiczności: na polskim Filmwebie ma ocenę 8,1/10. Ten wynik nie jest jedynie cyfrą; działa jak dyskretne potwierdzenie, że „Przebudzenia” nie starzeją się wraz z kolejnymi sezonami nowości. To tytuł, do którego wraca się jak do klasyka w bibliotece: nie po to, by sprawdzić zakończenie, ale by na nowo poczuć ciężar i piękno opowieści.

Dziś, gdy film jest dostępny na Netflix, znów trafia do widzów, którzy szukają nie tylko rozrywki, lecz także historii, która na moment wycisza codzienny pośpiech. „Przebudzenia” przypominają, że czas bywa bezlitosny, a jednocześnie potrafi podarować krótką, olśniewającą szansę na powrót – nawet jeśli ta szansa okazuje się najtrudniejszym darem.

Reklama
Reklama
Reklama